Kraj

Skazane na gwałt

Polki, które zostały zgwałcone przed wprowadzeniem tzw. konwencji antyprzemocowej, skrzywdzono podwójnie. Najpierw zrobili to przestępcy, a potem ich własne państwo.

Na wokandę jednego z pomorskich sądów trafiła sprawa kobiety, która zgłosiła się na komendę po tym, jak oprawca usiłował ją zgwałcić. Funkcjonariusze, prawdopodobnie działając w dobrej wierze, kazali się rozebrać ofierze do naga, po czym robili zdjęcia jej obrażeniom. Na fotografiach przerażona kobieta zasłania piersi ręką. Policjanci tłumaczyli, że dokumentacja fotograficzna będzie dobrym dowodem w sprawie. To niejedyny taki przypadek skrajnej niewiedzy podczas postępowania z ofiarami gwałtów. Dr Agnieszka Kościańska, etnolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, autorka pracy Płeć, przyjemność i przemoc, przytacza taką sytuację: – Na posterunek policji stawiła się przerażona, właśnie zgwałcona kobieta. Funkcjonariusz, widząc jej zdenerwowanie, poinstruował ją, by wróciła do domu i wzięła relaksującą kąpiel, co oczywiście oznaczało utratę całego materiału dowodowego, jaki miała na swoim ciele ofiara.

Sypiając z gwałcicielem

Z policyjnych statystyk wynika, że w 2016 roku ofiarami przemocy domowej w Polsce było ponad 91 tysięcy osób. Doświadczyło jej prawie 67 tysięcy kobiet, 14 tysięcy dzieci i przeszło 10 tysięcy mężczyzn. Liczba podejrzanych o przemoc mężczyzn to prawie 69 tysięcy osób. Wśród nich znajdują się często sprawcy gwałtów. Według badań Centrum Praw Kobiet 83 proc. ofiar zna gwałcicieli – bardzo często są to mężowie i kochankowie, a do gwałtów dochodzi w domu i w miejscu pracy. W prasie ze stałą regularnością pojawiają się artykuły o gwałtach małżeńskich. Karolina Piasecka, żona byłego radnego PiS Rafała Piaseckiego, otwarcie przyznała, że była zmuszana przez męża do stosunków.

Dekalog katolickiego żonobijcy

Wydawało się, że po opublikowaniu nagrania, na którym słychać, jak małżonek się nad nią znęca, dla wszystkich będzie jasne, że oskarżenia stawiane Piaseckiemu są prawdziwe. Mimo to nie brakuje komentarzy, że partner słusznie oczekiwał od niej „utrzymywania pożycia” lub „spełniania swojego obowiązku wobec mężczyzny”. Karolina Piasecka, jako jedna z nielicznych, zdecydowała się walczyć z katem na forum publicznym. Jej traumy posłużyły jako sensacyjne nagłówki gazet i śródtytuły w kolejnych artykułach prasowych.

Nie każda kobieta ma tyle siły, by rozdrapywać rany, które często nigdy się nie zagoją. By pomóc tym słabszym, powstała konwencja Rady Europy przeciwko przemocy wobec kobiet oraz przemocy domowej. Poprzedni rząd przyjął ją trzy lata temu. Konwencja wymusiła zmiany w polskim prawie dotyczące m.in. postępowania w sprawach gwałtów. Od stycznia 2014 roku ofiara gwałtu ma prawo do jednokrotnego przesłuchania, co w praktyce oznacza, że pokrzywdzone kobiety nie są już narażone na kilkakrotne składanie zeznań. Każde takie wystąpienie przed sądem, psychologiem czy funkcjonariuszami policji oznaczało dla nich powrót do koszmaru, o którym starały się zapomnieć. Były psychicznie i fizycznie nękane, co często prowadziło do załamań nerwowych czy depresji.

