Kraj

Będziemy płacić za religię w szkole i basta

Płacą i będą płacić rodzice, bezdzietni, ateiści, buddyści i rowerzyści, a etyki nie będzie, bo nie ma klimatu.

Obywatelski projekt ustawy w sprawie finansowania religii w szkołach jeszcze przed pierwszym czytaniem został negatywnie zaopiniowany przez rząd. To oznacza, że jak co roku grubo ponad miliard złotych z naszych podatków pójdzie na niekontrolowane pod względem programowym i prowadzone w dużej mierze przez osoby bez przygotowania pedagogicznego – lekcje religii katolickiej w publicznych szkołach.

Negatywne stanowisko rządu zostało uzasadnione w sposób przywodzący na myśl słynny dowcip o Radiu Erewań i rozdawaniu rowerów, co w sumie jest stałą taktyką obecnego rządu, ale mimo wszystko tak brawurowe robienie w konia społeczeństwa ciągle jeszcze szokuje. Otóż, jak czytamy na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej:

„Według rządu, finansowanie zajęć z religii przez kościoły lub inne związku wyznaniowe, czyli praktycznie przez rodziców, którzy są członkami tych wspólnot religijnych, byłoby naruszeniem dwóch zasad konstytucyjnych: wolności religii i bezpłatności nauki. Art. 53 ust. 4 Konstytucji mówi o tym, że religia kościoła czy związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole. Z tego względu wprowadzenie odpłatności za uczestnictwo w nauczaniu religii, organizowanej w szkole publicznej, mogłoby być odbierane jako naruszanie zagwarantowanej wolności religii.”

A zatem według rządu łamaniem zasad konstytucyjnych dotyczących wolności wyznania nie jest fakt, że my wszyscy jako podatnicy jesteśmy zmuszani do opłacania działalności ideologicznej Kościoła katolickiego na terenie publicznych świeckich szkół. Łamaniem tych zasad ma być opłacanie tego rodzaju zajęć dla zainteresowanych przez sam Kościół! Bo przecież tu nie chodzi o żadne „kościoły i związki wyznaniowe” – używanie tego sformułowania to grubymi nićmi szyta próba ukrycia faktu, że głównym beneficjentem obecnej sytuacji jest jeden Kościół – ten z kwaterą główną w Watykanie. Przeskok od konstytucyjnego zapisu o tym, że religia „może być przedmiotem nauczania w szkole” do wniosku, że wszyscy Polacy mają obowiązek płacić za lekcje religii katolickiej w szkołach, jest równie uzasadniony etycznie, jak ociekające wazeliną podziękowania Beaty Kempy złożone Rydzykowi w imieniu polskiej premier za „posługę ojczyźnie”.

Żeby nie być gołosłowną: lekcje religii są prowadzone w 92% szkół publicznych w Polsce i tylko w kilku procentach z nich chodzi o lekcje Kościołów innych niż katolicki. Dokładne liczby znajdziecie w raporcie rzecznika praw obywatelskich w tej sprawie z 2015 roku (Dostępność lekcji religii wyznań mniejszościowych i lekcji etyki w ramach systemu edukacji szkolnej), ale co ważniejsze z raportu wynika też jasno, że w stosunku do uczniów wyznań mniejszościowych obowiązek umożliwienia uczestnictwa w lekcjach ich religii jest realizowany przez dyrektorów szkół niemal równie „sumiennie”, jak umożliwianie uczniom dostępu do lekcji etyki.

W liczbach wygląda to tak: lekcje religii mniejszościowych odbywały się w zeszłym roku w 4,7% szkół, w 7.9% szkół lekcji nie było, ale uczniowie mogli brać udział w zajęciach międzyszkolnych, natomiast w 42% szkół nawet nie informuje się uczniów i rodziców o przysługującym im prawie do wyboru lekcji religii mniejszościowej. Informacje o prawie do ubiegania się o lekcje wyznań mniejszościowych na piśmie otrzymali rodzice w 3% szkół. Lekcje etyki (pomimo zmiany przepisów nakazującej organizować je w szkole nawet dla jednego ucznia) odbywają się tylko w 11,3% szkół, a i tam zwykle nie obywa się bez praktyk zniechęcających do uczestnictwa w nich – na przykład lekcje etyki są organizowane grubo po zakończeniu innych lekcji. Jak to ujął, referując wyniki badań profesor Wojciech Pawlik, o ile przepisy są po nowelizacji dobre, to nie ma atmosfery sprzyjającej ich rzetelnemu respektowaniu.

Zorganizowanie lekcji etyki bywa przedstawiane jako coś bardzo skomplikowanego – nie ma nauczyciela, nie ma skąd wziąć na to pieniędzy, nie ma jak umieścić tego w planie lekcji.

Krótko mówiąc, dyrektorzy wykorzystują fakt, że rodzice i uczniowie nie znają swoich praw, do tego, żeby ich zbywać i nie realizować swoich obowiązków.

