Film

Janicka: Ogon, który macha psem

„Ida” to katalog najpospolitszych antysemickich figur i konfiguracji fabularnych. Na jakiej zasadzie dla większości rzecz stanowi przezroczystą przezroczystość?

Antysemityzm bez antysemitów

Reżyser filmu Ida zaklina się, że chciał zupełnie co innego i całkiem o czym innym. Niepotrzebnie, bo tego akurat nikt mu nie odmawia. Chciał dobrze, a wyszło jak zwykle: tak samo i o tym samym. Tadeusz Sobolewski ujął rzecz najcelniej: Paweł Pawlikowski „nie bierze udziału w grze Holocaustem, choć […] chcąc nie chcąc, w niej uczestniczy”. W tym tkwi sedno sprawy. To nie czarna magia. To inercja kulturowa. Wzory kultury władają nami i mówią przez nas, działając z siłą przymusu, jak długo pozostają nieuświadomione. Przenikają całe spektrum społeczne, podzielają je biedni i bogaci, wykształceni i niewykształceni, ludzie złej i dobrej woli. Nie wszyscy, ale większość. Antysemityzm bez antysemitów? Tak to właśnie działa.

Ida to katalog najpospolitszych antysemickich figur i konfiguracji fabularnych. Forma filmu odpowiada potocznym wyobrażeniom o kulturze wysokiej i prawdziwej sztuce, składają się na nią powszechnie akceptowane wyznaczniki artystyczności. Prawomocna forma nadaje prawomocność komunikowanej treści. Nazwali to i opisali kolejno: Anna Zawadzka, Agnieszka Graff, Helena Datner, Piotr Forecki, Bożena Keff. Nie będę po nich powtarzać. Interesuje mnie, na jakiej zasadzie dla większościowej większości rzecz stanowi przezroczystą przezroczystość.

Film Ida dotyka obrzeży Zagłady, a toczy się w jej długim cieniu. Trochę zresztą nie wiadomo, czy to już długi cień Zagłady, czy jeszcze jej ostatnia faza, polowanie na Żydów, Judenjagd. Na wieść o pojawieniu się we wsi Żydówek na horyzoncie zaczynają się gromadzić dobrzy chrześcijanie, jak mówi o nich zła Wanda. Gromadzenie się na horyzoncie to fragment rutyny zbrodni. Przez okamgnienie mamy tutaj do czynienia z rekonstrukcją historyczną. Całość rozgrywa się w przestrzeni, która jest polem bitwy o wizerunek Polski i Polaków. Autor twierdzi, że Ida nie bierze udziału w rozgrywce. „Nie bierze udziału, choć w niej uczestniczy” z tej prostej przyczyny, że żadna wypowiedź w tym polu nie jest obojętna. Na mocy logiki i mechaniki pola. Na domiar wszystkiego film bierze na warsztat kolejne zagrożenia wizerunkowe, by je następnie wyminąć lub unieważnić. Jak to konkretnie wygląda?

Rabunek trwa do końca. Do zamordowania Żydów. Następnie zaś po ich śmierci. Po wojnie morderca wskazuje krewnym ofiar miejsce pochówku. Ale coś za coś. W zamian oczekuje, że prawowite spadkobierczynie zamordowanych zrzekną się praw do nieruchomości, które ukradł ich bliskim i de facto im samym – że o ruchomościach nie wspomnę. Obu stronom to się wydaje normalne i zrozumiałe. Choć z różnych pozycji, obie uczestniczą w kulturze antysemickiej. Dlatego też wiedzą dobrze, kto tu jest w prawie (moralnym). W tym zakresie na ekranie panuje pełna zgoda i to, co Tadeusz Sobolewski nazywa „cichym porozumieniem”. Ciche porozumienie panuje zresztą również wśród zwolenników filmu.

Ta normalność i zrozumiałość to społeczno-kulturowa oczywistość. Niewarta uwagi, do pominięcia, przezroczysta. Oczywistość ma strukturę tautologii: ponieważ postrzegana jest jako nieproblematyczna, nie podlega problematyzacji. Pytanie o oczywistość jest nie do zadania. Namysł nad oczywistością – nie do pomyślenia. „Po prostu miałem takie postaci w głowie i o nich opowiedziałem” – powiada reżyser w rozmowie z Donatą Subbotko („Gazeta Wyborcza”, 16-17 listopada 2013). Po prostu. Próba podważenia oczywistości dyskwalifikuje pytającego, lokując go na pozycji niepoczytalnego lub podejrzanego o zdradę, jeśli nie winnego zdrady.

