Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Potrzebujemy większego kryzysu, żeby cokolwiek zmienić

Dlaczego liberalny porządek się kończy, kto może być podmiotem rewolucji i czy Europa ma jeszcze coś do zaoferowania światu? Odpowiada słoweński filozof.

Two presenters sit against a dramatic backdrop of a burning Earth, signaling a discussion about climate disaster or environmental crisis. Rozmowa
Kontekst

📚 Nowa książka Slavoja Žižka Za późno na przebudzenie. Co nastąpi, skoro przyszłość nie istnieje? ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

🌪️ Słoweński filozof opisuje w niej świat jako „sztorm doskonały” nakładających się kryzysów: wojny, zagrożenie nuklearne, katastrofa klimatyczna, kryzysy społeczne i gospodarcze.

⏰ Zdaniem Žižka warunkiem skutecznego działania jest uznanie, że „godzina zero” już wybiła i nie możemy liczyć na powrót do dawnej normalności.

Walka
Serce

2

Kaja Puto: W swojej nowej książce opisujesz współczesny świat jako sztorm doskonały: wojny, katastrofa klimatyczna, niekontrolowany wzrost nierówności, migracje i kryzysy polityczne nakładają się na siebie. Kiedy się to właściwie zaczęło? W 2008 roku wraz z kryzysem finansowym? A może w 1989, kiedy kapitalizm został bez realnej konkurencji?

Slavoj Žižek: Pierwszym wyraźnym sygnałem końca tej epoki były dla mnie zamachy z 11 września, gdy stało się jasne, że liberalna demokracja z elementami państwa opiekuńczego nie zawładnęła całym światem, jak przepowiadał to Francis Fukuyama. Ale w pewnym sensie masz rację: wszystko zaczęło się już w latach 1989–1990. Upadek realnego socjalizmu zrujnował również zachodnią socjaldemokrację.

Niemiecki reżyser Alexander Kluge opowiedział mi kiedyś anegdotę o wizycie Michaiła Gorbaczowa w Berlinie. Ów zwolennik liberalizacji Związku Radzieckiego zapukał do drzwi Willy’ego Brandta, legendy niemieckiej socjaldemokracji. Nie został przyjęty. Brandt miał powiedzieć później, że zachodnia socjaldemokracja działa tylko wtedy, gdy ma mroczny, opresyjny Wschód. Gdy istniał ZSRR, kapitalizm musiał pokazywać, że potrafi zaoferować robotnikom coś więcej.

Czytaj także Lewicowy radykalizm? Uczmy się go od dawnej centrolewicy Artur Troost

Spójrzmy, co dzieje się dzisiaj w Stanach Zjednoczonych. Bernie Sanders, Alexandria Ocasio-Cortez czy Zohran Mamdani są przedstawiani niemal jako komuniści. A przecież ich program jest znacznie mniej radykalny niż program socjaldemokracji sprzed pół wieku. To coś nam mówi. Neofeudalny kapitalizm stał się tak potężny, a jednocześnie tak kruchy, że nawet umiarkowane postulaty socjaldemokratyczne traktuje jak śmiertelne zagrożenie.

Jakiś czas temu w Lublanie odwiedził mnie Sławek Sierakowski, wasz nieobecny, emerytowany monarcha. Zadałem mu proste pytanie: „O co walczysz? O rząd, który będzie trochę bardziej lewicowy, czy o coś więcej?”. Odpowiedział mi nieco naiwnie, że musimy dalej robić swoje. Że czeka na jakiś kryzys, w wyniku którego ludzie się przebudzą i prawica przegra. Ale ja nie wierzę w to wielkie przebudzenie.

Podobnie jak Sławek wierzysz jednak, że porządny kryzys coś zmieni.

Wierzę, że gdy nadejdzie katastrofa większa niż covid i pożary lasów razem wzięte, ludzie zaakceptują, że coś w świecie trzeba zmienić, żeby go uratować. Pandemia pokazała, że nawet konserwatywni politycy potrafią w sytuacji nadzwyczajnej stosować środki niemal komunistyczne. Trump rozdawał obywatelom czeki, Boris Johnson ingerował w gospodarkę.