Robią tak, bo wiedzą, że nie spotka ich z tego powodu żadna przykrość ze strony samorządowych czy ministerialnych zwierzchników. W ten sposób prawem kaduka utwierdza się symboliczna dominacja nauczania kościoła katolickiego w polskich szkołach, bo co warto przypominać przy każdej okazji – polskie dzieci mają w procesie edukacyjnym więcej lekcji religii niż biologii, chemii i fizyki razem wziętych.

Prezentowanie obywatelskiej ustawy, która miałaby nas zwolnić z płacenia daniny na rzecz kościoła katolickiego, jako ustawy wprowadzającej jakieś ukryte opłaty od religijnych rodziców jest tym obłudniejsze, że sugeruje utrzymywanie się Kościoła katolickiego ze składek wiernych. A przecież Kościół katolicki utrzymujemy od lat (a właściwie od wieków, ale to temat na osobny artykuł) wszyscy – ponad miliard na pensje katechetów to tylko jedna z form corocznego przekazywania tej instytucji ogromnych kwot z budżetu państwa.

Fundusz kościelny pochłonął w 2015 roku ponad 118 milionów złotych. Kościół katolicki (i inne również) jest też na mocy ustawy o wolności sumienia i wyznania zwolniony z płacenia podatku dochodowego od osób prawnych (CIT). Nie płaci też VAT-u od świadczonych usług (chodzi o opłaty za śluby, pogrzeby, bierzmowanie, chrzty, ale też o pieniądze zbierane na tacę). Do tej pory nie wyjaśniono także na jakiej zasadzie komisja majątkowa przez kilka lat przekazywała Kościołowi katolickiemu nieruchomości i ziemie po cenach stanowiących ułamek ich rynkowej wartości.

Zupełnie przeciwnie niż rząd Beaty Szydło uważam, że to właśnie zmuszanie wszystkich Polaków i Polek do składania się na kolejne gigantyczne daniny dla Kościoła katolickiego jest łamaniem zasad konstytucyjnych zarówno tych zawartych w samej preambule, która zrównuje w prawach wierzących i niewierzących, jak i w poszczególnych artykułach.

Podtrzymując prawo zmuszające wszystkich do opłacania działalności Kościoła katolickiego w szkołach publicznych rząd łamie postanowienia artykułu 25. pkt.3., który zobowiązuje władze RP do poszanowania wzajemnej niezależności państwa i Kościoła, a także artykułu 32., który mówi o tym, że „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, gospodarczym oraz społecznym” oraz artykuł 53. pkt.4., który stanowiący, że „religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób”.

Nie trzeba być prawnikiem, żeby rozumieć, że prawo skonstruowane tak, że za lekcje religii katolickiej w szkole płacą także wyznawcy innych religii oraz ateiści, może stanowić naruszenie wolności sumienia tych grup. Jestem pewna, że wolność mojego sumienia jest w ten sposób naruszana. Nie życzę sobie, żeby z moich podatków opłacano działalność instytucji, której pracownicy i zwierzchnicy od lat tuszują liczone w tysiącach przypadki pedofilii, poprzez potępianie antykoncepcji przyczyniają się do rozprzestrzeniania się epidemii AIDS i zwiększania liczby jej śmiertelnych ofiar na całym świecie, segregują ludzi na tych, którzy są godni, żeby przeżyć i tych, którzy nie są tego godni – jak to miało miejsce w czasie ludobójstwa w Rwandzie czy podczas obecnego kryzysu uchodźczego, czy wreszcie wytrwale podtrzymują patriarchalną wizję świata, w której kobiety są pozbawionymi własnej woli służącymi lub „skafandrami na dziecko poczęte” jak poucza jeden ze szkolnych podręczników do religii.

Jestem pewna, że o wiele więcej osób niż te sto pięćdziesiąt tysięcy, które podpisały się pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie finansowania religii w szkołach, wolałyby przeznaczyć te ogromne kwoty, którymi państwo polskie co roku futruje Kościół katolicki, na nowe przedszkola i żłobki, na zwiększenie pomocy dla opiekunów osób niepełnosprawnych, na dofinansowanie służby zdrowia, przywrócenie połączeń kolejowych miedzy mniejszymi miejscowościami lub wiele innych sensownych i służących wszystkim obywatelom spraw. Że uznaliby taką zmianę za dobrą zmianę.

Z drugiej strony, jestem też niestety pewna, że PiS-owska „dobra zmiana” nie zakłada zmniejszania strumienia gotówki, którą od lat hojnie w naszym imieniu państwo polskie wspiera Kościół katolicki. Ale nie dajmy się robić w konia – tu nie chodzi o dobro obywateli, ani tych wierzących w Boga ani tych nie podzielających tej wiary i wywodzących uniwersalne wartości z innych źródeł.

Czytaj także:
Jażdzewski: Polacy mogą chodzić ze święconką, ale Kościoła w polityce nie chcą

**Dziennik Opinii nr 28/2016 (1178)

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.