Kraj

Pinior: O co toczy się spór z Kaczyńskim?

jozef-pinior

Albo Kaczyński zrobi to, co nie udało się endecji, albo te ambicje rozbiją się na społecznym oporze. Jesteśmy w historycznym momencie.

Cezary Michalski: Zanim cię zapytam o różne partyjne sztandary, chciałbym, żebyś powiedział, jak twoim zdaniem wygląda społeczna mapa dzisiejszego politycznego starcia? Kto wraz z Kaczyńskim atakuje liberalną demokrację w Polsce, kto jej przed Kaczyńskim broni, nieraz pomimo różnych wątpliwości i krytyk, kto wreszcie przygląda się temu z dystansem?

Józef Pinior: My jesteśmy ciągle w początkowej fazie kształtowania się tego nowego krajobrazu. O ile w kampanii wyborczej Kaczyński został np. poparty przez sporą część związków zawodowych i ludzi myślących w kategoriach społecznych, to już dziś mamy pewne zgrzyty na tej linii wynikające z faktu, że realizacja kampanijnych obietnic socjalnych na pewno nie jest priorytetem Kaczyńskiego u władzy. Po drugie, o ile wcześniej był dość szeroki konsensu wokół tego, że klasyczna środkowoeuropejska inteligencja jest już przeszłością, że walec globalnego kapitalizmu dokonał jej anihilacji także w Polsce, a może nawet w Polsce szczególnie…

Część się spauperyzowała, część stała się nowym mieszczaństwem, czasami nawet jego elitą…

…to nagle okazało się, że ta inteligencja jako wyrazista formacja w Polsce istnieje. A pokazał to Komitet Obrony Demokracji. Manifestacje, które łączą ze sobą bardzo różnych ludzi, od zielonych po liberałów.

Nagle się okazało, że nauczyciele i nauczycielki z wielkich miast i z prowincji, sędziowie, adwokaci, działacze społeczni, drobni biznesmeni… stają razem w obronie liberalnej infrastruktury polskiej demokracji.

Polityka wróciła do Polski po tym okresie „ciepłej wody w kranie”, po okresie takiego postmodernistyczego przekonania, że nastał okres postpolityki. Oczywiście na tych manifestacjach jest obecne głównie moje i twoje pokolenie, pokolenie pierwszej „Solidarności” i pokolenie NZS-u, lat 80. Ale właśnie dlatego, że my pamiętamy, jak wyglądała Polska nie będąca państwem prawa, ale dyktaturą. Nam w transformacji wiele rzeczy nie wyszło, wiele błędów zostało popełnionych na poziomie ekonomicznym i społecznym. Ale jeśli coś w ogóle nam wyszło, to właśnie państwo prawa. My to rozumiemy, bo znamy różnicę pomiędzy państwem prawa i państwem bezprawia. Dlatego stajemy w obronie państwa prawa. W dodatku Kaczyński zaatakował właśnie to największe osiągnięcie polskiej transformacji po roku 1989. Tu jest „wiarygodny i szczery”. Podczas gdy jego obietnice naprawienia ekonomicznych i społecznych błędów transformacji już tak bardzo wiarygodne nie są.

Jeśli chodzi o KOD jako inicjatywą inteligencką, nawet jeśli podejmowaną w epoce mieszczaństwa, pełna zgoda. Ale paradoksalnie, pierwszy wykorzystał część inteligenckich elit Jarosław Kaczyński. Piotr Gliński jest inteligentem, inteligentami są Jarosław Marek Rymkiewicz, Andrzej Nowak, Wanda Zwinogrodzka, ta część „pampersów”, która zgodziła się służyć Kaczyńskiemu, działacze różnych akademickich prawicowych struktur. Od czasu zniknięcia Unii Wolności tylko Kaczyński po to konsekwentnie sięgał, wykorzystując zresztą rozmaite frustracje i resentymenty inteligenckie związane z transformacją. Liberałowie, także Tusk i wielu liderów PO, uważali inteligencję za przeszłość, nawet jeśli jej nie atakowali. Sądzili raczej, że najbezpieczniejsze będzie odprowadzenie inteligencji z honorami do grobu.

