Film

Chce się wierzyć, że dzieci takie nie są

Rozmowa z twórcami filmu „Plac zabaw”.

Marta Konarzewska: To prawda, że na festiwalu w Gdyni ktoś plunął ci w twarz za ten film?

Bartosz M. Kowalski, reżyser filmu Plac zabaw: Nie, próbował tylko. Ale wyszło na to, że opluł sam siebie.

Inny widz ponoć życzył ci śmierci. Spodziewaliście się takich emocji?

Mateusz Skalski, autor zdjęć do filmu Plac zabaw: Wiedzieliśmy, że film podzieli widownię, choć nie spodziewaliśmy się, że do tego stopnia. Myślę, że wszelkie skrajne reakcje to sukces decyzji, które podjęliśmy przy realizacji. Skoro film działa, to znaczy że były one dobre, że się udało.

Psychoanalitycy bronią filmu, a le wielu komentatorów odczuwa silny sprzeciw. Martwią się o zdrowie psychiczne aktorów, wypominają epatowanie patologią biedy, brak przekazu.

MS: Działa tu wielkie wyparcie – chce się wierzyć, że to wszystko nieprawda, dzieci takie nie są. Osobiście chciałbym, żeby film trafił do rodziców, nakłonił ich do przyjrzenia się swoim dzieciom, póki nie jest za późno. Śpieszmy się kochać nasze dzieci – to według mnie ważny przekaz tego filmu.

Jak to się wszystko zaczęło? Przeczytałeś, Bartosz, w necie o dwóch dziesięcioletnich Anglikach, którzy zabili dwulatka i szukałeś polskiej formy, żeby to opowiedzieć? Czy chciałeś opowiedzieć o polskich dzieciakach, a zbrodnia jest swego rodzaju formą, która pozawala to zrobić w nieoczywisty sposób?

BK: Przeczytałem historię, na którą trafiłem przypadkowo. Dwoje dzieci zakatowało trzecie. Z każdą możliwą formą brutalności, wlewaniem farby do oczu, wpychaniem czegoś w ciało… Wszystkie wyjaśnienia – psychologiczne, sądowe – pozostawiły pytania bez odpowiedzi. Myślałem, że nic nie potrafi mnie już poruszyć, że nauczyłem się dystansu do informacji, które tak jedne po drugich przewijają się w internecie. Ale ta sprawa mnie sparaliżowała, nie potrafiłem przejść obojętnie.

W zwykłym miejscu, w słoneczny dzień, wśród zwykłych ludzi, z niewyjaśnionej przyczyny może narodzić się zło – o tym chciałem zrobić film. Zacząłem risercz, rozmowy z biegłymi sądowymi. Oni nie byli wstrząśnięci, mają dużo takich spraw.

Męczyłeś się z pisaniem tej historii?

Pierwsza wersja scenariusza powstała bardzo szybko, w trzy, cztery dni, najtrudniejsze były poprawki, zajęły z siedem miesięcy.

Dziecięcy aktorzy się udzielali? Grają jak samych siebie.

Pewnie, że się udzielali. W niektórych scenach nie było pełnych dialogów, prosiłem o improwizację na temat.

Takie teksty jak „chyba cię coś boli, jak myślisz, że tam pójdę”…

Oczywiście, „chyba cię coś boli” jest autorskim, i non stop używanym, tekstem Przemka. Jak to usłyszałem, od razu wiedziałem, że musi pojawić się wszędzie, gdzie tylko pojawi się jego bohater.

Dzięki temu film rysuje wyjątkowo realistyczny portret świata polskich dzieciaków. Z ich zachowaniami, habitusem, językiem, ale właśnie tu pojawiają się wątpliwości, czy nie patologizujecie biedy. Myślałeś, jakby to było, gdyby chłopców bardziej zróżnicować klasowo, albo osadzić w zupełnie innej sytuacji społecznej?

