Pojawił się wreszcie temat, który połączył całą polską klasę polityczną. Szkoda tylko, że w niemądrym sprzeciwie. Umowę handlową Unii Europejskiej i czterech państw tworzących obszar gospodarczy Mercosur (Argentyna, Brazylia, Paragwaj, Urugwaj) krytykują w Polsce wszyscy – od Partii Razem po Grzegorza Brauna.
Umowa stała się symbolicznym straszakiem, tak jak wcześniej gender, imigranci, osoby LGBT czy Zielony Ład. W regularnym użyciu znalazło się określenie „umowa Mercosur” – tego „skrótu myślowego”, zdradzającego przy okazji kompletną nieznajomość tematu, również używają wszyscy: od Karola Nawrockiego podczas debat prezydenckich po Andrzeja Stankiewicza w ostatnim Stanie Wyjątkowym.
Nic więc dziwnego, że w tych cieplarnianych warunkach wykluło się mnóstwo mitów na temat umowy handlowej z Mercosurem i związanego z nią kontekstu. Oto pięć występujących najczęściej.
„Polska jest krajem rolniczym”
Gdy o Polsce jako kraju rolniczym mówi na przykład Marek Budzisz ze Strategy & Future, rusza mnie to tak samo jak fakt, że według zmarłego właśnie Ericha von Dänikena piramidy wybudowali kosmici. Ale gdy tego zwrotu używa prof. Antoni Dudek, którego szanuję za analizy politologiczne, to już ręce nie mają mi gdzie opaść.
Wyjaśnijmy to raz na zawsze – Polska nie jest krajem rolniczym. Nawet na wsi w rolnictwie pracuje zdecydowana mniejszość ludności. Jesteśmy państwem silnie uprzemysłowionym – nawet na tle wysoko rozwiniętych państw Unii Europejskiej. Według danych Eurostatu w 2024 roku produkcja przemysłowa odpowiadała za 23 proc. wartości dodanej w Polsce. Dokładnie tyle samo przemysł wniósł do wartości dodanej w Niemczech. Średnia unijna jest o 4 punkty procentowe niższa niż nad Wisłą. Polska wraz z Niemcami i Słowacją znalazła się na czwartym miejscu w UE pod względem uprzemysłowienia, a odliczając raj podatkowy, jakim jest Irlandia, to nawet na najniższym stopniu podium.
Owszem, pod względem produkcji rolnej także jesteśmy wysoko – dokładnie na piątym miejscu w UE. Nie zmienia to faktu, że produkcja rolna wniosła do wartości dodanej ledwie 2,9 proc., czyli osiem razy mniej niż przemysł. Jedynie kultura i rozrywka przyniosły Polsce mniej niż rolnictwo (niespełna 2 proc.). Tak naprawdę żaden kraj UE nie jest rolniczy. W całej Europie rolnicza jest ewentualnie Ukraina, w której udział rolnictwa w wartości dodanej wynosi kilkanaście procent.
„Rolnictwo ciągnie polski eksport”
Osoby sceptycznie nastawione do umowy z Mercosurem na wyżej wymienione dane odpowiadają wyuczonym argumentem, według którego może i rolnictwo ma niski udział w całym PKB, ale za to wiedzie prym wśród produktów eksportowych.
Tymczasem według danych z Trading Economics polski eksport jest zdominowany przez produkcję przemysłową. Na pierwszym miejscu znajdują się maszyny i kotły oraz bojlery i kotły energetyczne, które wspólnie odpowiadają za 13 proc. naszej sprzedaży zagranicznej. Za 12 proc. odpowiada sprzęt elektryczny i elektroniczny, a za kolejne 11 proc. branża motoryzacyjna. Już te trzy kategorie łącznie stanowią ponad jedną trzecią, a przecież kolejne cztery – mające udział poniżej 5 proc. – to także produkty przemysłowe. Mowa o plastikach, meblach i materiałach budowlanych, wyrobach metalowych i rafinowanych paliwach. Spośród produktów rolnych najwyżej znajdują się mięso i podroby (2,3 proc. wartości eksportu). Zboża wraz z nabiałem wnoszą do eksportu 1,4 proc. Opowieści o tym, że producenci rolni to gwiazdy polskiego eksportu, są zatem kuriozalne.