Polski Fritzl? Nie, polski Kowalski

Seksuolog prof. Zbigniew Izdebski zauważa, że dla osób zajmujących się problematyką seksualności oraz tych pracujących z ofiarami przestępstw seksualnych przyznanie ofiarom gwałtu prawa do jednokrotnego przesłuchania było oczywiste. – Każde przesłuchanie, ataki obrońców, niewygodne pytania zaburzały terapię i praca nad tym, by ofiara gwałtu zaczęła sobie lepiej radzić z tym, co ją spotkało, znacznie się przedłużała. Jakakolwiek forma przesłuchania może powodować dalsze konsekwencje emocjonalne u poszkodowanych. W Polsce nie ma przyjętego systemu pracy z ofiarami przestępstw seksualnych, w związku z tym dochodzi do wielu zaniedbań w ochronie ich praw.

Aresztancki dres

Nic dziwnego, skoro przedstawiciele instytucji, które powinny nieść pomoc ofiarom gwałtów, często nie są do tego przygotowani. Badania przeprowadzone przez Fundację Feminoteka pokazują, że ten sam problem dotyczy służby zdrowia. Na izbach przyjęć nie ma odpowiednich pomieszczeń, a lekarzom brak przeszkolenia. Dla wielu kobiet badanie ginekologiczne po gwałcie jest bardzo traumatycznym przeżyciem. – Lekarze, z którymi rozmawiałam w trakcie moich badań, zwracali uwagę, że mimo dobrych chęci czasami trudno jest im odpowiednio zająć się ofiarą – zauważa dr Kościańska. – Zdarza się, że w chwili, gdy policja ją przywozi, na oddziale odbywa się kilka porodów, w pełni absorbujących ich uwagę. Problem ten mogłyby rozwiązać punkty dokonujące obdukcji, specjalnie wyposażone w tym celu i zatrudniające odpowiednio przeszkolony personel. W niektórych polskich miastach działają takie instytucje, jednak zazwyczaj są czynne w godzinach urzędniczych, między ósmą a szesnastą, podczas gdy do większości tego typu przestępstw dochodzi w godzinach wieczornych.

Inicjatywy mające na celu usprawnienie procedury postępowania w przypadku gwałtu pojawiały się od połowy lat 90. Rozpoczynały je głównie organizacje pozarządowe. Na przykład w 2005 roku Centrum Praw Kobiet i Towarzystwo Rozwoju Rodziny wspierane przez policję lobbowały za wprowadzeniem pakietu dla ofiar zgwałcenia, obejmującego m.in. zestaw do zabezpieczania dowodów. Koszt takiego pakietu – zawierającego folię, grzebyk do wyczesywania włosów łonowych sprawcy oraz antykoncepcję awaryjną – miał wynosić około 15 zł. Ponieważ jednak podawanie tej ostatniej wzbudzało zbyt wiele kontrowersji, pomysł szybko upadł. Do tej pory głównym materiałem dowodowym w przypadku oskarżenia o gwałt jest ubranie, które miała na sobie ofiara w trakcie zdarzenia. Po zgłoszeniu się na komisariat musi je zostawić do badań. Jeśli nikt z rodziny lub przyjaciół nie przywiezie jej czystej garderoby, musi wrócić w odzieży, którą zaproponuje jej policja. Według relacji pokrzywdzonych zwykle jest to „aresztancki dres”.

Wstydliwy przepis

Konwencja przeciwko przemocy wobec kobiet oraz przemocy domowej wymusiła jeszcze jedną zasadniczą zmianę w polskim Kodeksie karnym – od stycznia 2014 roku gwałt jest ściągany z urzędu, a nie na wniosek ofiary. Na takie przekształcenie w naszym prawie czekano 82 lata!

– Ta zmiana była bardzo ważna – mówi Joanna Piotrowska, prezeska Feminoteki. – Po jej wprowadzeniu mamy pewność, że to państwo bierze na siebie ciężar pomagania ofierze gwałtu. Z naszych badań wynika, że wcześniej już na poziomie kontaktów z policją zgwałcone kobiety były namawiane do tego, by nie składać wniosku do prokuratury. Tłumaczono im, że takie przestępstwa trudno udowodnić, i przekonywano, że lepiej nic nie robić „dla ich własnego dobra”.