Myślałem o tym na etapie scenariusza. Nie chodzi o patologizację biedy, zdecydowaliśmy, żeby klasowo Szymek i Czarek byli jak najbliżej swoich pierwowzorów. Szymek nie wychowuje się w biedzie. Ma komputer, własny pokój, na ścianach boazerię. Ja też miałem boazerię w pokoju, jak byłem mały.

I warunki kiełkowania przemocy pozostałyby takie same?

Takie same lub podobne. Niezależnie od uwarunkowań kulturowych mechanizmy agresji, autoagresji, czy niewyjaśnionych zaburzeń zachowań się nie zmieniają.

MS: O wiele ważniejsze niż to, że film dzieje się w Polsce, jest to, że dzieje się w czasach, w których żyjemy.

BK: Technologia to bardzo ważny element.

Ale tamta angielska sprawa – inspiracja filmu, miała miejsce w latach 90., przed zalewem technologii…

To jasne, że technologia nie jest przyczyną, ale stanowi kolejny dodatkowy kawałek rzeczywistości, w której nasze dzieci żyją i który może być niepokojący. Każdy może cię nagrać, sfotografować, wrzucić na FB, na YouTube. W naszym doświadczeniu dzieciństwa tego nie było. Jeśli ktoś miał przerąbane w szkole, to wracał do domu i mógł odetchnąć, teraz nie masz tego azylu, jesteś atakowana 24 godziny na dobę, nie tylko na przerwie w szkole.

MS: Mój syn ostatnio żalił mi się, że nie ma po co wychodzić na podwórko. Wszyscy jego koledzy siedzą w domu i grają na komputerze, a jeśli już wyjdą na podwórko, to żeby łapać pokemony. Nie ma się z kim bawić.

Chodzi wam o to, że zanikają więzi, a z nimi empatia?

BK: I wyobraźnia.

która użyta podczas zabawy pozwala w bezpiecznych warunkach „ułożyć się” dziecku z własną agresją, może nie będzie tego musiało robić później, w świecie rzeczywistym, jak w waszym filmie.

W moich czasach człowiek bawił się klockami i taki drewniany klocek starczał za statek kosmiczny. Gry komputerowe też wymagały wyobraźni. Sam się wychowywałem z Atari, z Amigą, ale wiele rzeczy musiałem sobie dopowiadać, dowymyślać. Teraz wszystko jest fotorealistyczne, nie musisz uruchamiać fantazji, chłoniesz tylko „prawdziwy” świat, który pokazuje się na ekranie.

MS: Technologia zaczyna alienować ludzi, alienować rodziny. Ludzie już się ze sobą nie komunikują, nie rozmawiamy, rodzice, zanurzeni w świecie komputerów, przestają interesować się dziećmi. Mam na myśli takie prawdziwe zainteresowanie – nie w stylu „o której godzinie kończysz lekcje?“.

BK: Do tego wszechobecny dostęp do wszystkiego. Wpiszesz w googlach „jak obcinają żołnierzowi głowę w Czeczenii” i proszę, oglądasz sobie video. Masz wszystko, co sobie wymyślisz, co zechcesz albo nie zechcesz. A oprócz tego niusy, dzień w dzień kolejne. Facet przywiązuje psa do zderzaka i jedzie z nim przez trzy kilometry, a zaraz potem „Majdan z Rozenek pojechali na wakacje”.

Jedno obok drugiego, dzieciak nie wie, co jest ważne, w stosunku do czego odczuwać empatię. Jak nie wiesz, czym się przejąć, nie przejmujesz się niczym.

MS: W dodatku rodzice tego nie kontrolują, dzieci są kompletnie wolne w tym, co oglądają. To przecież cudowne, jak dziecko tak siedzi przyklajstrowane do komputera, nie biega, nie psoci, nie krzyczy. Efekt jest taki, że nikt z dzieciakami nie rozmawia o tym, co one widzą.

