Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Woke 1 do poprawy. Kto i dlaczego chce Woke 2.0 i nowego języka walki z dyskryminacją?

Wobec ekscesów amerykańskiego „antywoke” największym problemem nie jest nieroztropna wypowiedź lewicowych i liberalnych polityczek sprzed lat.

ObserwujObserwujesz
Fot. Geoff Livingston/flickr.com
Walka

Woke 1 było szalone” – te słowa, wypowiedziane żartobliwym tonem przez Alexandrię Ocasio-Cortez w jednym z telewizyjnych wywiadów, zainicjowały trwającą już drugi tydzień debatę na temat ekscesów woke po liberalno-lewicowej stronie i tego, jak dziś powinna się do nich odnieść zarówno lewica Partii Demokratycznej, jak i cała liberalna Ameryka.

Czytaj także Žižek: Co ma wspólnego altprawica z „woke” lewicą? Slavoj Žižek

Ocasio-Cortez nie jest bowiem jedyną przedstawicielką amerykańskiej lewicy przyznającą, że niektóre propozycje strony progresywnej sprzed kilku lat albo poszły za daleko, albo były wyrażane w języku, który nie mógł nie zniechęcić przeciętnego wyborcy. Ze swoich wcześniejszych wypowiedzi na temat ograniczenia finansowania policji niedawno wycofywał się burmistrz Nowego Jorku Zohran K. Mamdani, a walcząca – ostatecznie bez sukcesu – o nominację na kandydatkę na gubernatorkę Wisconsin Francesca Hong gęsto tłumaczyła się ze swoich wypowiedzi na temat policji, społeczeństwa bez więzień czy opresyjnego charakteru Święta Dziękczynienia.

Czym właściwie jest woke 1?

Skąd te rozrachunki z woke 1? Zanim odpowiemy na to pytanie, warto zdefiniować, sobie czym właściwie jest ten termin. Definicji jest niemal tyle, ilu uczestników debaty, jednak wyciągając syntezę z różnych głosów, można powiedzieć, że woke 1 to zestaw progresywnych praktyk–językowych, performatywnych, ale też objawiających się w wewnętrznych politykach dużych instytucji, takich jak korporacje i uniwersytety, zaznaczających swoją silną obecność w amerykańskiej sferze publicznej mniej więcej od 2014 roku, gdy po raz pierwszy wybuchają protesty pod znakiem Black Lives Matter, do pierwszych lat obecnej dekady.

Stany zmieniają wtedy takie ruchy jak BLM i #MeToo, domagające się radykalnej renegocjacji stosunków rasowych i kontraktu płci w amerykańskim społeczeństwie. W przestrzeni publicznej pojawiają się wezwania do rozliczenia z systemowym rasizmem amerykańskiego społeczeństwa, reparacji za niewolnictwo, postulaty daleko idącej reformy polityki karnej i systemu penitencjarnego – jako instytucji szczególnie biorących na cel czarnych Amerykanów. Na ulicach i politycznych debatach padają takie hasła jak „defund the police” – czyli żądanie ograniczenia środków wydawania na policję i skierowania ich na budowę autentycznego państwa opiekuńczego, które znacznie lepiej zapewniać będzie społeczeństwu bezpieczeństwo niż nawet najliczniejsi, coraz ciężej uzbrojeni funkcjonariusze na ulicach.

W tym okresie kolejne osoby publiczne wzywają, by zdemontować białą supremację i patriarchat, klękają na jedno kolano, by uczcić czarne ofiary przemocy, korporacje i uczelnie wyższe zobowiązują się do zatrudniania większej liczby osób wywodzących się z mniejszości na kluczowych stanowiskach i organizują swoim pracownikom szkolenia, mające uwrażliwić ich na własne rasowe uprzedzenia.

Choć zmiany, które wtedy dokonywały się w Stanach, ogólnie szły w dobrym kierunku, to towarzyszący im język niejednokrotnie faktycznie przybierał niezamierzenie ośmieszający się charakter.

Wiele działań przepełnionych było hipokryzją, słuszna chęć walki z uprzedzeniami czasami prowadziła do małostkowo cenzorskich zachowań, zmuszających publiczne osoby do samokrytyk za posty na X sprzed dekady albo zbyt ryzykowny żart. Jak opisywał to na łamach portalu Slate Luke Winkie: „Woke 1 to osoba podcastująca z Brooklynu, określająca swoją lokalizację na Twitterze jako »nieodstąpione terytorium Lenape«. To kolega firmy z branży PR, zakładający internetową zbiórkę »by uwolnić się toksycznej sytuacji współlokatorskiej«. To artykuł na 5 tysięcy słów badający problem »wymazywania widoczności osób bi. To 34-letni youtuber cancelowany za spotykanie się z 25-letnią tiktokerką«.

