Unia Europejska

„Drugie Bergamo”, lockdown i przeciążone szpitale. Czechy osuwają się w przepaść COVID-19

Premier Czech Andrej Babiš zaostrzył obostrzenia sanitarne, mówiąc, że świat mógłby wkrótce zobaczyć tu „drugie Bergamo”. System zdrowotny jest na granicy upadku, a liczba pacjentów na oddziałach intensywnej terapii wzrosła do rekordowego poziomu. Według Our World in Data kraj, w którym żyje zaledwie 10,7 mln ludzi, dosięgnął najwyższego wskaźnika infekcji na mieszkańca na świecie, jest 11 razy wyższy niż w sąsiednich Niemczech. Korespondencja Michala Chmeli.

Nagłówki prasowe krzyczą o rosnącej liczbie chorych i umierających na COVID-19. Szpitale pękają w szwach, w niektórych regionach brakuje drewna do wyrobu trumien, a czeskie elity polityczne koncentrują się na zbieraniu punktów popularności. Mamy wszak nad Wełtawą rok wyborczy – w najgorszej możliwej dobie. Choć kto wie, może faktycznie do październikowych wyborów parlamentarnych dożyje jeszcze kilku Czechów, żeby zagłosować…

Politycy wykazują się powściągliwością i przezornością pięcioletnich dzieci, a stan wyjątkowy w kraju stał się politycznym placem zabaw. Tymczasem pandemia rozrywa kraj jak szmacianą lalkę.

Awantura wokół stanu wyjątkowego

W połowie lutego 2021 roku miał się kończyć stan wyjątkowy, umożliwiający stosowanie obostrzeń w celu opanowania pandemii (które okazały się nieskuteczne, to tak przy okazji).

Ze względu na brak oczekiwanych rezultatów należało się spodziewać, że stan wyjątkowy zostanie przedłużony, a obostrzenia sanitarne rozszerzone, żeby zapobiec katastrofie. Ale w Republice Czeskiej nic nie jest takie proste. Przedłużenie stanu wyjątkowego musi zatwierdzić parlament, co w roku wyborczym stanowi doskonałą okazję do międzypartyjnych sprzeczek, a jak się okazuje, nawet szantażu pełną gębą.

Niektórzy posłowie zwyczajnie odmówili współpracy, zrzucając odpowiedzialność za egzekwowanie restrykcji na władze lokalne i regionalne, żałośnie nieprzygotowane do jakichkolwiek działań na taką skalę.

Opozycja wyszła z własnym pomysłem: chciała zastąpić kulejący rządowy stan wyjątkowy nowym zestawem pandemicznych przepisów. Na papierze wyglądało to dobrze. Ale ich ustawa była zupełnie niegotowa. Czyżby więc politycy opozycji liczyli na to, że kiedy kraj jeszcze głębiej pogrąży się w chaosie, to chwyci się ich propozycji jak tonący brzytwy? Że Czesi w desperackiej nadziei, że wszystko byłoby lepsze niż to, co teraz, uwierzą w opozycję jako zbawcę, który przywróci porządek? Może. A tymczasem umierają ludzie.

Rząd zareagował zaskakująco: ogłosił nowy stan wyjątkowy, który wszedł w życie 27 lutego 2021 roku. Powołał się przy tym na oficjalną prośbę wojewodów (w tamtym momencie i tak już nieźle przerażonych skalą swoich nowych obowiązków). Zdaniem opozycji doszło do złamania konstytucji, zaskarżyła więc tę decyzję do Trybunału Konstytucyjnego. Kiedy Trybunał zabierze się za sprawę, być może to rozstrzygnie – tylko nie wiadomo, czy sami Czesi tego dożyją.

Ostatecznie zawarto swego rodzaju kompromis: pandemiczną ustawę zatwierdzono, a nowy stan wyjątkowy ma potrwać do końca marca. Cała awantura i szantażowanie okazały się więc całkowicie jałowe – podsycając jeszcze panikę i dezorientację społeczeństwa zaniepokojonego komunikacyjnym bałaganem w państwie.