To, co najbardziej uderza w tym filmie, to właśnie to pęknięcie, radykalne i nie do naprawienia pęknięcie między rodzicem i dzieckiem. Ty, Mateusz, pewnie potępisz mamę Gabrysi, ale ja ją jakoś rozumiem. Robi to, co myśli, że powinna robić. Odwiezie do szkoły, zapyta „o której kończysz lekcje?”, zadzwoni, skontroluje, zrobi, co potrafi, tylko – co z tego?

Mama Gabrysi uważa, że wykonała swoją rodzicielską rolę i ma spokój. Myślę, że ona robi to wszystko jedynie z poczucia obowiązku, nie kryje się za tym miłość.

Dzwonisz do dziecka, a ono odbiera telefon i kłamie.

Taki rodzic zawiódł dużo wcześniej, nie wypracował z dzieciakiem więzi. Gdyby istniała między nimi więź, dziecko chciałoby się dzielić swoim życiem.

Kolejne straszne pęknięcie, choć mniej bolesne, ale za to systemowe, rysujecie między szkolą a uczniami. Tę nieprzystawalność wygrywacie w obrazie i montażu. Ostatni dzień szkoły, klasa, nauczycielka coś mówi, że kwiaty wtedy, a czekoladki wtedy, itd. W tym czasie dzieciaki mają swoje straszne sprawy i my jesteśmy w tych sprawach, bo kamera tam jest. I nagle nauczycielka pyta: „Szymek, masz aparat?” i oto zmienia się punkt widzenia. Widzimy klasę z perspektywy nauczycielki. Grzeczne dzieci. To mnie bardzo uderzyło, punkt widzenia tej pani to jest mój punkt widzenia. Dokładnie tyle wiemy. My nauczyciele. My dorośli.

BK: Chcesz mnie spytać, czy sobie to tak wykalkulowałem? Oczywiście, że nie, ale wiele rzeczy robi się intuicyjnie. Na pokaz edukacyjny filmu zaprosiliśmy psycholog, Ewę Modzelewską. Zrobiła głęboką analizę, bardzo ciekawą i jedna z nauczycielek zapytała, ile z tego jest „prawdą”, czy wszystko tak właśnie sobie obmyśliliśmy. Oczywiście, że nie wszystko.

Analiza dotyczyła sceny ze snu?

Tej sceny w slow motion? Tak, też. Według tej interpretacji pojawiają się tam wyrzuty sumienia, dokonuje się wewnętrzna dysocjacja, oddzielenie podmiotu od świadomości. My tak o tym nie myśleliśmy, myśleliśmy raczej o biernym społeczeństwie. Taki trochę flesh forward, wszyscy ganią dzieci za to, czego jeszcze nie dokonały, a jednocześnie nic nie robią, stoją, odsuwają się, pozwalają im przejść. Teatralność tej sceny miała przełamać sposób opowiadania.

Nagłym oniryzmem scena przenosi nas w wewnętrzny świat bohaterów. Pokazuje ich w konfrontacji z nieprzejednanym superego, którego jest jakby za dużo, od którego potem dokonają odcięcia. To mówi wiele o wewnętrznej logice ich zbrodni. Odwrotnie niż w Benny’s video Hanekego, gdzie bohater ma czegoś za mało, bohaterowie Placu zabaw mają wciąż czegoś za dużo. Za dużo wewnętrznej oceny, za dużo tych oczu patrzących uparcie, za dużo niemowlęcego, czyli nie do ukojenia płaczu w pokoju, za dużo niepełnosprawności w ojcu, za dużo mięsa, które trzeba targać ze sobą do szkoły. Można też w psychoanalityczny sposób przyjrzeć się zachowaniom Gabrysi, być może w scenie w ruinach w straszny sposób rozgrywa relację ze Spojrzeniem ojca…

Cieszę się, że tak mówisz. Wydaje mi się, że jak robisz film, działasz według intuicji, robisz to, co czujesz, że jest dobre, że tak ma być.

Ta scena w kontekście całości pokazuje też, jak ważna jest forma Placu zabaw – żeby dobrze wytrącić z realizmu, trzeba wyjątkowo dobrze zbudować realizm.