Czytaj także Straszak prawicy groźniejszy od faszyzmu: woke-totalitaryzm Tomasz S. Markiewka

Za szczyt tak rozumianego woke 1 uznaje się na ogół rok 2020. Cały świat paraliżuje wtedy pandemia, wywołująca wielkie napięcia społeczne we wszystkich demokracjach. Stanami wstrząsa kolejna fala protestów BLM, a wszystko to rozgrywa się w cieniu wyborów prezydenckich, w których Amerykanie mobilizują się, by odsunąć Trumpa od władzy. Wszystkie napięcia i ideologiczne ekscesy – ze wszelkich możliwych stron – z tego okresu doskonale pokazuje film Ariego Astera Eddington – gdyby miałby polecić jeden tekst kultury, pokazujący, o co chodzi z dyskusjami wokół woke 1, to byłby to właśnie ten.

Dotrzeć do mas

Dlaczego progresywne skrzydło demokratów właśnie teraz dokonuje rozliczeń z woke 1? W dużej mierze wynika to z jego sukcesów. W tegorocznych prawyborach przedstawiciele progresywnej lewicy i takich ruchów jak Demokratyczni Socjaliści Ameryki (DSA) wygrywali prawybory także w miejscach bynajmniej nie będących liberalnymi bastionami. Wszystko wskazuje, że po wyborach w listopadzie ich wpływ na kluczowe instytucje tworzące amerykańską politykę stanie się jeszcze większy.

Ocasio-Cortez wyraźnie marzy o bardziej eksponowanym stanowisku niż deputowana do Izby Reprezentantów. Komentatorzy spekulują, że w 2028 polityczka będzie chciała albo rzucić wyzwanie w prawyborach liderowi demokratów w Senacie Chuckowi Schumerowi i zająć jego miejsce jako senatorka ze stanu Nowy Jork, albo nawet powalczyć o nominację Partii Demokratycznej na urząd prezydenta. Której z tych dwóch opcji by nie wybrała, będzie musiała przekonać do siebie szerszy, bardziej umiarkowany elektorat niż ten z jej obecnego okręgu wyborczego.

Jak niedawno na łamach „Jacobina” przekonywał Ben Burgis, sytuacja, gdy progresywna lewica jest tak bliska realnej władzy, wymusza na niej zmianę taktyki i komunikacji.

Gdy władza jest poza zasięgiem jakiegoś ruchu politycznego – wywodzi Burgis –  tworzy to zachęty, by przyjmował on możliwie najbardziej radykalne pozycje. Bo gdy nie mamy dostępu do władzy, to nasza polityka zmienia się często w publiczne wyrażanie moralnego sprzeciwu. Zamiast starać się przekonać do siebie większość, poświęcamy wtedy większość naszej energii, by udowodnić, że „nie sprzedaliśmy się systemowi” – tym, którzy są od nas jeszcze bardziej radykalni.

Wszystkie te nawyki – przekonuje Burgis – amerykańska socjalistyczna lewica musi dziś porzucić, jeśli chce powtórzyć sukces Mamdaniego w innych miejscach niż Nowy Jork. Wątpliwy maksymalizm takich haseł jak „defund the police” musi ustąpić miejsca pragmatycznemu budowaniu jak najszerszych koalicji wokół haseł niezrażających na wstępie większości.

Mielizny i racjonalne jądro woke 1

Jednocześnie w amerykańskiej debacie pojawiają się głosy kwestionujące ekscesy woke 1 nie tylko ze względów taktycznych, ale znacznie bardziej zasadniczych. Pojawiają się pytania, czy woke 1 ze swoją obsesją na punkcie reprezentacji mniejszości na elitarnych pozycjach, monitorowaniem języka i karaniem za przekroczenia norm jego poprawności, z tyleż radykalnymi, co sprowadzającymi się do performatywnych gestów hasłami, nie był tak naprawdę zjawiskiem bardzo wygodnym dla amerykańskich elit, odwracającym uwagę od naprawdę poważnej dyskusji na temat sprawiedliwego podziału władzy i innych zasobów.

Te pytania w bardzo ciekawy sposób stawia świetny esej Tylera Austina Harpera opublikowany na łamach liberalnego magazynu „The Atlantic”. Harper – czarnoskóry profesor literatury – opisuje w nim to, jak zrezygnował z obiecującej kariery akademickiej w małym, elitarnym college’u w Maine. Harper opisuje, jak w pierwszych latach obecnej dekady kierownictwo uczelni przyjmowało kolejne polityki spod znaku woke. W pewnym momencie władze wysuwają propozycję, by studenci każdego kierunku, łącznie z tymi ścisłymi, musieli obowiązkowo odbyć kursy mierzące się z problemem rasowych uprzedzeń w ich dziedzinie.