Oczywistość społeczno-kulturowa stanowi też kontekst odbiorczy filmu. A kontekst z offu podpowiada, że kraść i mordować nieładnie, ale – nie wyrywajmy rzeczy z kontekstu – wszak chodzi tu o Żydów, a Żydzi nie byli bez winy i żydowska wina wcześniejsza. W kulturze antysemickiej to stwierdzenie jest uniwersalnie prawdziwe w odniesieniu do Żydów, nawet jeżeli – jako konkretne jednostki – byli dobrymi ludźmi, jak zaświadcza w filmie ojciec mordercy i złodzieja, beneficjent mordu i rabunku. Mamy zatem wzajemność i symetrię. Jest porozumienie, jest oczyszczenie i kwita. Tylko patrzeć, jak przyjdzie kolej na pojednanie.

Film Ida odpowiada na pytanie, co robić w sytuacji, gdy najgorsze wydało się w sposób nieodwracalny. Dostarcza algorytmu operacji do wykonania, by móc nadal wierzyć tak samo w to samo i utrzymać w mocy większościową, bezpieczną, znaną i lubianą opowieść o Zagładzie bez uciekania się do negacji wiedzy rzeczowej.

Posiadając niejakie skłonności do wróżenia, wróżymy filmowi Ida triumfalny pochód przez Europę Wschodnią z apoteozą w krajach bałtyckich.

Oczyszczenie po polsku

Gdy pomyśleć, w jak nierealistycznych zazwyczaj kategoriach opowiada się w Polsce o antysemityzmie i Zagładzie, można odnieść wrażenie, że dopiero przeliczenie tej historii na pieniądze byłoby zdolne przekonać instytucje transmitujące wzory kultury – media, rodzinę, edukację publiczną wszystkich szczebli, Kościół – że ta transmisja nie jest dalej możliwa, choćby z uwagi na koszty, choćby w finansowym rozumieniu tego słowa. Tymczasem jednak jest, jak jest. A jest jak w filmie Ida.

W antysemickiej kulturze przed Zagładą upominanie się o prawa i dochodzenie praw przez Żydów nazywało się żydowską bezczelnością. W antysemickiej kulturze po Zagładzie nazywa się to żydowską niewdzięcznością, względnie żydowską zemstą, której towarzyszą: „epatowanie okrucieństwem”, „pochopne uogólnienia” i „niesprawiedliwe oskarżenia”, czyli „antypolskie paszkwilanctwo” – w skrócie, „antypolonizm”. Do tego jednak w filmie nie dochodzi. Dlatego że bohaterki wiedzą, gdzie żyją? Nie. Nie dlatego. Jeżeli ustępują, to nie przed fizyczną czy symboliczną antysemicką przemocą. Na grzęzawisku rabunku i zbrodni, między żydowskimi trupami, żydowskimi rzeczami a dobrymi chrześcijanami umieją bowiem dostrzec koło ratunkowe elementarnego poczucia moralnego oraz kobiecej empatii i chrześcijańskiego miłosierdzia. I umieją dokonać wyboru właściwego etycznie.

Była stalinowska prokurator jest skompromitowana moralnie i zdyskwalifikowana pod każdym względem – przede wszystkim we własnych oczach, bo my przyglądamy się jej dojrzale i wyrozumiale, z czym bardzo nam do twarzy. I ty możesz być jak Chrystus nad jawnogrzesznicą, do której przyrównuje się Wanda. Dyskwalifikacja Wandy przez Wandę jest co prawda mało wiarygodna, skoro Wanda nie pamięta, o co jej samej i w ogóle w tym wszystkim chodziło, ale nie bądźmy małostkowi. Dyskwalifikuje się sama i już. Awantury urządzać o zabite dziecko, które wcześniej zostawiła? Handryczyć się o ukradzioną chałupę, skoro ma nadmetraż? Elementarne poczucie moralne zwycięża. Samokrytyka i samosąd w wykonaniu mrocznej prokurator to niewątpliwie jasna strona stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości.

