UE

Kolejna prowizorka, która przetrwa lata? Nowy obóz dla uchodźców na Lesbos

Byłaś pod Kara Tepe? Zrobiłaś zdjęcia nowego obozu? To dobrze, bo później możesz nie zdążyć. To miejsce spłonie tak samo jak Moria. Wiesz, jak szybko pali się namiot? – szyderczo pyta recepcjonista hotelu, w którym się zatrzymałam. Korespondencja Marty Burzy z Lesbos.


– Przecież oni tak żyli już wcześniej. W takich samych, strasznych warunkach. Moria wyglądała podobnie jak ich obecne życie na ulicy. Można tam było zobaczyć ludzi myjących się wodą z butelki, bo nie udało im się dopchać do pryszniców, dzieci bawiące się wokół kupy śmieci czy ludzi, którzy nie mieli nawet namiotów – spali na kocach pod gołym niebem. Tylko że wtedy nikt nie mówił o tym głośno, zamiatało się to pod dywan – mówi Stavros Malichudis, grecki dziennikarz.

Dlatego migranci protestują, nie chcą tak dalej żyć, nie chcą drugiej Morii. Teraz mają szansę dojść do głosu – dawno nie było wokół nich aż tylu dziennikarzy, dawno nikt się nimi tak nie interesował.

Największy obóz dla uchodźców w Europie doszczętnie spłonął. I nikt nie wie, co dalej

Prowizoryczny obóz?

Niedaleko Kara Tepe, mniejszego obozu dla uchodźców, oddalonego od Morii o 5 kilometrów, zbudowano drugi, prowizoryczny, który zajmą osoby pozostające obecnie na ulicy. Składa się z kilkudziesięciu namiotów, toalet, ma dostęp do bieżącej wody. 12 września zaczęto tam kwaterować ludzi. Najpierw każda rodzina musi zarejestrować się w specjalnym miejscu przygotowanym przed bramą, zgłosić się do punktu medycznego, aby przejść test na COVID-19, a potem zostanie odprowadzona do właściwego namiotu.

Tłumy uchodźców pod obozem Kara Tepe – co dalej? [Korespondencja z Lesbos]

Cały teren jest podzielony na sekcje wedle narodowości. – Pożywienie i woda zostaną dostarczone w odpowiednim czasie – obiecuje Notis Mitarakis, grecki minister migracji i azylu. Nowy obóz został nazwany tymczasowym, a wręcz prowizorycznym. Moria też z założenia miała być schronieniem tymczasowym – niektórzy spędzili w niej cztery lata, czekając na rozmowy w sprawie przyznania statusu uchodźcy, potem na decyzję i ewentualnie kolejne rozmowy.

Politycy zapewniają, że nie będzie powtórki z Morii, a nowy obóz będzie dobrze chroniony i przede wszystkim – nie dopuszczą w nim do przeludnienia. Oficjalnie powstał z myślą o przyjęciu 3 tysięcy osób. – Wciąż stawiane są nowe namioty. Zakwaterujemy tu tyle ludzi, ile będzie możliwe – mówi jednak Alex Ragavas, rzecznik Ministerstwa Migracji i Azylu, pytany o to, ile ludzi znajdzie schronienie w nowym obozie. Obyśmy nie zobaczyli tam kopii Morii – pełnej frustracji i przemocy, przepełnionej, bez wystarczającej ilości wody i liczby toalet.

Obóz budzi strach nie tylko wśród migrantów. Boją się też Grecy, jak na przykład właściciel fabryki ciastek znajdującej się w sąsiedztwie.

Olaf Koens, dziennikarz RTL Nieuws – holenderskiego serwisu informacyjnego – napisał na swoim Twitterze: „Budynek po lewej stronie to fabryka ciastek Panagiotisa. On sam mieszka na najwyższym piętrze. Po prawej stronie od dwóch dni stoi nowy obóz dla 3 tysięcy osób, który, jak podejrzewa, również spłonie, razem z jego firmą, którą budował przez 28 lat. Panagiotis nie chce rozmawiać z nami przed kamerą, boi się, jest zły i rozczarowany. Dziś jego córka wychodzi za mąż, a on nie odważy się iść na wesele, bo wtedy – chociaż nie na długo – musiałby wszystko tutaj zostawić. Tyle dramatów w tym bałaganie”.