– Poprzednie rozwiązanie prawnicy uzasadniali dobrem pokrzywdzonej – dodaje dr. Kościańska. – Twierdzili, że ze względu na społecznie stygmatyzujący charakter tego przestępstwa ujawnienie, a potem proces sądowy, mogą przynieść jej duże szkody. W myśl tej zasady to ofiara, a nie sprawca ma się wstydzić.

Fuszara: Dyskusja o konwencji to dwa równoległe monologi

Rzeczywiście, wstyd to jedno z głównych uczuć towarzyszących ofiarom gwałtu. Dowodem na to jest historia nastolatki, która padła ofiarą zbiorowego gwałtu. Był ciepły dzień czerwca, koniec roku szkolnego. Uczennice gimnazjum cieszyły się z nadchodzącego lata. Zaplanowały wypad na miasto, żeby uczcić początek długich wakacji. Ewa wracała z koleżanką; zgodziła się na towarzystwo trzech młodych mężczyzn, którzy obiecali odprowadzić dziewczyny do domu. Gdy jedna z nich się oddaliła, słabość drugiej okazała się łatwa do wykorzystania. Mężczyźni grozili Ewie i przytrzymywali ją siłą. Potem na zmianę gwałcili. Miała wtedy piętnaście lat. Na koniec zabrali jej telefon. Po powrocie do domu Ewa powiedziała matce jedynie o kradzieży komórki. Długo szorowała twarz i zęby. Próbowała zmyć z siebie wszelkie pozostałości po stosunku. Wstydziła się tego, co ją spotkało. Dopiero po długich naciskach powiedziała, co naprawdę się zdarzyło w pobliskim parku. Matka była w takim szoku, że zabrała córkę na komisariat tylko po, by zgłosić kradzież komórki. Dopiero po jakimś czasie wyznała: „Mężczyźni ci zgwałcili moją nieletnią córkę”.

W związku z brakiem dowodów (badania genetyczne i biologiczne wykazały brak nasienia w pochwie i na ubraniu ofiary) sąd uniewinnił oskarżonych od zarzutu zgwałcenia. Skazał ich za to na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata za kradzież telefonu. Co ciekawe, wstyd ofiary stanowił podstawę uniewinnienia od zarzutu gwałtu – jak czytamy w uzasadnieniu sądu, „trzeba zwrócić uwagę, że nieletnia po powrocie do domu nie powiedziała matce o opisywanym zdarzeniu, a jedynie poinformowała ją o utraconym telefonie komórkowym. Dopiero po pewnym czasie od zdarzenia, chcąc wytłumaczyć brak telefonu i swoje późne przyjście do domu, zinterpretowała całe zajście jako gwałt”. Rozprawa apelacyjna ciągnęła się przez pięć lat. Do tego czasu Ewa była przesłuchiwana cztery razy. Swój finał sprawa znalazła dopiero siedem lat po zajściu – za gwałt oskarżeni zostali skazani na dwa lata pozbawienia wolności.

Martwe przepisy

– Od 2014 roku gwałt ścigany jest z urzędu i poza tą zmianą, w praktyce wdrażanie konwencji stoi w miejscu – mówi Urszula Nowakowska, dyrektorka fundacji Centrum Praw Kobiet. – A to nie tylko kwestia obecnych rządów PiS. Od wielu lat zabiegałyśmy i zabiegamy o zmianę definicji zgwałcenia, tak aby była ona zgodna ze standardem przyjętym w konwencji. Według niej gwałt to takie zachowanie seksualne, na które druga strona nie wyraża zgody. Nasze ustawodawstwo tymczasem uznaje za gwałt doprowadzenie do obcowania płciowego lub innych czynności seksualnych, do których dochodzi w związku z przemocą, podstępem lub groźbą karalną. Kiedy w 2013 roku próbowałam zainicjować debatę na temat dostosowania polskich przepisów do wymagań konwencji nawet od ówczesnej Pełnomocniczki Rządu ds. Równego Traktowania (lata 2011-2014), pani Kozłowskiej-Rajewicz usłyszałam, że jest to zbyt rewolucyjna zmiana, żeby o niej dyskutować.