Ida natomiast wie, bo wychowana w klasztorze nie może nie wiedzieć, że to Żydzi ukrzyżowali Chrystusa, a „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Dodatkowo ukrzyżowali go po raz drugi w postaci Polski jako komuniści. Ciocia Wandzia we własnej osobie zasiadała w tym ich Sanhedrynie. Obie bohaterki startują zatem z pozycji winy i niższości moralnej. Jedna wszelako miała szczęście. Przeszła bowiem socjalizację w obrębie moralnej wyższości, która uczy, że zło dobrem należy zwyciężać. Imitatio Christi. Z pozycji niższości przezwyciężonej odpłaca mordercy i złodziejowi agape i caritas, co nie są z tego świata. Zdaje egzamin, poza tym, że się odwdzięcza. Wszak ten mógł zabić Idę, a nie zabił. Dziw bierze, że w pakiecie z ziemią i domem nie zażądał drzewka w Yad Vashem i pomnika Sprawiedliwych w kraju, minimum jednego.

Ida Pawlikowskiego niesie oczyszczenie, pisze Tadeusz Sobolewski. Hm, jak by to powiedzieć… Bohaterki w krzyżowym ogniu likwidują kolejne problemy i znaki zapytania. Podwójny nelson – z prawej i z lewej – działa tu bez pudła. Morderca pozbywa się dowodów zbrodni i dostaje gwarancję bezkarności. Złodziej – to ta sama osoba – nabywa święte prawo własności i zostaje z czystą hipoteką oraz najwyraźniej czystym sumieniem, skoro wyciąga do niedoszłej ofiary dłoń na zgodę.

Zła Żydówka dokonuje samolikwidacji. Dobra podobnie, pozostając chrześcijanką. Jedna umiera, druga umrze bezpotomnie. Niewątpliwie następuje tutaj oczyszczenie. Samopoczucia Polaków. I Polski z Żydów.

Front odmowy

Antysemityzm – co do istoty niezmienny, odkąd istnieje – nadal potrafi zaskakiwać pomysłowością swoich wytworów. Ida jednakże to antysemicka sztampa i przewidywalność bez taryfy ulgowej. Czy naprawdę trzeba nas walić po głowie antykomunistycznym dogmatem w tak mało subtelny sposób? Wszak zbrodniom stalinowskim, duchowej pustce i sprawiedliwości społecznej dawno powiedzieliśmy nasze zdecydowane „A fuj! A kysz!”. Wiemy, do czego prowadzą emancypacja kobiet i równouprawnienie mniejszości, które w filmie trzeźwieją w końcu na tyle, by ocenić się przytomnie, a w konsekwencji otworzyć okno i zrobić efektowne „Bum!”. Całego tego importu na bagnetach i żydowskiego świata na opak naprawdę nie trzeba w Polsce dodatkowo kompromitować. W polu kulturalnej kultury i artystycznej sztuki rzecz rozstrzygnął już zresztą hrabia Krasiński w Nie-boskiej komedii. Tymczasem Ida, jak plakat propagandowy, żadnej dosłowności nam nie oszczędza. Stalinowska prokurator-sędzia gomułkowska kontempluje fotografię Ireny Sendlerowej, tę najbardziej znaną. Zło wcielone mierzy się z ikoną dobra. Nie zabrakło nawet „śladu cygańskiego”. Aż wierzyć się nie chce, że w tej karykaturze karykatury nie ma cienia samoświadomości. Ale nie, nie ma.

Chodzi o to, że zasługujemy na więcej. Wszyscy. Możliwe jest przecież kino abstrahujące od schematu. Możliwe jest także kino operujące schematem, a wręcz ostentacyjnie eksponujące schemat, by rozsadzić go od środka. Operujące różnymi poetykami, lecz zawsze samoświadome na tyle, by nie mówić tego, czego nie chciało powiedzieć.