Najcenniejsza w eseju nie jest jednak etnografia szczytowego woke, ale bardziej ogólne refleksje, jakie podejmuje autor:

„Nie jest przypadkiem, że woke rozkwitło na prestiżowych amerykańskich uczelniach w momencie, gdy zaczęły się one mierzyć ze wzbierającym niezadowoleniem z powodu rosnącego czesnego i pęczniejących długów studenckich. Składanie hołdów ruchowi Black Lives Matter, #MeToo, prawom osób trans i innych progresywnym ruchom służyło akademickiej arystokracji jako wygodny środek odwracający uwagę od poważnych społecznych i ekonomicznych problemów, pogłębianych przez same uczelnie. […] Woke umożliwiało elitarnym instytucjom edukacyjnym stworzenie modelu inkluzywnego wykluczenia, w ramach którego koszty czesnego mogą rosnąć, wskaźnik przyjęć na uczelnię spadać, żelazny kapitał instytucji rosnąć, podobnie jak liczba wyzyskiwanych pracowników bez stałego etatu – jeśli tylko osoby wyzyskiwane i płacące czesne będą stawać się coraz bardziej ciemnoskóre, śniade lub reprezentujące społeczność LGBTQAIP2+”.   

Czytaj także Wybielanie nazizmu wkracza do głównego nurtu radykalnej prawicy Artur Troost

Problem z woke 1 polega też jednak na tym, że nie da się sprowadzić go do jałowego radykalizmu czy spisku elit pragnących odwrócić uwagę od realnych problemów ekonomiczno-społecznych. Wiele postulatów podnoszonych przez aktywistów woke miało swoje racjonalne jądro. Zwłaszcza te związane z policyjną przemocą wymierzoną w mniejszości rasowe czy z rozmiarami i urasowionym charakterem amerykańskiego systemu więziennego.

Pomysł, by zamiast rozbudowywać siły policyjne i więzienia inwestować w państwo opiekuńcze, zapewnianą przez nie siatkę bezpieczeństwa i elementarną spójność społeczną jest w zasadzie zdroworozsądkowy. Choć pewnie nie jest zdroworozsądkowe sprzedawanie go pod hasłem „defund the police” – przynajmniej nie dziś w Stanach.

Jaka korekta?

Progresywna lewica, dokonując korekty swoich pozycji z okresu woke 1, musi o tym pamiętać tak, by nie wylać dziecka z kąpielą. Jak na łamach portalu Vox przypominał niedawno Astead Hernon: „takie ideały jak równość, różnorodność czy elementarne poczucie sprawiedliwości ciągle mają znaczenie dla wyborców. Postulaty reformy wymiaru sprawiedliwości cały czas rezonują w demokratycznej bazie. […] a nawet takie żądania jak reparacje znajdują w niej pozytywny oddźwięk”. Hernon zauważa też jednak, że demokraci zrozumieli, że wszystkich tych postulatów nie można wyrażać językiem rodem z 2020 roku, a dla większości wyborców ważniejsze są takie kwestie jak koszty życia.

Kolejnym ważnym czynnikiem, jaki trzeba uwzględnić przy korekcie woke 1, jest klimat panujący w Stanach nie w roku 2020, ale w 2025. Bo amerykańska prawica najpierw zdefiniowała się przez swój opór wobec woke, a następnie wytworzyła swoją własną kulturę „prawicowego woke”, przejmując te rozwiązania, które sama kiedyś najbardziej krytykowała u lewicy. W 2020 roku prawicowa infosfera pełna była pomstowania na „lewacką cancel culture”. Tymczasem po zabójstwie Charliego Kirka to prawica zmobilizowała się, by ukarać takimi sankcjami jak zwolnienie z pracy osoby, które śmiały napisać coś obraźliwego o zamordowanym prawicowym aktywiście.

Czytaj także Anty woke, czyli bigoteria i fanatyzm prawicy Thom Hartmann

Wobec ekscesów prawicowego „antywoke”, w sytuacji, gdy amerykańska prawica mówi coraz bardziej skrajnym językiem, sięgając po hasła otwarcie rasistowskie albo rozważając pozbawienie kobiet prawa głosu, największym problemem naprawdę nie jest to, że demokratyczna polityczka powiedziała kiedyś nieroztropnie, że należałoby znieść Święto Dziękczynienia. Choć progresywna lewica musi zadbać o język zdolny zgromadzić jak najszerszą koalicję, to nie powinna pozwalać narzucać sobie języka, jakim opisuje amerykańskie problemy coraz bardziej skrajnej prawicy.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x