W tym sensie ja mówię o powrocie polityki. O ile PiS wygrało wybory dzięki koalicji reakcyjnego skrzydła polskiego Kościoła, związków zawodowych i samych kadr Kaczyńskiego, które były budowane także poprzez odwołanie się do kategorii elitarności, również inteligenckiej, to jednak okazało się, że pomysł Kaczyńskiego na rządzenie sprowadza się przede wszystkim do kadrowego zamachu na państwo. PiS pokazuje się jako organizacja kadrowa, która w głęboki sposób przejmuje państwo polskie. To z kolei wzbudziło opór większości polskiej inteligencji, która ma sympatie bardziej liberalne. Inna rzecz, że my ciągle jeszcze nie do końca w Polsce rozumiemy, co właściwie robią dzisiaj Kaczyński, PiS, większość parlamentarna. Moim zdaniem, nie rozumie się jeszcze, że po raz pierwszy w historii nowoczesnego państwa polskiego prawica nacjonalistyczna bardzo głęboko przejmuje państwo polskie, na poziomie twardych struktur, administracji państwowej, wojska, służb. To się nigdy nie udało endecji.

Sanacja odpychała ją od tych instytucji, ale Kaczyński bardzo długo udawał, że to on jest Sanacją. Później, że jest Sanacją i endecją jednocześnie, podczas gdy jego przeciwnicy to „KPP” i do wspólnoty polskiej nie należą w ogóle. To już w stosunku do „Gazety Wyborczej” było absurdem, a w stosunku do Komorowskiego czy Niesiołowskiego to już czysty obłęd, tyle że przez wyznawców Kaczyńskiego dzisiaj łykany.

Marks mawiał, że historia się powtarza, ale jako farsa. Nawet samemu Kaczyńskiemu mogło się długo wydawać, że on robi to, co robił Piłsudski. Ale on robi to, co by robił Dmowski, gdyby zdołał w latach dwudziestych ubiegłego wieku uchwycić władzę w państwie. Taką jak Kaczyński ma dzisiaj.

Dmowski z ojcem Kolbe, bo to jest taka koalicja. Kaczyński z Rydzykiem i radiomaryjnymi biskupami, którzy PiS popierają. Ja się z tobą zgodzę, bo nie tylko Jarosław Kaczyński przeszedł taką ewolucję, ale też jego otoczenie, zaplecze. Ja tych ludzi znam wystarczająco dobrze, żeby móc powiedzieć, że oni najpierw zaczęli akceptować Rydzyka i endecką kategorię narodu z czystego pragmatyzmu, żeby się politycznie „zakorzenić”, ale potem w tę tożsamość wsiąkli i dzisiaj albo konsekwentnie udają, albo żarliwie przeżywają tożsamość narodowo-katolicką. Zresztą z elementami socjalnymi tej tradycji, które część lewicy dzisiaj konfundują, a część – jako że nie ma dziś żadnego wpływu na politykę – nawet temu kibicuje. Choć polska lewica nigdy nie kibicowała endecji, która też bywała socjalna.

PPS nie dystansowało się wobec konfliktu Piłsudskiego z endecją. Niektórzy weszli do lewego skrzydła obozu piłsudczykowskiego, inni z nim walczyli, ale cały czas walczyli też z endecją pod własnym sztandarem. PPS był w tę walkę z prawicą przez cały czas zaangażowany, do tego stopnia, że nawet PPS emigracyjny nie mógł sobie poradzić politycznie z sytuacją, w której po 1956 roku, w rządzie na uchodźstwie, PPS był w koalicji ze Stronnictwem Narodowym. Polemiki w gronie socjalistów wokół tej kwestii, krytyka tej strategii ze strony Zygmunta Zaremby, należą do kanonu polskiej myśli lewicowej, szczególnie w obecnej sytuacji politycznej.

To nie były dla ówczesnej lewicy „wojenki kulturowe burżuazyjnej II RP”?