„Skorzystają głównie Niemcy”
W Polsce najłatwiej jest postraszyć Niemcem lub Ruskiem. Umowa UE z Mercosurem w długim terminie będzie w oczywisty sposób niekorzystna dla Rosji, więc w tym przypadku zostają Niemcy. Ale skoro ma ona być korzystna niemal wyłącznie dla naszych zachodnich sąsiadów, to dlaczego zagłosowały za nią niemal wszystkie państwa członkowskie? Sprzeciw wyraziły jedynie Polska, Francja, Irlandia, Węgry i Austria. Umowę poparły chociażby Grecja i Rumunia, gdzie rolnictwo odpowiada za niecałe 4 proc. PKB, czyli o jedną trzecią więcej niż w Polsce. Czy jakiś Niemiec stał im z Waltherem przy głowie? Nie, po prostu Grecy i Rumuni zdają sobie sprawę, że umowa będzie per saldo korzystna dla całej UE, nawet jeśli dla jednych trochę bardziej, a dla innych mniej.
Co importuje na przykład Argentyna? Na pierwszych trzech miejscach znajdziemy maszyny i bojlery (16 proc.), produkty motoryzacyjne (15 proc.) oraz sprzęt elektryczny i elektroniczny (10 proc.). Czyli dokładnie to samo, co sprzedajemy my – kategorie argentyńskiego importu niemal idealnie pokrywają się z polskim eksportem. Do powyższych 41 proc. można doliczyć niespełna 15 proc., za które w argentyńskim imporcie odpowiadają wyroby chemiczne, plastiki i farmaceutyki. W każdej z tych branż Polska ma mocną pozycję eksportową.
Odezwą się głosy, że Niemcy i Francuzi wypchną nas z tamtejszego rynku i zarobimy tyle, co na legendarnej już odbudowie Iraku. Ale dlaczego mieliby to zrobić, skoro polscy producenci rywalizują z nimi z powodzeniem na innych rynkach? Odbudowa Iraku to sprawa sprzed dwóch dekad, gdy nie mieliśmy żadnych dużych firm budowlanych. Obecna Polska jest znacznie bardziej rozwinięta niż w momencie wejścia do UE, a polskie przedsiębiorstwa znacznie silniejsze kapitałowo. Jest przy tym znacznie tańsza, więc zdecydowanie lepiej pasuje do średnio zamożnego rynku Mercosuru. Przykładowo polski Maspex, czyli jeden z liderów europejskiego przemysłu spożywczego, prędzej trafi do tamtejszego konsumenta niż producenci z Europy Zachodniej, których towary są droższe. Nieprzypadkowo Maspex tak dobrze odnalazł się na rynku rumuńskim, gdzie dominuje na półkach.
„Cios w polskie rolnictwo”
Niewątpliwie największych problemów umowa handlowa UE i grupy Mercosur przysporzy producentom surowców rolnych. Nie musi to oznaczać, że na niej stracą. W zapisach znalazło się mnóstwo zabezpieczeń, wyjątków i ograniczeń. Jednym z nich jest klauzula ochronna dla wytwórców tak zwanych wrażliwych produktów rolnych, wśród których znajdziemy wołowinę, drób czy nabiał. Jeśli ich ceny spadną o więcej niż 5 proc., UE przywróci cła lub w ogóle zamknie rynek na towary z Ameryki Południowej. Początkowo ten próg miał być ustawiony na dwukrotnie wyższym poziomie, ale udało się przeforsować mechanizm znacznie bardziej restrykcyjny – i tym samym korzystniejszy dla unijnych rolników.
Poza tym cła na te wrażliwe produkty zostaną zniesione lub jedynie obniżone tylko w stosunku do ściśle określonego kontyngentu. Przykładowo, wołowina będzie obciążona stawką 7,5 proc., ale wyłącznie w stosunku do 99 tys. ton tego rodzaju mięsa. To 1,5 proc. unijnej produkcji wołowiny. Obecnie importujemy z Mercosuru 206 tys. ton, więc obniżone cło nie będzie dotyczyć nawet połowy obecnego kontyngentu. W przypadku drobiu mowa jest o imporcie bezcłowym, ale tylko do 180 tys. ton, co odpowiada 1,3 proc. produkcji w całej UE. Także kontyngent bezcłowego cukru jest niższy od obecnego importu z tych czterech krajów Ameryki Południowej.