Oni wspierali też korporacje. Natomiast ty postulujesz wprowadzenie ustroju, który nazywasz wojennym komunizmem.

Wolny rynek może istnieć, ale musi zostać podporządkowany ograniczeniom. Potrzebujemy nowych podatków i regulacji, by ograniczyć wszechwładzę technobaronów. Kluczowe zasoby – środowisko, energia, wiedza, technologia – muszą stać się dobrami wspólnymi. Polityka powinna zostać podporządkowana wspólnemu celowi przetrwania.

Nazywam się dziś umiarkowanie konserwatywnym komunistą. Włodzimierz Lenin powiedział ponoć kiedyś, że dobrą cechą konserwatystów – ale nie reakcjonistów – jest to, że kiedy coś robią, myślą od razu, co się stanie, jeśli wszystko pójdzie źle. A że pójdzie źle, możemy być pewni.

Ten twój „komunizm wojenny” wymaga bardzo silnego państwa. A jednocześnie w rozdziale poświęconym Julienowi Assange’owi pokazujesz, dlaczego nie powinniśmy ufać państwu i jego tajemnicom. Jak możemy zbudować silny organ publiczny, który nie będzie miał silniejszej władzy nad obywatelami?

Okładka książki Slavoja Žižka „Za późno na przebudzenie”

Demokratyczna kontrola obywateli nad aparatem państwowym nie gwarantuje, że władza nie ulegnie korupcji i nie będzie działać w sposób autorytarny. Jak głosi aforyzm przypisywany Markowi Twainowi: „Gdyby głosowanie miało jakiekolwiek znaczenie, nie pozwoliliby nam tego robić”.

Moim absolutnym idolem politycznym jest Saint-Just, nieprzekupny bohater terroru rewolucyjnego. Dlaczego nieprzekupny? Ponieważ ryzykował własnym życiem, doskonale zdając sobie sprawę, że w końcu sam straci głowę na gilotynie. Jego terror nie był skierowany przeciwko zwykłym ludziom, lecz przeciwko elicie politycznej. Potrzebujemy zatem groźby terroru skierowanej przeciwko aparatowi państwowemu – to jedyny sposób na zminimalizowanie korupcji państwa.

Chyba nieco idealizujesz swojego idola, ale nie sposób odmówić ci sprawności retorycznej. Mam z twoją wizją jeszcze jeden problem. Prawica już teraz wykorzystuje obecny wielokryzys. Obiecuje zerwanie z dotychczasowymi regułami, rewolucję. Jak lewica ma uczynić swoją radykalną zmianę atrakcyjną, skoro język buntu i zmiany został przejęty przez prawicę?

Donald Trump jest największym współczesnym gramscistą. Zrozumiał lekcję Antoniego Gramsciego o hegemonii. Wziął realne skargi gorzej zarabiających pracowników i wpisał je we własną opowieść: wielkie korporacje wraz z migrantami wykorzystują zwykłych ludzi.

Czyli lewica powinna przejąć od prawicy nie jej odpowiedzi, ale umiejętność nazywania problemów?

Dokładnie. Weźmy migrację. Lewicowa odpowiedź nie może brzmieć po prostu: otwórzmy granice, przyjmijmy wszystkich. Jeżeli to będzie jedyna odpowiedź, prędzej czy później staniemy przed wyborem: dyktatura albo wybory, które wygra prawica. Tymczasem migranci ciągną do Europy, bo kapitalizm w obecnym kształcie potrzebuje ich jako taniej siły roboczej, bo napędza katastrofę klimatyczną, która niszczy ich domy. To wina globalnego kapitalizmu, a nie migrantów.

Czytaj także Umiesz liczyć? Licz na siebie. Ceuta i kompromitacja projektu europejskiej solidarności Artur Troost

W 1968 roku sytuacja wyglądała odwrotnie niż dzisiaj. Ludzie władzy udawali godnych i przyzwoitych, a my, lewicowcy, wykonywaliśmy obsceniczne gesty. Te czasy się skończyły. Dzisiaj to władza jest obsceniczna – wystarczy spojrzeć na Trumpa. A my powinniśmy postawić na przyzwoitość. Powiedzieć ludziom: nie, nie chcemy niszczyć waszych nawyków czy wartości rodzinnych. To globalny kapitalizm to robi.