PPS nigdy takiego stanowiska nie zajmowało. Wydaje się jednak, że w dzisiejszej Polsce istota najważniejszego konfliktu politycznego nie jest do końca rozpoznana. Nawet teraz bardziej się zwraca uwagę na elementy doraźne. To co robi Kaczyński widzi się w perspektywie jego niepowodzeń politycznych, począwszy od rządu Olszewskiego, aż po Smoleńsk, chęci rewanżu itp. Nie dostrzega się tego, że mamy do czynienia z nieporównanie bardziej niebezpiecznym, nieomalże historycznym momentem w polskiej polityce, to znaczy – powtórzę z naciskiem, bo to naprawdę jest ważne – po raz pierwszy w historii nowoczesnego państwa polskiego, od 1918 roku, prawica nacjonalistyczna jest w stanie zrobić to, czego nie udało się jej zrobić w II RP. To znaczy przejmuje głębokie struktury tego państwa, administrację, służby, prokuraturę, próbuje podporządkować sobie lub sparaliżować niezawisłe sądownictwo. Ale także przejmuje społeczeństwo – poprzez kulturę, edukację, „politykę historyczną”. To jest jej oczko w głowie, tu są autentyczni, bo oni naprawdę chcą poprzez kulturę i edukację trwale przemodelować społeczeństwo w kierunku uznania ideologii narodowo-katolickiej za jedyną formę polskiego społeczeństwa i państwa.

Jak to proponował Roman Dmowski w eseju Kościół, Naród, Państwo z 1927 roku?

Tylko że Dmowski musiał się zadowolić esejem, bo endecja, nawet z „Kościołem niepokalanowskim”, była wówczas słabsza politycznie, niż Kaczyński i Rydzyk, szczególnie, kiedy już uchwycili władzę i przejmują państwo. Także edukacja jest dla nich priorytetem, bo do tej wizji jednolicie narodowo-katolickiego państwa i społeczeństwa trzeba obywateli wychowywać już od najmłodszych lat. A potem trzeba to umacniać filmami, dziełami kultury, polityką historyczną… stąd priorytet kulturowy.

Będą dokonywać socjalizacji młodych w oparciu o nacjonalistyczny program. To było marzeniem endecji, ale nie udało się jej tego zrobić, bo najpierw od państwa odepchnął ją Piłsudski, potem wojna, potem inna dyktatura.

Nikt nie rozumiał, dlaczego Kaczyński robi „taki konfrontacyjny ruch” wobec Trybunału. On go robi, bo ma strategiczny plan, żeby w innych warunkach historycznych wykonać to, czego nigdy prawica nacjonalistyczna nie była w stanie w Polsce nowoczesnej dokonać. To jest historyczny przełom i nie rozumie w ogóle polityki ten, kto dziś nie zauważa, że główna oś podziału i konfliktu politycznego tworzy się w Polsce wokół tego, czy będziemy państwem liberalno-demokratycznym, europejskim, czy państwem głęboko nacjonalistycznym, skansenem nacjonalizmu jako ideologii państwowej w Unii Europejskiej.

A jeśli to endeckie państwo „da ludziom więcej”, niż im „dawało” państwo liberalne? Hitler początkowo „dawał” więcej, niż Weimar; Peron więcej, niż wcześniejsze rządy w Argentynie; Chavez więcej, niż wenezuelskie elity oligarchiczne. Dopiero potem różne społeczeństwa zapłaciły cenę tych „darów”. Bolszewicy też początkowo „dali chłopom ziemię” w sposób bardziej bezpośredni, niż zrobiły to wszystkie wcześniejsze uwłaszczenia i reformy rolne. Dopiero potem im tę ziemię zabrali i zlikwidowali „kułactwo” fizycznie.

Tu są dwie kwestie. Po pierwsze, rzeczywiście jednym z najważniejszych powodów tak wyraźnego zwycięstwa Kaczyńskiego było to, że prawica nacjonalistyczna zmonopolizowała kwestie socjalne. Tak się działo od 1989 roku, więc to nic nowego. Nawet kwestia socjalna podnoszona przez związki zawodowe była monopolizowana od początku przez prawicę przeciwko Balcerowiczowi. Przez Wałęsę, przez ZChN, przez Porozumienie Centrum. Oczywiście oni to traktowali instrumentalnie, przeciw wczesnym elitom transformacji, które sami próbowali zastąpić u władzy. Kiedy już ta prawica rządziła, zdradzała postulaty socjalne. Ale także teraz ludzie uwierzyli, że Kaczyński jest bardziej prospołeczny, niż inni. To się wiąże zarówno z anihilacją lewicy, jak też z tym, że PO nie było w stanie przekuć swoich socjalnych pomysłów na politykę elektoralną.