MS: Kręciliśmy w oświetleniu naturalnym, z ręki, używaliśmy ogniskowych, które dają obraz zbliżony do pola widzenia ludzkiego oka. Wszystko po to, żeby zbudować w widzu wrażenie, że znajduje się w prawdziwej sytuacji. Składają się na to nie tylko zdjęcia, także kostiumy, scenografia. Kiedy bohaterka otwiera szufladę, to, nawet jeśli tego nie widać, nie jest ona pusta, leżą w niej sztućce.

BK: I oczywiście casting, to o czym mówiliśmy, naturalność aktorów, ich własna prawda. Ludzie głównie oburzają się na ostatnią scenę, ale to przecież nie jest „zasługą” tylko tej ostatniej sceny. Przez cały film, każdym dostępnym środkiem, budujemy paradokumentalną rzeczywistość. Obserwujesz sytuacje, jakbyś przypadkowo się tam znalazła.

Nie masz żadnego buforu bezpieczeństwa. W żadnym epizodzie nie pojawia się znany aktor. Świadomie porzuciliśmy wszelkie środki, które podświadomie komunikują, że to tylko film.

I nie próbowaliście żadnej innej konwencji?

Nie.

MS: Ten film zrobiony innym kluczem po prostu by nie działał.

BK: Nie chciałem budować metafory, ani kadrować drzew w scenie przemocy. To jest prawdziwa historia, podobne rzeczy wydarzają się wokół nas. Nawet jeśli nie chcemy na nie patrzeć, one się dzieją. Taki jest świat, czy nam się to podoba, czy nie.

Do tej ostatniej sceny , gdzie oddalenie znaczy w istocie zbliżenie, inspiracją był Haneke?

Tak się może wydawać, ale nie. Nie on jeden opowiada w taki sposób.

MS: Oglądaliśmy Fish Tank i Dallas Buyers Club. Bélanger zrobił ten film z ręki, nie używając żadnego dodatkowego oświetlenia.

A jak wyglądała praca z aktorami? Każdy wie, że z dziećmi pracować najtrudniej, a tu jaszcze taki temat.

Starałem się jak najszybciej wejść z nimi w relację, żeby czuli się przy mnie swobodnie, żeby nie krępowała ich moja obecność. Niesamowite, jak szybko zrozumiały reguły gry, co to znaczy dubel, wracanie na pozycję, co znaczy powtarzać, pozostając naturalnym. W castingu wzięło udział prawie 1000 dzieci, Bartek wynalazł wśród nich prawdziwe zwierzaki filmowe.

BK: Metody mieliśmy rożne, zmieniały się zależnie od humorów dzieci, od charakteru sceny, dnia. Dopracowaliśmy metody, które działają. Na przykład w scenie Czarka z matką gram ja. Najpierw z Czarkiem, potem z matką. Cały czas byłem blisko dzieciaków, dużo gadałem w trakcie ujęć. Musieliśmy się namęczyć, żeby powycinać moje komendy.

Słyszałam, jak dzieci wspominają ten plan – jako super zabawę, twórczą, zero traumy. Czyli paradoksalnie film dał im to, czego świat dziś nie daje. Możliwość zabawy z użyciem wyobraźni.

Niektórym się wydaje, że dzieci przeżyły traumę, grając w takim filmie. To absurd. Przygotowywaliśmy się długo, i pod kątem filmowym i psychologicznym. Na zdjęciach było generalnie wesoło, dla nich to była przygoda, a ostatnia brutalna scena jest przecież przeładowana efektami specjalnymi. Przemek na przykład trzykrotnie zasnął na ujęciu.

MS: Ja też zasnąłem. To trwało cały dzień, strasznie precyzyjna choreografia, nuda. Nikt nie przeżywa traumy widząc za sobą kawałek zielonej szmaty, chodząc między iksami na patyku, omijając kukłę, z której wysypują się jakieś farfocle i kopiąc w czerwoną piłkę.

Czytaj także:
Jakub Majmurek, Władca much 2.0

 

**Dziennik Opinii nr 337/2016 (1537)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.