To Ronald Reagan zapoczątkował trend, który zniszczył miejsca spotkań w Stanach Zjednoczonych. W małych miasteczkach znajdował się centralny plac, dinery, kawiarnie, w których spotykali się ludzie. Teraz wszystko to znikło, najpierw pojawiły się centra handlowe, potem e-commerce. Musimy mówić ludziom: chcecie swojego stylu życia? Jesteśmy po waszej stronie.

Współczesna lewica lubi wielkie plany, a kiedy te się nie udają, wycofuje się na uniwersytety, by pisać opasłe tomiszcza o tym, jak zły jest imperializm. Powinniśmy być bardziej pragmatyczni. Wspierać lokalne bunty, gdy się rodzą, zawierać nieoczywiste sojusze – chociażby z Kościołem katolickim, który w Europie Zachodniej i części Ameryki Południowej pod pewnymi względami, np. oporu wobec globalnego darwinizmu, jest dziś elementem postępowym.

Nieoczywiste sojusze to dla sporej części współczesnej lewicy coś nieakceptowalnego. Mam tu na myśli lewicę woke, która oczekuje jednomyślności w kwestiach języka, tożsamości i norm kulturowych. Krytykujesz ten sposób myślenia, podobnie jak kulturę tzw. cancel culture, obejmowania ostracyzmem osób, które naruszyły lewicowe normy. Wyobraźmy sobie zatem, że młoda studentka filozofii próbuje cię skancelować za seksistowski żart. Co robisz? Próbujesz ją przekonać, przepraszasz, ignorujesz? Innymi słowy: jaka jest praktyczna odpowiedź na woke i cancel culture?

Oczywiście próbuję ją przekonać. Próbuję jej pokazać, że cancel culture jest linią obrony establishmentu przed autentyczną lewicą. To zjawisko istnieje głównie w Stanach Zjednoczonych, na uczelniach – i ma wyraźny wymiar klasowy.

Mój podstawowy problem z polityką tożsamości polega na tym, że nie buduje ona solidarności. Poszczególne mniejszości przedstawiają siebie jako najbardziej pokrzywdzone, a następnie zwracają się do społeczeństwa: to wy jesteście odpowiedzialni za naszą opresję. W pewnym sensie tak, ale co z tego, skoro celem tej zagrywki nie jest wywołanie solidarności, lecz poczucia winy?

Język opisu dyskryminacji grup mniejszościowych bywa nieznośnie moralistyczny. Sama z tym walczę na naszych łamach. Ale nie oznacza to przecież, że dyskryminacja nie jest faktem…

Oczywiście, że nie. Ale skupienie się na tożsamości często idzie w parze z wyparciem materialnego wymiaru wykluczenia. Byłem w Meksyku, gdy w Stanach Zjednoczonych trwała pierwsza głośna medialnie faza #MeToo. Wiele uwagi poświęcano wówczas dobrze ustawionym kobietom, które doświadczyły presji seksualnej ze strony wpływowych mężczyzn, zdolnych zniszczyć ich kariery. I te Meksykanki powiedziały mi: „No dobrze, to też może być problem. Ale wyobraźmy sobie inną kobietę. Ma 35 lat, troje dzieci, nie ma własnych dochodów. Mąż jej nie bije, ale właściwie przestał się nią interesować, wieczory spędza poza domem. Ona nie może odejść, ponieważ nie ma możliwości samodzielnego utrzymania dzieci. Czy jej sytuacja nie jest znacznie powszechniejszym problemem?”.

Na szczęście prominentni lewicowi politycy – Mamdani czy Ocasio-Cortez – ignorują absurdalne spory na temat poprawności politycznej. Stawiają akcent na kwestiach materialnych: mówią o transporcie publicznym, braku mieszkań, opiece. To dobra strategia. Teoretyczni szaleńcy, tacy jak ja, mogą krytykować cancel culture. A w praktyce lepiej ją ignorować.