Wcześniej PO rozgrywało jednak bardzo świadomie konflikt ze związkami czy z „resentymentem wykluczonych”, żeby mobilizować wokół siebie nowe polskie mieszczaństwo, które przy wszystkich wątpliwościach i dyskusjach wewnętrznych bierze jednak odpowiedzialność za transformację, czuje się jej beneficjentem. Jak się najpierw rozwali Komisję Trójstronną, a potem odbudowuje Radę Dialogu Społecznego, nawet z większymi uprawnieniami, ale się to robi pomiędzy jednymi i drugimi przegranymi wyborami, to potem tę Radę Dialogu Społecznego zwołuje po raz pierwszy Andrzej Duda, nawet jeśli w oparciu o ustawę uchwaloną przez koalicję PO-PSL.

Ale jednak PO na czele z Ewą Kopacz praktycznie zmieniło front, tyle że zrobiło to za późno, po latach błędów. I w ten sposób Kaczyński mógł się pokazać jako polski Peron monopolizujący kwestię społeczną, co pozwoliło mu wygrać te wybory wyraźnie. Ale pytanie jest następujące, czy on rzeczywiście zrealizuje ten program? Autorytarny Peron z sympatiami w stosunku do państw Osi rzeczywiście w Argentynie to zrobił. Jak byłem tam po raz pierwszy, po polskich wyborach w 1989 roku, ludzie z mojego pokolenia, lewicowcy, mówili mi: „ale słuchaj, my jesteśmy w grze tylko dlatego, że Peron dał naszym robotniczym rodzinom stypendia, żeby ich dzieci mogły skończyć studia. Inaczej byłaby tu tylko oligarchia”.

Kaczyński nigdy nie miał lewicowych, czy nawet socjalnych sympatii. Leninowska rewolucja kadrowa jest dla niego wszystkim, a czym ją wypełni społecznie, to dla niego rzecz drugorzędna. To jest Lenin, jeśli chodzi o stosunek do państwa i kadr, ale bez marksizmu. Taki Lenin w jeszcze większym stopniu nihilistyczny. Jego ludzie także są thatcherystami, populistami albo cynikami. I teraz Peron odważył się na populizm socjalny, za cenę rozwalenia budżetu, Argentyna jest bankrutem do dzisiaj. W przypadku Kaczyńskiego nawet 500 złotych na dziecko jest „konsultowane społecznie”, żeby wygrać każdy miesiąc i obniżyć koszty. A podniesienie progu kwoty wolnej od podatku czy obniżenie wieku emerytalnego już zostały odsunięte na następny rok. Priorytetami realizowanymi bez „konsultacji społecznych” są uderzenie w Trybunał, zniszczenie służby cywilnej, zniszczenie mediów publicznych, podporządkowanie prokuratury, inwigilacja, kadrowe przejęcie państwa. Zatem jaka będzie treść tego nacjonalistycznego przejęcia państwa, socjalna czy antysocjalna?

Uważam, że część tych obietnic Kaczyński będzie musiał zrealizować, nawet jeśli będzie to odraczał i zmiękczał.

To nie jest peronowskie podejście.

Peron nie liczył się z lokalną burżuazją, on rzeczywiście był rewolucjonistą.

Kadrówka Kaczyńskiego sama jest częścią tej burżuazji, tyle że chciałaby zastąpić inną część i samemu robić majątki pod narodową flagą i krzyżem. Czyli ma ambicje analogiczne do lokalnej burżuazji Fideszu.

To jest lokalna odmiana polskiej burżuazji, jedno z jej skrzydeł. Ale teraz wracam do lewicy.

W tej sytuacji lewica, która mówi „to nie jest nasza wojna” robi dokładnie ten sam błąd co lewica komunistyczna, która w latach 30., kiedy w Europie doszło do frontalnego starcia pomiędzy faszyzmem i liberalną demokracją, mówiła: „to nie jest nasza wojna”.