Medialna szopka

Do nowo powstałego obozu rzecznik ministerstwa migracji zaprosił dziennikarzy – wszystkich jednocześnie – i zabrał ich na wycieczkę między namiotami. – Załóżcie maski, możecie robić zdjęcia, ale żadnych relacji live. Idziemy – komenderuje. I jak prawdziwy przewodnik pokazuje wszystkim punkt rejestracyjny. Fotografowie robią zdjęcia płaczącym dzieciom, kobiecie, która nie może sobie poradzić z walizką, i mężczyźnie z raną na nodze – to pamiątka po pożarze w Morii. Pstryk, pstryk.

Fot. Marta Burza

Wycieczka idzie dalej. Namioty z logotypem UNHCR są już gotowe do zdjęć. Ktoś prosi dziewczynkę, na oko 10-letnią, żeby ustawiła się przed jednym z nich. Smutną minę już ma, wygląda na zmęczoną, więc nie trzeba jej szczególnie ustawiać. Staje bezsilnie z siatkami w ręce, kilkunastu fotografów i dziennikarzy zaczyna sesję zdjęciową. Pstryk, pstryk. Gotowe. Smutna dziewczynka bez słowa zabiera siatki i odchodzi od namiotu, w którym nawet nie mieszka.

Wycieczka zmierza teraz do punktu medycznego, gdzie przed wprowadzeniem się do obozu wszyscy przechodzą test na koronawirusa. Kobieta w czerwonej koszuli i czarnej chuście na głowie siedzi na krześle, pielęgniarka zabiera się do badania. Pstryk. Kilkadziesiąt centymetrów od twarzy kobiety są już obiektywy.

Następny punkt: widok na pozostałe namioty. Mało kto jest zainteresowany – na ziemi siedzi płacząca kobieta – kolejny obiekt zbiorowej sesji zdjęciowej. Pstryk, pstryk. Wycieczka skończona, wszyscy opuszczają obóz.

#Zostańwdomu – jeśli go masz. Dobre rady nie dla uchodźców

Zapewnienia a realia

W ciągu kilku dni wszyscy poszkodowani zostaną przeniesieni do tymczasowego obozu – powiedział dziennikarzom minister migracji i azylu.

Kolejka po jedzenie pod obozem w Kara Tepe. Fot. Marta Burza

Tymczasem Aegan Boat Report, norweska organizacja pozarządowa dostarczająca informacji na temat bieżącej sytuacji, podsumowała nowe przedsięwzięcie. Piszą, że na zdjęciu z lotu ptaka widać 200 namiotów. Teren nie jest zbyt duży, nie zmieści się ich tam wiele więcej. Tych, które postawiono, i tak nie dzieli wymagana, bezpieczna odległość. Moria stanęła w płomieniach między innymi dlatego, że wszystko stało zbyt blisko siebie. „Czy nikt nie uczy się tu na błędach? To wstrząsające zobaczyć, że bezpieczeństwo tych ludzi, zwłaszcza po tym, czego doświadczyli, znów jest ignorowane” – można przeczytać na stronie Aegan Boat Report.

W jednym namiocie powinno być sześć osób. Nawet jeśli zmieszczą tam po 10 – to wciąż tylko 2 tysiące ludzi. Tyle może pomieścić nowy obóz, aby warunki były znośne. Jednak aby zapewnić schronienie wszystkim – potrzeba byłoby 1200 namiotów, w których i tak byłoby zbyt ciasno. Zapewnienia ministra mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Do tego obóz powstał nad samym brzegiem morza. A co, jeśli za kilka miesięcy przyjdą obfite opady deszczu i podniesie się poziom wody? Ludzie są przerażeni.

Nikt nie chce nowego obozu

Na zablokowanej przez policję ulicy, na której czekają migranci, rozpoczęły się protesty. Demonstranci, trzymając kartonowe transparenty z perskim napisem azadi lub po angielsku: freedom, protestują przeciwko budowie nowego obozu, domagają się transportu do północnej Grecji, a w następstwie przyspieszenia procedur azylowych i ewentualnej relokacji. Nie ufają, że nowy obóz będzie bezpieczny, a to, co można przeczytać na stronie Aegan Boat Report, wskazuje, że mają rację.

Fot. Marta Burza

Protestują również Grecy, stali mieszkańcy Lesbos. Sprzeciwiają się powstaniu nowego obozu, blokują drogi, aby powstrzymać dostawy pomocy dla uchodźców. Wyspa zamieniła się w arenę polityczną, na której ofiarami są migranci pozostający w zawieszeniu.