Kto miałby być podmiotem tej rewolucji, która nas uratuje? Bo chyba nie rozumiana marksistowsko klasa robotnicza, która nie jest dziś politycznym podmiotem…

Globalna klasa prekariacka – ludzie, którzy nie mają stałych zarobków, zabezpieczeń społecznych, perspektyw na emeryturę. W skali świata to większość. Wiele z tych osób ma dobre wykształcenie, ale we współczesnym świecie nie może znaleźć pracy.

Tylko czy zachodnia lewica jest jeszcze wiarygodnym partnerem dla reszty świata? Zachód wielokrotnie kompromitował własny uniwersalizm.

A ja wierzę w europejski uniwersalizm, szczególnie bez USA w tle. Mam problem z inicjatywami w stylu BRICS. Ich zasada brzmi: współpracujemy gospodarczo, ale to, co robicie ze swoimi obywatelami, jest wyłącznie waszą sprawą. Chiny nie ingerują w politykę talibów wobec kobiet, a talibowie nie interesują się tym, co Chiny robią z Ujgurami. A ja nadal naiwnie wierzę w wartości uniwersalne: prawa człowieka, prawa kobiet, prawa osób LGBT+, dostęp do edukacji, państwo dobrobytu.

I uważasz te wartości za wyłącznie europejskie?

Możemy oczywiście dyskutować, ile z nich w ich konkretnym kształcie jest historycznie zachodnie. Doskonale wiem przy tym, jakie zbrodnie popełniła Europa: kolonizacja Indii, Afryki, Ameryki Łacińskiej, wojny opiumowe. Mógłbym o tym rozprawiać godzinami. Ale nawet sposób, w jaki krytykujemy europejski kolonializm, wyrasta częściowo z europejskich pojęć: socjalizmu i uniwersalnej równości.

Najcenniejszym dziedzictwem europejskiego oświecenia jest zerwanie z wizją świata, w której całe uniwersum jest z góry uporządkowane seksualnie i hierarchicznie. To właśnie w europejskiej nowoczesności mogły się pojawić nowoczesny feminizm czy prawa LGBT+. Możesz mnie śmiało wyzywać od eurocentrystów – nie zmienię zdania.

Co ciekawe, wszyscy dzisiaj deklarują, że Europa jest martwa i nieistotna, a jednocześnie wszyscy mają obsesję na jej punkcie. Trump mówi, że prawdziwym przeciwnikiem jest Europa. Putin również ją atakuje. Część lewicy w Ameryce Łacińskiej czy Afryce także koncentruje swoją krytykę na Europie. Dlaczego, skoro jest tak nieistotna?

Odpowiedź brzmi: bo europejskie dziedzictwo uniwersalizmu nie mieści się w nowym świecie lokalnych imperiów: amerykańskiej, rosyjskiej czy chińskiej strefy wpływów.

Czy pogrążona w kryzysach Unia Europejska może być politycznym nośnikiem tego uniwersalizmu?

Mimo wszystkich jej problemów nadal wierzę w Unię Europejską. To wyjątkowy przypadek grupy państw, które zachowują własne kultury, a jednocześnie zgadzają się co do pewnego zestawu wolności i praw socjalnych. Nie widzę lepszej alternatywy. Zdaje się, że dla świata też wciąż jesteśmy atrakcyjni, skoro tysiące ludzi próbują się do nas dostać.

Czytaj także Europa budzi się z amerykańskiego snu. Nie przetrwa bez radykalnej krytyki samej siebie Kaja Puto

Jesteśmy jako Europejczycy niezwykle uprzywilejowani: żyjemy w krajach, które bronią naszego prawa do odpoczynku, przyjemności, bezczynności. Na ulicach europejskich miast widać, że umiemy jeszcze cieszyć się życiem. Zupełnie inaczej jest w Azji.