Jak Bękarty wojny Tarantino. Jak Kupiec wenecki Radforda. Myślenie i obrazowanie tego typu okazuje się możliwe. Nawet w Polsce. Pokłosie jest filmem zrobionym na kliszach, pod które Pasikowski podłożył wizualny, emocjonalny i intelektualny dynamit. Formalny także, bo kto to widział: plastikowy thriller klasy F o sprawach, o których się nie śniło naszym filozofom? Ów Pasikowski zatem podjął konfrontację ze stanem faktycznym i na tym nie poprzestał, bo przedarł się do źródeł antysemickiej przemocy i jej prawomocności w kulturze. Film kończy się serią eksplozji – oślepiających i ogłuszających, choć niewidocznych na ekranie. Wybuchają mianowicie żrące sensy chrześcijańskiego i romantycznego dziedzictwa. Na znak miłości, odkupienia, zbawienia mamy okazję spojrzeć – większość pewnie pierwszy raz w życiu – jak na narzędzie o wręcz przeciwnym przeznaczeniu. Wraz z figurą Ukrzyżowania w powietrze wylatują Chrystus Narodów Mickiewicza i Galilejczyk Krasińskiego. W efekcie nie ma co zbierać. Na tym polega ten horror, nie na pościgach ciągnikiem. Zamiast fikcji oczyszczenia Pasikowski zaproponował nam film dla dorosłych.

Nie ma powodu, by na powrót obniżać sobie poprzeczkę. Jesteśmy ubezwłasnowolnieni przez wzory kultury. Tak jest, ale tak być nie musi. Pora na front odmowy i przerwanie transmisji. Chodzi o to, żeby upodmiotowić siebie i innych. Przejąć kontrolę nad sobą, przestać być jak pies, którym – wbrew jego intencjom i woli – stale macha ogon.

Front odmowy to także front robót. Bo jest co robić i to w samym gruncie rzeczy. W szkole i w Kościele, w domu i zagrodzie. Trzeba przełożyć krajobraz na drugą stronę i kulturę wywrócić na nice. Poczynając od tego, co niewinne i rozgrzeszone, bo tam tkwią źródła problemu.

Festiwal rytuałów

Eksploracja i praca idą z wielkim trudem. Między innymi dlatego, że w polskiej debacie publicznej istnieją strategie, które skutkują degradacją, a często również unieważnieniem nie tylko samej debaty, lecz także źródłowych problemów. Można to wychwycić w reakcjach na analizy i argumenty przedstawione przez Datner, Foreckiego, Graff, Keff, Zawadzką – tym razem w porządku alfabetycznym. Ograniczę się do głównego nurtu, a w głównym nurcie do jednego tytułu prasowego i dwóch nazwisk o ugruntowanej renomie. Na liście metod i procedur, niepełnej i szkicowej z konieczności, umieścić można następujące poniżej pozycje.

Metoda „na Żyda”. Polemizując z rozpoznaniami Datner i Graff – skrzętnie pominąwszy inicjatorkę debaty, Zawadzką – Krzysztof Varga („Gazeta Wyborcza”, 8 listopada 2013) wytacza popularny pseudoargument, który w polskiej kulturze uchodzi bez problemu, przez co jego skuteczność wynosi 100%. Antysemickie schematy? W Idzie? Nieprawda. Horowitzowi z Izraela się podobało. Uff, poza tym, że „Eureka!”. Mamy oto sposób na antysemickie schematy. I tak na przykład: Chrystus Narodów to figura o antysemickim potencjale? Co za pomysł! Majewska i Szymanowska to przecież Żydówki. Jak to, jaka Majewska i Szymanowska? Matka i żona Mickiewicza. I jeszcze matka żony, teściowa. Nie szkodzi, że ochrzczone. Mit mordu rytualnego też jest OK, skoro sam Mickiewicz odwoływał się do niego jak do rzeczy rzeczywistej. Że frankiści grzecznie i pojętnie przyświadczali chrześcijańskiemu antysemityzmowi w roli świadków koronnych, a potem to wszystko Sander Gilman opisał w książce, co nienowa, jako Jewish Self-Hatred? A dajmy spokój z tym chrześcijańskim antysemityzmem. Ukrzyżowany był obrzezany. I mieszkał w Ziemi Świętej. Jak Horowitz.

Metoda „na symetrię”. Tadeusz Sobolewski nie wpadłby na coś podobnego jak Varga, ponieważ ma szacunek do ludzi i ceni wysiłek merytoryczny. Zarazem powoduje nim pragnienie powszechnej zgody, co niejednokrotnie wchodzi w konflikt z merytorycznym wysiłkiem. Tu, spiesząc na odsiecz koledze w opresji – choć opresję kolega zawdzięcza sam sobie – Sobolewski leje oliwę na spienione fale, a raczej próbuje nadać im postać efektownej kaskady symetrii. Krytyczki i krytycy Idy potrafili postawić filmowi niewygodne pytania. To imponujące. Zwolenniczki i zwolennicy obrazu mają wszelako do swych adwersarzy uzasadnione pretensje o nieuzasadnione oskarżenia. 1:1. Bo Idzie zarzuca się antysemityzm. Tak jak antypolonizm Pokłosiu. Oba zarzuty są, jak rozumiemy, tyle samo warte, czyli tak samo bezpodstawne. Krytyk przestrzega przed „lustrzanym podobieństwem metod”. 0:0. Kto nie zna innych wypowiedzi Sobolewskiego, mógłby sobie dopowiedzieć, że tyle samo warte, czyli tak samo realne/nierealne (niepotrzebne skreślić), są również antysemityzm i antypolonizm. Dopowie, nie dopowie. Bilans wychodzi na zero.

Metoda „na kontrowersję”. Czyli koniec dyskusji, bo to już chyba koniec debaty o Idzie. Kontrowersja zwyczajowo osiąga w Polsce szczyt kontrowersyjności w punkcie, w którym okazuje się, że coś jest lub może być kontrowersyjne.

Zabawa w kółko. Jeżeli nie koniec debaty, to zabawa w kółko. Graff analizuje formalną stronę filmu. Także jej funkcje jako parawanu i narzędzia legitymizacji antysemickiego schematu. Varga pisze, że Graff formę ignoruje. Datner i Graff tłumaczą z polskiego na polski, z podaniem bibliografii. Sobolewski ubolewa, że „nic ich nie obchodzi forma filmu”. Da capo al fine.

Metoda „na dyskwalifikację moralną”. Do wyboru są jeszcze obelgi. Najcięższe w polskiej kulturze, jak ją Pan Bóg stworzył. Byłyby antysemickie, gdyby Varga nie przyjaźnił się z Horowitzem. Patrz: metoda „na Żyda”. Czyli jednak zabawa w kółko, tyle że z obelgami. Zresztą jak dla kogo. Jeżeli wraz z nominacją na komisarki ludowe Datner i Graff otrzymały odzież służbową, niejeden by się podłączył. Zima idzie. Skórzany płaszczyk w czarnym kolorze – w polskim klimacie rzecz nie do pogardzenia. Hegla czytaliśmy i niby wiemy, że historia powtarza się jako farsa. Jednak prócz tego, że śmieszno, robi się również straszno. Przed wojną w takich laurkach celowały katolickie tytuły prasowe Maksymiliana Kolbego, późniejszego świętego. A certyfikaty judeobolszewickiej ortodoksji lubiły mieć dramatyczne konsekwencje. Dziś święty na ołtarzach i witrażach, a rozliczenie ze świętym w lesie. Takim jak ten, który oglądamy w filmie Ida.

Metoda „na chama”. Ekologiczna. Z zastosowaniem wsi i ludu. „Jaki sens ma w ogóle religia, jeśli nie chroni przed złem? Przecież chrześcijanami byli mordercy jej [Idy] rodziców” – pisze Sobolewski i wystarczy, że zatrzymuje się w tym miejscu, dalej idzie już samo, od czego mamy wzór kultury. Sprzeczność daje się objaśnić przy użyciu metody „na chama”. Cham jest dziki, cham jest zły, cham ma bardzo ostre kły. Innymi słowy, jest złym chrześcijaninem, podczas gdy chrześcijaństwo to samo dobro. Otóż pora powiedzieć sobie, że w polskiej opowieści o polskim antysemityzmie cham jest od czarnej i mokrej roboty. I na niego są wystawiane rachunki. Mit mordu rytualnego na przykład do dzisiaj zachowuje status ludowego przesądu, podczas gdy faktycznie – podbudowany dogmatem o realnej obecności (1215) i kultem Bożego Ciała (1264) – był mozolnie kolportowany i zaszczepiany wyznawcom Jezusa przez Kościół. Ale to nieważne. Ważne, żeby między chrześcijaństwem a Zagładą zachować relację przeciwstawienia. „Zasieki światopoglądowe” – w innej sytuacji tak godne ubolewania – są tutaj rzeczą ze wszech miar pożądaną.