Absurdy obostrzeń

Co dziś w Czechach wolno, a czego nie? Jeszcze bardziej ograniczono swobodę poruszania się. Czesi nie mogą opuścić miejscowości, w których mieszkają, chyba że dojeżdżają do pracy. Swoją precyzją zaskakuje zwłaszcza zasada, że nocą psa można wyprowadzić, ale nie dalej niż 500 metrów od miejsca zamieszkania.

Zamknięto jeszcze więcej sklepów, tym razem rezygnując z – jakże intrygującego – wyjątku w postaci sklepów z bronią i amunicją. Kwiaciarnie – bóg wie dlaczego – są wciąż otwarte, podobnie jak kwitnąca branża pogrzebowa, jeden z nielicznych sektorów gospodarki, którego przychody stale rosną.

Prawdziwą sensacją jest jednak praca. Biura i fabryki są drugimi pod względem częstości miejscami zakażeń po placówkach ochrony zdrowia. Jednocześnie właśnie od tych miejsc lockdown trzyma się najdalej. Nie możesz odwiedzić babci, żeby w nocy wyprowadzić jej psa dalej niż 500 metrów od domu, ale następnego dnia możesz spędzić osiem godzin biurko w biurko ze współpracownikami. W życiu Czechów lockdown sprowadza się więc do jałowych uciążliwości.

Jeszcze gorzej jest w przypadku robotników. Na linii produkcyjnej niejednokrotnie nie ma możliwości zachowania przepisowego dystansu między pracownikami. Oni zresztą i tak często zatajają oznaki choroby, by móc pracować za pełne wynagrodzenie – marzenie o stuprocentowej rekompensacie dla ludzi na kwarantannie – po dwóch latach! – spełniło się dopiero w ostatnich dniach.

Oto Zdeněk Hřib, burmistrz-Pirat, który postawił się Rosji, Chinom i… własnemu rządowi

Eksperymenty na pracownikach

Rząd doskonale zdaje sobie sprawę z tego problemu, ale celowo go ignoruje. Minister Handlu i Przemysłu Karel Havlíček (ANO) ogłosił swój plan walki z wirusem: wielkie firmy i fabryki staną się eksperymentalnym polem testowania nowej strategii. Początkowo nie chciano od nich niemal nic, a teraz będą przynajmniej zmuszone do testowania swoich pracowników.

Minister nie sprecyzował, co chce właściwie takim półśrodkiem osiągnąć. Można tylko się domyślać, że chce zamienić pracowników w szczury doświadczalne, a przy tym nie zrobić nic radykalnego w sprawie opanowania wirusa. Szkoły są zamknięte, fabryki otwarte. Produkcja przemysłowa to świętość.

Trzeba będzie jeszcze przymusić do testowania niechętnych przedsiębiorców. „To jest zadanie państwa” – mówią biznesmeni, których aż chciałoby się palnąć w łeb. Kto będzie pilnował tego, czy testują?

Nie wiadomo więc tylko tego, czy to bardziej z powodu zwycięstwa lobby przemysłowego, czy starej dobrej głupoty, władza zagwarantowała nam, że najnowszy lockdown guzik republice przyniesie – poza ograniczeniami i frustracją u ludzi, oczywiście.

Pomoże już tylko cud?

Nic więc dziwnego, że co bardziej optymistyczni politycy oddają swój los w ręce siły wyższej. Słowacki minister pracy Milan Krajniak zaproponował, że zwalczać COVID-19 można poprzez otwarcie kościołów, ponieważ opieka duchowa rzekomo łagodzi objawy koronawirusa. Minister Krajniak poparł swój argument przykładem: w 1710 roku modlitwy do Matki Boskiej miały opanować epidemię dżumy w słowackiej miejscowości Trnawa.

Najsmutniejsze jest chyba to, że aktualne działania rządów Czech i Słowacji swą rozumnością nie przewyższają wcale tej propozycji.

**

Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michal Chmela
Michal Chmela
Tłumacz, dziennikarz
Tłumacz, dziennikarz, korespondent Krytyki Politycznej w Republice Czeskiej, współpracownik magazynu PoliticalCritique.org.
Zamknij