Albo nawet: „to świetnie, że zniszczą liberalną demokrację”, bo „ujawnią ukryte sprzeczności” i następnym etapem będzie rewolucja komunistyczna. Czemu teraz ta twardsza lewica miałaby być inteligentniejsza?

Następnym elementem była eksterminacja także lewicy i wojna w Europie, na której lewica komunistyczna w Europie też nie skorzystała.

Pół Europy dostał Stalin.

Ale ja traktuję europejską lewicę poważnie, więc nie sądzę, że ona zajęcie połowy Europy przez Stalina powinna uważać za swój tryumf.

Jednak i dziś można usłyszeć głosy, choć bardziej na Facebooku, bo oficjalnie panuje jednak pewna polityczna poprawność: „niech faszyzująca burżuazja z PiS rozwali burżuazję liberalną, co nam do tego, a może jeszcze po drodze udowodnią, że nawet w warunkach globalizacji da się być bardziej redystrybucyjnym”?

Nie chcę używać epitetów, ale to pokazuje ogromną niedojrzałość polityczną, zdziecinnienie lewicy w Polsce, jeśli jej część dystansuje się od kluczowego dzisiaj politycznego konfliktu, bo go nie rozumie. Właśnie w tej chwili lewica powinna w tym konflikcie racjonalnie przedstawiać kwestie społeczne, tyle że po stronie liberalno-demokratycznej i proeuropejskiej. I w tym sensie moim zdaniem w Polsce dzisiaj nie ma głębokiej i radykalnej sprzeczności pomiędzy liberalizmem społecznym, a lewicą. PO to do pewnego stopnia zrozumiało, ale za późno. I nie było w stanie przetworzyć tego na politykę. A mówię o tym także dlatego, że punkt startu Platformy 15 lat temu był mniej więcej dzisiejszym punktem startu Ryszarda Petru, choć oczywiście w innej epoce.

PO zaczynało jako populizm liberalny, o ile nie neoliberalny. „Tanie państwo” wykrzykiwane w sytuacji państwa, które zdycha z biedy. Obietnica JOW-ów i radykalnego obniżania podatków. Dopiero u władzy Platforma stała się bardziej centrowa.

Ale to właśnie PO, już kiedy było u władzy, rozwaliło OFE. Nikt bardziej od Platformy nie uderzył w najbardziej patologiczny obszar polskiego kapitalizmu.

Ale ludzie PO nie mogli nawet tego powiedzieć, ani nawet pomyśleć, bo w ich liberalnym języku to nie było możliwe. Nawet zatem im samym pozostawał cynizm „skoku na kasę, żeby zapełnić dziurę budżetową”. Czyli przyjęcie języka swoich przeciwników. Platforma nie potrafiła na to odpowiedzieć: „my wierzymy, że kapitalizm jest źródłem ogromnej energii społecznej, ale szczególnie na peryferiach wymaga politycznych i społecznych regulacji, których przy OFE zabrakło”. Zemstą OFE na Platformie stał się Petru. A w konsekwencji zwycięstwo PiS-u, które nawet „mścicielom” wychodzi bokiem.

Brak języka, a nawet niedobór refleksji był tu rzeczywiście zabójczy. Ale jeszcze o jednej rzeczy chcę powiedzieć, już z końcówki rządów PO, kiedy to właśnie Platforma zrobiła rzecz naprawdę dużą – bezpłatne ośrodki pomocy prawnej w powiatach. Tyle że znowu, podobnie jak przy OFE, liberałowie, nawet umiarkowani, nie byli w stanie tego rozegrać elektoralnie. Dokonali tak naprawdę – mówię o ustawie o bezpłatnej pomocy prawnej – rewolucji społecznej, bo to oznacza, że dziewczyna w Sycowie ma do dyspozycji prawników, którzy jej pomogą, kiedy ją bije mąż, a cała lokalna władza, a nawet lokalna struktura społeczna udaje, że tego nie widzi. Jednak liberałowie nie byli w stanie tego politycznie rozegrać, zbudować wokół tego koalicji społecznej, nie mieli nawet języka, żeby o tym mówić. Ale lewica też to zmarnowała, bo jak tę ustawę uchwaliliśmy, to ja słyszałem z lewej strony tylko: „ale co to jest, jakieś bezpłatne ośrodki pomocy prawnej, co to zmienia w tym chorym systemie?”.