Wściekli Grecy

Moria to nie tylko obóz, to mała wioska położona kilka kilometrów na zachód od stolicy wyspy, Mityleny. Cechuje ją bardzo żyzna ziemia, ciekawa roślinność i urokliwe, wąskie uliczki.

Na jednej z uliczek jest bar. Brudne szyby, kamienna podłoga, stoliki z klejącą ceratą zamiast obrusów i ogólny chaos – walające się zgrzewki wody, kawałki folii i kartonów – odwracają uwagę od smacznie wyglądającego na talerzu jedzenia. Przy stoliku na zewnątrz siedzi trzech Greków. Głośno i żywo dyskutują, w rozmowę włączają się przechodnie – to mała wioska, wszyscy się znają. Mężczyźni zapytani o spalony obóz prostują się. Nie mówią lub nie chcą mówić po angielsku. W końcu jeden z nich zgadza się powiedzieć kilka słów. – Nie chcę słyszeć ani mówić o Morii. Ten obóz to tylko problemy dla naszej wioski. Nic dobrego. Nie chcę nawet o tym myśleć – stanowczo kończy rozmowę i przechyla szklankę z uzo.

Inny mężczyzna, wsiadając do samochodu, woła z daleka, żeby na siebie uważać. – Tu nie jest bezpiecznie. My mamy praktycznie wojnę domową, a do tego ludzi z 75 krajów na jednej małej wyspie. Szkoda gadać – kończy i odjeżdża z piskiem opon.

– Byłaś pod Kara Tepe? Zrobiłaś zdjęcia nowego obozu? To dobrze, bo później możesz nie zdążyć. To miejsce spłonie tak samo jak Moria. Wiesz, jak szybko pali się namiot? – szyderczo pyta recepcjonista hotelu, w którym się zatrzymałam.

Trudno stwierdzić, co gorsze. To, że migranci nie mogą opuścić drogi przy Kara Tepe, bo zablokowała ją policja, czy to, że gdyby wyszli do pobliskich miast i wiosek, byliby narażeni na ataki ze strony Greków.

Zgliszcza obozu Moria. Fot. Marta Burza

Dzieci z Morii

W poprzednich dniach ewakuowano ponad 400 niepełnoletnich osób bez opieki – to dobra wiadomość. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Farid ma 14 lat. Jako jedyny z grupki kilku chłopców mówi po angielsku, pyta więc, kiedy ich zabiorą. – Wiem, że ewakuowali już część młodzieży, ale ja o tym nie wiedziałem. Byłem po drugiej stronie obozu, kiedy Moria się paliła, wszystko działo się bardzo szybko i po prostu nie słyszałem, że ktoś nam pomoże. Kiedy się dowiedziałem, było już za późno, nie zdążyłem się zarejestrować, a od tamtego czasu nikt tutaj do nas nie przyszedł. Co ze mną będzie? – pyta.

Takich dzieciaków jest więcej, w wieku od kilku do kilkunastu lat. Trzymają się razem, dzielą własnoręcznie zrobione zadaszenia z koców i czekają. Czasem ktoś im pomoże zdobyć jedzenie w czasie dystrybucji albo powie, że wszystko będzie dobrze. Mimo że nie wiadomo, czy rzeczywiście będzie. – Wiem, że trzeba czekać, staramy się dać radę. Przyjadą po nas, prawda? – powtarza pytanie. Nie mówię, że nie wiem i że uchodźców z płonącej Morii traktuje się jak numerki, i że nikt nie wie, że jest taki 14-letni Farid, który śpi na ulicy sam i czeka na pomoc.

Farid boi się nowego obozu. A jak znów spłonie i tym razem już nie uda się uciec?

Obozowisko na drodze pod obozem w Kara Tepe. Fot. Marta Burza

Grupa Ratujmy dzieci z Morii uruchomiła petycję do Marszałka Senatu o przyjęcie do Polski najbardziej potrzebujących dzieci, które obecnie utknęły na greckiej wyspie Lesbos. Petycję o przyjęcie w Polsce dzieci z obozu Moria można podpisać tutaj.

**
Marta Burza – indolożka, turkolożka i absolwentka Podyplomowych Studiów Pomocy Humanitarnej. Udziela się społecznie na rzecz krajów Globalnego Południa. Współpracuje z „Gazetą Krakowską”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać