Świat

Wybuch w Petersburgu: liczne teorie i mało konkretów

Zamach w Petersburgu

Czternaścioro zabitych, pięćdziesiąt jeden osób rannych – to skutek poniedziałkowego wybuchu bomby w petersburskim metrze. Liczby te mogą się jeszcze zmieniać.

Niemal dobę po wybuchu w petersburskim metrze nie wiadomo, kto ponosi odpowiedzialność za atak. Służby za najbardziej prawdopodobne uznają wersję o zamachowcu samobójcy powiązanym z islamskimi fundamentalistami. Według wstępnych danych za zamachem mógł stać obywatel Rosji urodzony w Kirgistanie, który działał w pojedynkę. Nie jest to jednak potwierdzone i brane pod uwagę są też inne wersje. Wcześniejsza wersja zakładała, że ładunek został pozostawiony przez osobę, która opuściła wcześniej metro.

Rosyjskie służby zatrzymują i sprawdzają kolejne osoby. Jeden z podejrzanych miał sam się zgłosić na policję, by udowodnić swoją niewinność.

Moment solidarności

Pociąg wyjechał z Siennej Płoszczadi. Do wybuchu doszło około czternastej czterdzieści lokalnego czasu, gdy zatłoczony pociąg zmierzał do stacji Instytut Technologiczny. Na zdjęciach ze stacji zrobionych tuż po wybuchu widać ciała, zakrwawionych ludzi udzielających pomocy innym lub otrząsającym się z szoku. W wagonach metra nie ma szyb, drzwi zostały otwarte siłą wybuchu. Na powierzchni samochody straży pożarnej, policji, ratowników i karetki. Służby szukają kolejnych ładunków, zabezpieczają teren, wynoszą i udzielają pomocy rannym.

Inny ładunek miał zostać znaleziony na stacji Płoszczad Wosstanija i natychmiast rozbrojony.

Przez kilka godzin nie działało metro. Zamiast tego udostępniono pozostałe środki transportu publicznego za darmo. Kierowcy zatrzymują się w pobliżu metra i podrzucają chętnych do domów. Mieszkańcy Petersburga piszą w mediach społecznościowych, że dawno nie widzieli tyle życzliwości wśród współmieszkańców. Od wtorku metro ma działać, z wyłączeniem kilku stacji, według nowego rozkładu.

Protesty w Rosji: rozgrzewka przed wyborami prezydenckimi

Premier Dmitrij Miedwiediew napisał na Facebooku, że był to zamach terrorystyczny i obiecał ofiarom „niezbędną pomoc”. Tego dnia prezydent Rosji Władimir Putin spotkał się w Petersburgu ze swoim białoruskim odpowiednikiem Aleksandrem Łukaszenką. Gdy doszło do wybuchów, prezydenci od razu złożyli kondolencje rodzinom. „Przyczyny są nieznane, więc jest zbyt wcześnie, by o nich mówić” – powiedział Putin. Przed północną prezydent Rosji położył kwiaty obok stacji metra Instytut Technologiczny. W Petersburgu ogłoszono czterodniową żałobę.

Do tej pory ofiarą wybuchów w metrze padała Moskwa. Do dwóch najgłośniejszych doszło na przestrzeni ostatnich trzynastu lat. W 2004 roku zamachowiec samobójca zabił czterdzieści jeden osób. Sześć lat później wysadziły się dwie zamachowczynie. Na skutek ataku życie straciło trzydzieści dziewięć osób.

Różne spekulacje

Gdy tylko pojawiły się pierwsze informacje o wybuchu w metrze, zaczęły szerzyć się niezliczone – mniej lub bardziej racjonalne – teorie o tym, kto za tym stoi, chociaż w momencie publikacji wciąż nie ma żadnych konkretnych przesłanek, by stawiać komuś oskarżenie. Póki co są to wyłącznie teorie.

Według najbardziej popularnej zamach zorganizowali islamscy fundamentaliści powiązani z tak zwanym Państwem Islamskim lub wyłącznie z kaukaskimi ugrupowaniami. Szczególnie, że Rosja wspierająca wojska Baszara al-Asada podpadła nie tylko PI, ale też innym ugrupowaniom. Z kolei na Kaukaz rzucają podejrzenie, poza zaangażowaniem się radykalnych grup w konflikt w Syrii, ostatnie protesty kierowców ciężarówek. Zostały one stłumione przez wojska wewnętrzne i oddziały policji OMON.

W prokremlowskich mediach pojawiło się też podejrzenie, że za wybuchem w metrze mogą stać ukraińscy nacjonaliści. Prokremlowski pisarz Andriej Prochanow w państwowym Kanale Pierwszym oskarżył o wybuch Zachód. Powiedział, że celem zamachów było zastraszenie Rosji i destabilizacja jej w okresie przedwyborczym. Łączy to w szerszy plan z ostatnimi protestami antykorupcyjnymi „Oczywiście, że nie zrobiła tego rosyjska opozycja” – twierdzi. „Nawet, jeśli ślad prowadzi na Bliski Wschód i mamy do czynienia z zamachem terrorystycznym organizowanym przez siły bliskie do nienawidzącego naszego kraju ISIS, to pośrednio winę za destabilizację Bliskiego Wschodu ponosi Zachód” – dodaje.

Wśród przeciwników obecnej władzy pada teoria, że za wszystkim stoi Federalna Służba Bezpieczeństwa. Także ci bardziej umiarkowani uważają, że taka tragedia może zostać wykorzystana przez Kreml do jeszcze większego przyciśnięcia opozycji i umocnienia systemu kosztem ograniczenia swobód obywatelskich.

Tuż po zamachu dziennikarz Arkadij Babczenko zwrócił się do dziennikarzy i redaktorów na Facebooku, by nie dzwonili do niego z pytaniem, kto stoi za zamachami. „Nie wiem i nikt tego teraz nie wie. Rosja to taki kraj, w którym w każdym momencie każda wersja może być w równym prawdopodobieństwem prawdziwa – od syryjskiego ISIS-u do putinowskich kagiebistów. To znaczy teraz nikt wam niczego konkretnego nie powie. Cała reszta to spekulowanie na gorących informacjach. Nie zajmujcie się tym” – napisał dziennikarz.

Dzień Wolności na Białorusi: siedemset osób zatrzymanych

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paweł Pieniążek

| Dziennikarz, reporter
Relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.

Komentarze archiwalne