Podobnie jak lewica nie była w stanie zareagować na in vitro czy ratyfikację konwencji antyprzemocowej. W ten sposób wygrywał język Giertycha, że z tego tylko są kłopoty i trzeba zawsze kapitulować przed klerykalną prawicą, bo tylko ona w Polsce umie politycznie nagradzać lub karać.

Ale na czym polega istota KOD-u, tej historycznej wręcz zmiany? Otóż mamy, moim zdaniem po raz pierwszy od bardzo dawna do czynienia z oddolną mobilizacją społeczną na rzecz liberalizmu, który nie tylko nie wyklucza, ale wręcz otwiera się na społeczną wrażliwość lewicy.

Nawet „smoleńszczyzna”, która utwardziła elektorat Kaczyńskiego i pozwoliła mu doczekać do taśm, musiała być zwożona na manifestacje w Warszawie autobusami za pieniądze, które PiS dostaje z budżetu.

KOD nie dostaje pieniędzy z budżetu i jego manifestacje odbywały się bez pomocy partyjnych autokarów. Mamy do czynienia z mobilizacją społeczną, która nie jest organizowana w oparciu o parafie i nie jest organizowana w oparciu o partie polityczne. To jest fenomenalne zjawisko – Polki i Polacy obudzili się do polityki.

Tyle że po pierwsze ruch społeczny ma swoje granice, wymaga politycznej reprezentacji, a KOD politykom nie ufa. Po drugie, nie jest pewne, na ile ten ruch liberalnego mieszczaństwa faktycznie otwarł się na lewicową wrażliwość społeczną.

Ja nie oceniam tego utopijnie, bo rzeczywiście różne dodatkowe warunki muszą być spełnione. Ale widzę to bardzo pozytywnie. Moim zdaniem, jeśli ten żywiołowy ruch się skonsoliduje, będziemy mieli pierwszy skuteczny opór przeciwko przejmowaniu państwa i społeczeństwa przez prawicową kadrówkę Kaczyńskiego. A to jest żywiołowe, bo nad tym nic nie panuje, te prawicowe teksty o tym, jak to jest perfidnie organizowane od góry, są bzdurne. Wystarczy na to spojrzeć od strony Wrocławia czy Legnicy.

To są dokładne kopie PRL-owskich tekstów o tym, jak złe siły, najczęściej „pochodzenia zagranicznego”, organizują protesty społeczne przeciw władzy ludu. O ile Kaczyński imituje coś, czego słuchał całe życie, to młodzi prawicowcy reprodukują tę samą strukturę myślenia.

Moczar jako idol.

Podejrzewam, że prywatnie w PiS-ie oni muszą mówić: „ten Moczar to był jednak genialny”.

Tylko Rafał Ziemkiewicz potrafił napisać otwarcie, przy okazji sporu o Naszą klasę, że w PRL-u, za tych krytykowanych przez dysydentów Gomułki czy Moczara, broniono jednak godności polskiego narodu, a dziś się nie broni.

Moczaryzm nie jest dzisiaj dla prawicy problemem, on już jest istotą tego obozu. W sytuacji przejmowania państwa przez nacjonalistów to jest zresztą język naturalny, w dodatku całkiem już gotowy do użycia, jego pozostałości w głowach wielu ludzi istnieją i dzisiaj rezonują.

Po drugiej stronie mamy KOD, który uczestniczy w twardym konflikcie politycznym, ale typową strukturą polityczną nie jest. Mamy PO, które było bez języka i jeszcze języka nie odzyskało. Mamy Petru będącego bardziej patologiczną wersją wczesnej Platformy, ale mającego też wielu sensownych ludzi, trochę aktywnego młodego mieszczaństwa, którego PO już nie potrafiło zmobilizować, tak jak wcześniej nie potrafiło zaprzyjaźnić się z ruchami miejskimi, jeśli nie liczyć Jaśkowiaka. SLD dostał właśnie Czarzasty, który może – jak to już robił parę razy – pójść do Kaczyńskiego i zapytać go wprost: „ile dajesz za głowę platformersa, jeśli dużo, to ci kilka przyniosę”? Mamy Barbarę Nowacką, Sławomira Sierakowskiego, Roberta Biedronia i parę innych rozpoznawalnych postaci, ale wszyscy oni funkcjonują w bardzo pokiereszowanym pejzażu lewicy. Mamy Partię Razem, która musi dokonać tego podstawowego – z twojego punktu widzenia – wyboru. Gdzie w tej sytuacji zbudować opór przeciwko kadrowemu przejmowaniu polskiego państwa i społeczeństwa przez klerykalną i nacjonalistyczną prawicę?