Przeciwnicy umowy handlowej z Mercosurem zauważają również, że producenci rolni w UE muszą spełniać wyśrubowane standardy, tymczasem za oceanem panuje wolna amerykanka. Ale przecież wszystkie towary dopuszczane na wspólny europejski rynek muszą spełniać unijne standardy fitosanitarne i jakościowe. Owszem, w UE obowiązują również wymagania dotyczące samej produkcji, a nie tylko produktu – tylko że producenci z Ameryki Południowej swoje towary rolne będą musieli jeszcze przetransportować przez Ocean Atlantycki, co odpowiednio podniesie ich ceny. Nie mówiąc już o tym, że towary rolne szybko tracą przydatność, gdyż zwyczajnie się psują, więc produkty lokalne nadal będą w korzystniejszym położeniu. Tym bardziej że na coraz zamożniejszym polskim rynku popularność zyskuje świeża i ekologiczna żywność od lokalnych producentów.
„Zagrożenie dla środowiska naturalnego”
Wśród lewicowych sceptyków pojawia się argument proekologiczny. Porozumienie handlowe UE z Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem ma przyczynić się między innymi do dalszego wylesiania tamtejszych terytoriów. Komisja Europejska uspokaja, że „od końca 2025 roku na rynek UE będą dopuszczane wyłącznie produkty niepowodujące wylesiania”, co ma dotyczyć również towarów objętych nowym porozumieniem handlowym.
Faktem jest, że te zapewnienia są niewiele warte. Nikt nie będzie tego sprawdzał, a umowa teoretycznie mogłaby skłonić do wyrębu lasów w celu produkcji na rynki lokalne lub nieeuropejskie. Mimo to argumenty sceptyków są wydumane. W odniesieniu do produktów rolnych umowa będzie miała zbyt małą skalę oddziaływania. Przykładowo obniżone cła będą dotyczyć 99 tys. ton wołowiny, tymczasem w krajach Mercosuru produkuje się ponad 15 mln ton tego mięsa. Mowa więc o mniej niż jednym procencie. W przypadku cukru trzcinowego kontyngent będzie wynosił 180 tys. ton rocznie, zaś cała produkcja w Mercosurze wynosi ok. 50 mln ton. W tym wypadku mówimy więc o mniej niż połowie procenta. W jaki sposób tak niskie kwoty miałyby doprowadzić do wylesiania czy katastrofy ekologicznej?
Przypomnijmy, że producenci rolni w większości nie produkują żywności, bo tym zajmuje się przemysł spożywczy (m.in. wymieniony wyżej polski Maspex), a przede wszystkim surowce rolne. Produkcja wszystkich rodzajów surowców to zasadniczo działalność niskomarżowa i eksploatująca środowisko. Wysoką marżę ściągają dopiero ci, którzy te surowce przerabiają, np. rafinują (w przypadku ropy). Zatem gdzie lepiej prowadzić produkcję surowców rolnych – w trapionej przez susze Polsce, gdzie gęstość zaludnienia to 120 os./km2, czy w Argentynie, którą zamieszkuje 16 osób na kilometr kwadratowy? Gdzie łatwiej zapewnić dobrostan bydła – na bezkresnej południowoamerykańskiej pampie, która w Argentynie, Brazylii i Urugwaju obejmuje 700 tys. km2 (cała Polska to 313 tys. km2), czy w Europie, gdzie bydło wciąż często trzymane jest w ciasnych klatkach i nawet nie ma jak się obrócić?
W czasie narastającej globalnej rywalizacji gospodarczej i wobec odsuwania się USA od Europy (przypomnijmy, że Trump niedawno nałożył na nas jednostronne cła w wysokości 15 proc.), Unia Europejska musi znaleźć nowego partnera. Grupa Mercosur to wybór niemal idealny. Mowa o państwach bardzo zeuropeizowanych (szczególnie w przypadku Argentyny i Urugwaju, ale też dużych miast Brazylii) i bliskich nam kulturowo. Przypomnijmy, że Argentynę i Brazylię zamieszkuje kilkumilionowa polska diaspora, a brazylijska Kurytyba to po Chicago największe „polskie” miasto poza Polską. Tak zwane terms of trade (warunki handlu) umowy z Mercosur są bardzo korzystne dla UE, która sprzedawać będzie tam towary wysoko przetworzone, a kupować nisko przetworzone. Poza tym UE dostanie dostęp do obfitych zasobów metali ziem rzadkich oraz do rynku, na który łakomym okiem spoglądają USA i Chiny. Z punktu widzenia strategicznych interesów UE i Polski sprzeciw wobec porozumienia z Mercosurem – i to jeszcze w tak złagodzonej formie – to klasyczny przykład podcinania gałęzi, na której się siedzi.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.