Film

Alkoholowe Safari

Jakub Majmurek nie ma racji, gdy stwierdza, że nowy film Smarzowskiego „nie romantyzuje picia”. Przeciwnie, to barokowy przepych brudu i wymiotów.

Zaryzykujmy mocną tezę na początek: Pod mocnym aniołem Wojciecha Smarzowskiego nie jest filmem o alkoholizmie. Może w jakiejś części jest filmem o literaturze i innych filmach z nurtu „alkoholowego”.

Smarzowski wydobywa to, co niepokoiło w powieści Pilcha: na ekranie dostajemy kreację, fantazję literacką, narcystyczne samooszukiwanie się. Alkoholizm w tym filmie to pretekst, to scenografia dla zmagań dwóch ego: pisarza i reżysera, które splatają się w spirali zachwytu nad własną kreatywnością. Film jest pusty, nie widać w nim prawdy psychologicznej ani socjologicznej. To, czego zabrakło, to empatia, chęć wczucia się w przeżycia alkoholików.

Smarzowski nie ma wyczucia etnografa, nie buduje opowieści z detalu. Nie potrafi przytrzymać kamery, przeciągnąć sceny, zagrać drobiazgiem. Brak „ucha i oka” dokumentalisty rekompensuje pozornym realizmem: brutalność, rzygi, kał, pośpieszny mizoginiczny seks przysłania empiryczną pustkę.

Groteska i turpizm to jednak zdradliwe narzędzia, podczas projekcji publiczność co i rusz wybuchała śmiechem. Nie dziwota, zamiast studium alkoholizmu otrzymaliśmy krakowsko-warszawską wyprawę z cyklu „z kamerą wśród zwierząt”. Nie pierwszą w tym stylu – na klasowe safari zabrała nas już kiedyś Katarzyna Adamik w Boisku bezdomnych. Smarzowski, podobnie jak Adamik, zachwyca się swoim zachwytem. Ukazuje nam barokowy przepych brudu, wymiotów, wódki. Ale to wszystko tylko dekoracja.

Nie ma racji Jakub Majmurek, gdy stwierdza, że ten film „nie romantyzuje picia”. Aż dziwne, że tak łatwo dał się zwieść temu pozornemu realizmowi. Prawdę nałogu o wiele lepiej oddał choćby film Żółty szalik z wstrząsającą kreacją Janusza Gajosa. Scena, w której bohater z taktem i uśmiechem odmawia picia na przyjęciu wigilijnym, po to tylko, aby wypić kieliszek tuż przy wyjściu i rozpocząć ciąg, zawiera więcej prawdy psychosocjologicznej niż przeszarżowana narracyjnie opowieść serwowana przez Smarzowskiego, który upaja się i upija swoją ornamentyką. Rezultatem jego spotkania z Pilchem może być tylko piętrowy manieryzm.

Zgoda, można dać się porwać frazie Pilcha, można ulec narracji Smarzowskiego, ale jeśli oczekujecie czegoś więcej, będziecie zawiedzeni. Żyjemy w czasach po awangardzie, już wszystkie chwyty formalne poznaliśmy, znamy już wszelkie narracyjne patenty, może zacznijmy opowiadać proste historie.

Skoro nie jest to film o alkoholizmie, to może jest to film o Polsce? Tej, w której tak łatwo być Jerzym, facetem, któremu się ciągle wszystko udaje, bo patriarchalna kultura zawsze ratuje jego zarzygany tyłek. W tym miejscu warto zauważyć, ze spotkanie Smarzowskiego i Pilcha wydobywa to, co w pisarstwie tego ostatniego bywa jeszcze do zniesienia (choć z trudem), a co w filmie jest już nieznośne: nachalna mizoginię, wylewającą się z wielu niepotrzebnych scen, kadrów.

Bohater Smarzowskiego, choćby obesrany, zawsze może liczyć, że coś „zaliczy” – pielęgniarkę, psycholożkę, studentkę. Kobiety w tym filmie to tylko tło. Trzy postacie alkoholiczek nie są wystarczającą przeciwwagą. Postacie męskie, choć też groteskowe, egzotyzowane, mają jednak odrobinę więcej wymiarów.

Dość już jednak znęcania się nad samym filmem – bardziej mnie fascynuje, dlaczego tak bardzo się podoba. Co to oznacza? Dlaczego Jakub Majmurek widzi w nim „prawdę czasu, prawdę ekranu”? Zaryzykuję tezę, że Smarzowski w tym filmie, a pewnie i w swych poprzednich dziełach, spełnia nasze marzenie o dotknięciu „Realnego”. W Weselu mieliśmy pozór kontaktu z „ludem”, Drogówka daje nam ersatz krytyki społecznej. Bruno Latour oddał dobrze ten problem poprzez figurę ikonoklasty – obrazoburcy. Nikt nie czyta świętych ksiąg tak literalnie, jak ich ateistyczny krytyk, nikt tak bardzo nie wierzy w realność „bałwana”, jak misjonarz, który go obala. Obrazoburca wierzy w naiwną wiarę tych, których chce oświecić

Pułapka, w jaką wpędza nas film Smarzowskiego, jest analogiczna. Reżyser zabiera nas w rajd po rzygowinach, ale problemy alkoholików są dla niego równie niedostępne, jak dla obrazoburcy są problemy wierzących. Jedyne, co ujawnia ta demaskacja, to złudzenia demaskatora. Warto zapytać, dlaczego zamiast filmu, w którym przemówić może Inny, dostajemy tylko frenetyczną obrazoburczą fantazję. Jak bardzo rzeczywistość alkoholizmu i życia w naszym kraju musi być nieznośna, że Smarzowski przykrywa ją tą falą rzygowin, moczu i kału? Dlaczego nawet na chwilę się nie zatrzyma się?

Gdy nie ma miłości, choćbyśmy posiedli dar prorokowania i poznali wszelkie tajemnice, będziemy jak cymbał brzmiący i miedź brzęcząca. Nie wystarczy fantazjować, aby krytykować. Nieraz trzeba powstrzymać się od krytyki. Oddać kamerę na usługi tych, o których chcemy opowiedzieć. Nie trzeba rzygowin, kału, moczu. Wystarczą ich drobne, boleśnie intymne opowieści. Nie trzeba zdzierać zasłon z rzeczywistości, bo nie ma żadnego drugiego dna. Rzeczywistość nie jest ukryta za zasłonami, które trzeba zdzierać – wystarczy jej nie zagadać.

Czytaj także:

Jakub Majmurek, Delirium i wymioty

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!