O skuteczności wdrażania przepisów o trybie ścigania gwałtu z urzędu świadczą m.in. badania zlecone przez jej następczynię Małgorzatę Fuszarę (lata 2014-2015). Wykazały one, że po roku od zmiany przepisów wielu policjantów wciąż nie wiedziało, że gwałt jest przestępstwem ściganym z urzędu ani o procedurach dotyczących przesłuchania ofiar przestępstwa zgwałcenia. – Obecny rząd nie tylko, nie robi nic aby wdrożyć do polskiego prawa standardy jakie gwarantuje kobietom konwencja. Co więcej jego przedstawiciele wraz z prezydentem sądzą, że nasze prawo jest dobre i opowiadają się za jej wypowiedzeniem!

Wielu konserwatywnych polityków uważa, że w naszym kraju nie ma problemu z przemocą seksualną i domową, gdyż statystyki wskazują, że w Polsce mniej kobiet zgłasza przemoc niż np. w krajach skandynawskich. – To wszystko iluzja – twierdzi Nowakowska. – wynika głównie z niższej świadomości Polek odnośnie tego czym jest przemoc domowa, czy seksualna. Do nas zgłasza się masa kobiet, które zostały zgwałcone, np. przez swoich mężów lub partnerów, ale nie mają odwagi aby nazwać to czego doświadczyły gwałtem, bo boją się o tym mówić, są skutecznie zastraszane, albo zostały źle potraktowane na policji.

Urszula Nowakowska przytacza przykład klientki CPK, która ostatnio próbowała przed sądem udowodnić, że mąż dopuścił się na niej gwałtu. Choć sędzia uznała, że doszło do przemocy domowej, nie podtrzymała oskarżenia o gwałt. W uzasadnieniu można przeczytać, że ofiara nie zgłosiła przestępstwa dokładnie w tym dniu, kiedy do niego doszło, a dopiero dzień później, gdy mąż ją dotkliwie pobił. Poza tym, jej zeznania uznano za niezbieżne. Najpierw stwierdziła, że stosunek trwał kilkanaście minut, a potem, że „całą wieczność”. Problemem jest również to, że w Polsce brakuje choćby organizacji specjalizujących się w niesieniu pomocy zgwałconym kobietom, która w nazwie miałaby jasny przekaz: „pomagamy ofiarom gwałtów”. – Dzwonią do nas kobiety i pytają, czy mogą zgłosić przypadek zastosowania wobec nich przemocy seksualnej, bo w innych miejscach powiedziano im, że zajmują się tylko przemocą domową. Ale organizacja z nazwą „pomoc zgwałconym” w tytule, mogłaby być uznana przez Polaków za zbyt kontrowersyjną – mówi ironicznie Urszula Nowakowska – Pewnie znów kojarzyłaby im się z tym strasznym gender.

Prawdziwe skazane

Paulina nie miała łatwego dzieciństwa, dlatego wspomnienia chowała głęboko i ukrywała je przed światem.

Gdy miała szesnaście lat, poszła na imprezę, próbując żyć jak normalna dziewczyna. Fajnie się ubrała, chciała dobrze wyglądać. Może miała jeszcze szansę poznać kogoś dobrego, kto wyciągnąłby ją z matni rodziny, biedy i beznadziei? Piła alkohol, tak jak wszyscy. Pomagał jej. Tłumił lęki i ukrywał drżenie rąk.

Paulina od dawna sprawiała problemy wychowawcze; łatwo było ją oceniać, mówić, że z niejednym już się puściła. Ale tamtej nocy wyrywała się i krzyczała. Ktoś usłyszał jej wołanie o pomoc. Na klatkę schodową wybiegł lokator z mieszkania obok. To on wezwał policję. Potem żałowała, że nie była cicho. Najgorsze miało dopiero przyjść.

Znów trzeba ratować kobiety!