Metoda „na zranienie”. „A już najbardziej boli w tej polemice łączenie chrześcijaństwa z antysemityzmem w sposób tak gładki, oczywisty i kategoryczny. Czy to właśnie nie jest cofaniem dyskusji nad Zagładą do stanu sprzed wyznania win Kościoła i uznania antysemityzmu za grzech?” – pisze Tadeusz Sobolewski i nasza empatia od razu kieruje się w stronę pokrzywdzonego chrześcijaństwa. Skąd wyznanie win Kościoła, skoro chrześcijaństwo nie łączyło się z antysemityzmem „w sposób tak gładki, oczywisty i kategoryczny”, nie sposób odgadnąć. Tymczasem antysemityzm z chrześcijaństwem nie tylko się łączy, on jest jego dziełem, wyposażonym w legitymację moralną nienaruszoną do Vaticanum Secundum (1965). W wyznaniu win z roku dwutysięcznego nie o Kościół poza tym chodziło, lecz o złe sprawowanie jego synów i córek. Deklaracja nastąpiła blisko sześćdziesiąt lat po Zagładzie i formę miała nad wyraz autoempatyczną, lecz i tak w nauczaniu Kościoła w Polsce po dziś dzień pozostaje bez konsekwencji. Akcja filmu Ida toczy się dwadzieścia lat po Szoa (1962). Kolejne pięćdziesiąt lat później – to razem siedemdziesiąt – jednostki, które próbują coś z tym robić, lądują poza Kościołem lub są prześladowane. To nieludzkie, odmówić empatii państwu Jourdain zranionym rewelacją, że mówią prozą. Można jednak wymagać od nich znajomości podręcznika Roberta Szuchty i Piotra Trojańskiego dla uczniów szkół ponadpodstawowych Zrozumieć Holokaust. Tam jest to wszystko przystępnie wytłumaczone. Owo minimum wiedzy nadal nie weszło w Polsce w żaden obieg poza naukowym, jak widać, a i tam idzie mu rozmaicie. Stąd rytuał zaskoczenia i zranienia. Jak to działa?

Nad terenem byłego niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz II Birkenau, przy ulicy Ofiar Faszyzmu skądinąd, dominuje krzyż rzymskokatolickiego kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski. Świątynia mieści się w budynku, który jest bliźniakiem wiadomej wszystkim bramy kolejowej, ikony Birkenau i Zagłady. Połączenie obu symboli – krzyża z sylwetką bramopodobną – wygląda jak halucynacja i lapsus freudowski jednocześnie. Kościół został formalnie wyłączony z terenu obozu i odgrodzony bardzo dyskretnym ogrodzeniem. Wiosną na budynku od strony obozu zawisają girlandy kwiatów i napis „Pan Jezus już się zbliża”. Latem przez obozowy teren przechodzi procesja Bożego Ciała. I w Polsce to jest w porządku. O to Polska walczyła.

A teraz ćwiczenie na wyobraźnię. Co będzie, gdy okaże się, że jednak jest problem? Jeżeli oddamy pole kulturowej inercji, sprawę załatwią za nas wzory kultury. Dobrzy chrześcijanie będą zaskoczeni i zranieni. Sytuację objaśnią sobie przy pomocy figury bolszewickich komisarzy czy innych Żydów nienawidzących krzyża i czyhających na ciało Chrystusa. Amen. Najlepsi z dobrych zademonstrują zaś caritas i agape, co nie z tego świata, i powiedzą – jak Jacek Woźniakowski jesienią roku 1989 w sprawie oświęcimskiego karmelu – że nie pojmują wprawdzie, dlaczego krzyż w takim miejscu miałby Żydom przeszkadzać, ale jako gospodarze będący u siebie są gotowi ustąpić gościom. Galilejczyku, zwyciężyłeś! Da capo al fine?

***

Reasumując. Oczyszczenia nie będzie. Oczyszczenie już było. Można twierdzić, że rzeczywistość nie istnieje. Można też podjąć konfrontację ze stanem faktycznym. Na przykład po to, żeby nie powtarzać gestów o zbrodniczym potencjale. Żeby prób rekonstrukcji historycznej sobie i innym na przyszłość zaoszczędzić. A i dla samopoznania nie zaszkodzi. Lepiej późno, za późno, niż wcale.

Czytaj także:

Helena Datner, Agnieszka Graff, My, komisarki od kultury

Agnieszka Graff, Ida – subtelność i polityka

Piotr Forecki, Legenda o Wandzie, co zastąpiła Niemca

Jakub Majmurek, Pierwsze odkrycie w Gdyni

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.