O Nowoczesnej wiem tyle co z mediów, nie mam tam własnych kontaktów. Myślę, że to jest ostatni moment, żeby oni się spotkali w Sejmie, w tym gronie swoich liderek i przyjaciół, i podjęli zupełnie rozstrzygające decyzje. Zarówno wobec takiego czy innego współdziałania z Platformą, jak też własnej tożsamości i politycznych propozycji. Jeśli Nowoczesna wychodzi w tej chwili z projektem ograniczenia czy praktycznie zniszczenia związków zawodowych, oznacza to grę – nawet jeśli bez świadomości – na to, że system Kaczyńskiego będzie się w Polsce umacniał co najmniej przez kilkanaście lat.

Oni dziedziczą te błędy po najgorszych momentach Platformy. Kiedy Tusk czuł się najsilniejszy, właśnie na konflikcie ze związkami chciał skonsolidować wokół PO poparcie nowego polskiego mieszczaństwa, które związków zawodowych raczej nie kocha.

Owszem, w najgorszych momentach Platforma takie rzeczy mówiła, ale nigdy jednak nie przeforsowała żadnego rozwiązania podobnego do tego, które dziś zgłasza Nowoczesna. Ja chcę do Nowoczesnej zaapelować, bo tam jest bardzo dużo mądrych kobiet i mężczyzn, żeby sobie uświadomili, że projekt ustawy proponujący likwidację etatów związkowych w oparciu o zakłady pracy oznacza dążenie do całkowitej likwidacji związków zawodowych w Polsce. Polska bez związków zawodowych nie będzie bardziej europejska, tylko jeszcze bardziej społecznie peryferyjna. Poza tym to wpycha w ręce Kaczyńskiego nie tylko „Solidarność”, którą on dziś ma częściowo wchłoniętą, choć napięcia mogą się pojawić, ale także większość pozostałych central. Kaczyński się w tej sytuacji ustawi bez trudu jako obrońca związków przeciw liberałom.

Drugi błąd to błąd samego Petru polegający na podkręcaniu konfliktu z PO. Ja rozumiem, że Nowoczesna chce wziąć elektorat Platformy. Natomiast Petru musi sobie przemyśleć, jaki konflikt jest dziś dla Polski podstawowy. Jeśli za półtora roku albo za trzy lata będą w Polsce wybory i z jednej strony wystartuje zjednoczona prawica, od Gowina do Rydzyka, a po drugiej stronie będzie mozaika, dwie partie liberalne, dwie partie lewicowe i jeszcze PSL, to z samej arytmetyki wyborczej wynika umocnienie dominacji prawicy w państwie. Bez względu na błędy tej formacji i spadek popularności.

Układ twardo dwubiegunowy też jest ryzykowny. PO próbowało i Polska padła tego ofiarą, bo nie było ani bezpiecznego zmiennika, ani silnego koalicjanta. W dodatku mozaika polityczna jest naturalnym przeciwieństwem dzisiejszej prawicy nauczonej przez Kaczyńskiego politycznego nihilizmu, gdzie thatcheryści dla stanowisk i władzy udają socjałów, piłsudczycy narodowców itp. Nie jest łatwo to naśladować.