Pierwszy proces trwał trzy miesiące. Obu sprawców uniewinniono. Wedle opinii biegłych stan upojenia dziewczyny sprawił, że – mówiąc językiem potocznym – najpierw chciała, a potem uznała, że nie chce. Matka zeznała przeciwko niej. Oświadczyła, że „gwałt raczej nie wywołał u niej dotkliwych przeżyć”. Dodała, że nie ufa córce, bo uciekła z domu i oskarżyła ojca o molestowanie. Potem okazało się, że niebezpodstawnie – ojciec został skazany na osiem lat odsiadki za znęcanie się nad córką, gwałt oraz inną czynność seksualną. Z powodu zbyt łagodnego wymiaru kary dla oprawców, odbyło się kilka rozpraw apelacyjnych. Ciągnęły się w nieskończoność, przypominając Paulinie o tym, o czym dawno już chciała zapomnieć. Może dlatego przestała na nie przychodzić. Sąd nałożył na nią karę w wysokości 1000 zł. W końcu zeznała, co pamięta, choć wyparła już prawie wszystko. Psycholog potwierdził, że dziewczyna nie konfabuluje. Wyrok skazujący gwałcicieli zapadł dopiero pięć lat od zdarzenia. Ale to nie był koniec gehenny – sprawy apelacyjne trwały kolejne trzy. W końcu, osiem lat po zajściu, mężczyźni trafili za kratki na 2,5 roku.

Zgodnie z danymi Ministerstwa Sprawiedliwości średni wyrok za gwałty w 2005 roku wynosił 27 miesięcy pozbawienia wolności. Pięć lat później w kolejnym ministerialnym raporcie odnotowano spadek wysokości kary do około 17 miesięcy. Statystyki te pokazują, że prawdziwymi skazanymi w sprawach o gwałt są pokrzywdzone. Są pozbawione wolności o wiele dłużej, niż trwają odsiadki sprawców. Czasem zostają uwięzione w swoich traumach już do końca życia.

**

Historie zgwałconych kobiet poznałem dzięki uprzejmości doktor Agnieszki Kościańskiej. Imiona bohaterek zostały zmienione.

***

Wiktor Cyrny – dziennikarz, redaktor programów dokumentalnych Canal+Discovery, reportażysta tygodnika „Wprost”, stypendysta Telewizji Polskiej, dwukrotny laureat Ogólnopolskiego Konkursu dla Młodych Dziennikarzy (2012, 2013), który organizowała Ambasada USA w Polsce wraz z tygodnikiem „Wprost”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Bardzo potrzebny artykuł.

Lukrecja Borgia

Napisał Pan bardzo dobry artykuł i oczywiście wszystkie te wymieniane praktyki domagają się potępienia. Jednak brakuje mi przynajmniej wspomnienia o trzech realnych problemach:
1. Nie ma możliwości udowodnienia gwałtu w sytuacji słowo przeciwko słowu. Policja prosząc o zdjęcia postępuje racjonalnie jeśli jest to jedyny sposób udowodnienia tego co zaszło.
2. Jeśli kobieta przez długi okres czasu bez szczególnych powodów odmawia mężowi w jakim sensie pozostaje żoną? Papierowym? Problem istnieje w obie strony. Dla wierzących katolików to musi być niełatwa do rozwiązania pułapka.
3. Co do tej propozycji przedefiniowania gwałtu jak wybrnąć z amerykańskiego idiotyzmu "nie wyraziłam pisemnej zgody na pocałunek".

Jak się ma punkt 2. do treści artykułu?

Lukrecja Borgia

Z dwuznaczną przyjemnością odpowiadam na pytanie. "Mimo to nie brakuje komentarzy, że partner słusznie oczekiwał od niej „utrzymywania pożycia” lub „spełniania swojego obowiązku wobec mężczyzny”. " Nie znam przepisów prawa w tej sprawie, łatwo je pewnie wygo/u/glować, ale pkt 2 odnosi się bezpośrednio do tego zdania z artykułu. Jeśli nie widzi Pani związku będę zmuszony odpowiedzieć niezbyt mądrym pytaniem: ale o co Pani pyta? Właściwie o co chodzi z tym byciem mężem/żoną? O wyłączność seksualną? Taki rodzaj praw autorskich? Żenię się/wychodzę za mąż, ergo mam wyłączność na pieprzenie? To jest Monty Python albo paranoja, taki szpital psychiatryczny z dwutysiącletnią tradycją co najmniej.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!