Wracamy do potencjału polskiej polityki. I Orban, i Kaczyński są mistrzami polityki elektoralnej. Oni wykorzystali to, że myśmy po roku 1989 zbudowali system demokratyczny, który się opiera na dwóch filarach: demokracji elektoralnej i infrastrukturze liberalnej. Niszczą infrastrukturę liberalną, ale wcześniej zostali mistrzami demokracji elektoralnej. I obojętnie, czy to będą wybory przyspieszone, czy po upływie kadencji, rozbicie obozu walczącego z tym nihilistycznym walcem Kaczyńskiego da zawsze taki sam wynik. Taki rozbity obóz przegra, a walec prawicy będzie toczył się dalej przez państwo i społeczeństwo. Petru musi coś z tym zrobić, nawet jeśli jest – jak ty to gdzieś napisałeś – „padlinożercą chcącym pożywić się na trupie Platformy”.

On się z tobą zgadza, dlatego chce przejąć całą Platformę.

Platformy nie da się przejąć. Ja mam nadzieję, że w okolicach marca, kwietnia, PO odzyska swój głos – partii liberalnej z otwarciem na społeczną wrażliwość. Zacznie zmierzać w stronę polskiego odpowiednika amerykańskiej Partii Demokratycznej. Ale ta partia musi ożyć, także społecznie, a np. Instytut Obywatelski musi się stać realnym think tankiem, w oparciu o który będzie się toczyć rozmowa liberałów, postępowców i sensownych konserwatystów – rozmowa o polskim społeczeństwie, niekoniunkturalna, choć mającą także konsekwencje czysto polityczne. Jeśli tak się nie stanie, jeśli PO do marca, kwietnia nie wróci do życia i nie odzyska głosu, to będzie koniec Platformy.

Ale nawet PO odchodzące będzie ze sceny schodzić przez wiele lat, tak jak kiedyś SLD, blokując kluczowy obszar polskiej sceny politycznej. Zatem, albo musi być jakieś porozumienie pomiędzy Platformą i Nowoczesną, albo oddajemy Polskę Kaczyńskiemu na długo. Do tego lewica. Może być wspólna lista, może być aktywność polityczna lub metapolityczna, ale oni muszą się jasno określić w tym kluczowym dla dzisiejszej Polski politycznym konflikcie. Barbara Nowacka i Sławomir Sierakowski się akurat w tym konflikcie określili sensownie. I mniej jest dla mnie istotne, w jakim kształcie organizacyjnym to się będzie rozgrywać. I czy bardziej politycznie, czy metapolitycznie. Czy bliżej jakiejś struktury partyjnej, czy KOD-u. Ale lewica, która ten najważniejszy w dzisiejszej Polsce konflikt polityczny w ogóle zbagatelizuje ryzykuje długotrwałą marginalizację i taką „trockistowską egzotykę”, która wcale nie da jej „własnego głosu socjalnego konkurującego z głosem prawicowym”, ale ich z realnej polskiej polityki wyrzuci.

Naprawdę bowiem jesteśmy w najbardziej przełomowym i jednocześnie najniebezpieczniejszym historycznym momencie. W okresie Wiosny Ludów polski nacjonalizm kształtował się wokół idei narodu politycznego, który był wieloetniczny i wielowyznaniowy. Mickiewicz był radykalnym politycznie rzymskim katolikiem, który umiera w Stambule, w centrum politycznym świata islamu, organizując legiony polskie z żydowskiej ludności Imperium Otomańskiego. Słynna sympatia Marksa i Engelsa dla polskiego ruchu narodowego miała swoje głębokie uzasadnienie. Dla takiego ruchu narodowego państwo liberalne mogło być jego naturalną formą. W dodatku takie państwo mogło dołączyć do twardego, francusko-niemieckiego rdzenia Unii Europejskiej, która podobną ewolucję przeszła. Teraz jednak mamy przejście PiS-u na pozycje nacjonalizmu etnicznego połączonego z jednowyznaniowością – zrealizowanie koncepcji nacjonalistycznej ukształtowanej w Polsce po klęsce powstania styczniowego i rewolucji industrialnej. I taka formacja po raz pierwszy w historii przejmuje polskie państwo bardzo głęboko i pragnie równie głęboko sformatować polskie społeczeństwo. Jeśli im się to uda, staniemy się skansenem w Europie, która jest emanacją narodów politycznych, a nie etniczno-wyznaniowych.

I rozpocznie się proces odpadania Polski w ten rejon świata, gdzie testowane są rozwiązana autorytarne.

 

**Dziennik Opinii nr 28/2016 (1178)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.