W Chinach istnieje zjawisko zwane tang ping – młodzi ludzie znajdują najskromniejszą pracę pozwalającą im przeżyć i wycofują się z pogoni za karierą, statusem i nieustanną produktywnością. Xi Jinping uznał to ponoć za zjawisko groźniejsze niż tradycyjna opozycja, bo dysydenci nadal chcą aktywnie uczestniczyć w społeczeństwie i na nie wpływać. A ci ludzie mówią po prostu: nie chcę brać udziału w tej grze. Podobnie jest w Japonii czy Korei Południowej.

W swojej książce opisujesz ukraińską walkę o niepodległość jako modelowy przykład emancypacyjnej i antyimperialnej walki. Jednocześnie piszesz, że wspieranie Ukrainy nie może pociągać za sobą udawania, że ukraiński nacjonalizm nie istnieje. Opublikowaliśmy niedawno w Krytyce Politycznej rozmowę z ukraińskim badaczem nacjonalizmu Wiaczesławem Lichaczowem. Zwrócił on uwagę, że słowo „nacjonalizm” straciło dziś w Ukrainie negatywne konotacje: oznacza przede wszystkim walkę o niepodległość, a pamięć o Stepanie Banderze i UPA została włączona do nowej antyimperialnej tożsamości. Rosyjska propaganda dodatkowo ten proces napędza – skoro Kreml nazywa Ukraińców nazistami, część ludzi prowokacyjnie przejmuje takie etykiety czy estetykę. Jak w takich okolicznościach oczekiwać od Ukraińców wyrzeczenia się nacjonalizmu tak, jak Europa Zachodnia zrobiła to po drugiej wojnie światowej?

To poważny problem. Staram się przekonywać moich ukraińskich przyjaciół, że grając kartą nacjonalistyczną, ryzykują stopniową utratę poparcia w Europie Zachodniej. Dotyczy to również pomocy militarnej. Już teraz powinniśmy zadawać sobie pytanie, jakim krajem będzie Ukraina, kiedy przetrwa. Każda walka o niepodległość toczy się nie tylko przeciwko wrogowi.

Czytaj także Ukraiński nacjonalizm nie znaczy dziś tego, co myślicie Olena Babakova rozmawia z Wiaczesławem Lichaczowem

Mówię moim ukraińskim przyjaciołom: spójrzcie na Europę. Nacjonaliści są w niej coraz silniejsi i wszyscy jak jeden mąż sprzeciwiają się wspieraniu Ukrainy. Chcą też zniszczyć zjednoczoną Europę. A jeśli z wojny w Ukrainie płynie dla nas jakaś lekcja, to taka, że Europa może przetrwać tylko jako zjednoczona całość. Najgorszy scenariusz wygląda tak, że zarówno Ukraina, jak i główne państwa europejskie przesuną się w stronę suwerenistycznego nacjonalizmu.

Gdybym był Ukraińcem, nie mówiłbym: „bojkotujcie wszystkich rosyjskich kompozytorów”. Powiedziałbym: „ludzie tacy jak Putin nie mają moralnego prawa do przywłaszczania sobie Tołstoja”.

Ale w tym bojkocie nie chodzi tylko o „narodowość” tej kultury, lecz również jej imperialistyczny charakter

Oczywiście, masz rację. Już Dostojewski zasiał ten mit, że od czasów Napoleona Rosja ratuje Europę. A wiele postaci, które utożsamiamy z Rosją – jak na przykład Mikołaj Gogol – było Ukraińcami.

Poza tym ciężko o niuansowanie swojej niechęci do wroga, gdy żyje się w trwałym poczuciu zagrożenia życia. Gdy jestem w Ukrainie, nierzadko czuję zwierzęcą nienawiść do Rosjan. Gdy przekraczam polską granicę – ona znika.

Ja to wszystko rozumiem. Nie zmienia to faktu, że nacjonalistyczna Ukraina nie może na dłuższą metę liczyć na poparcie Europy. Jeśli Ukraina popadnie w ten suwerenistyczny nacjonalizm, stanie się częścią tej Europy, która jej nie chce.

Ale czy w obliczu ostatnich sukcesów militarnych Ukrainy na terenie Rosji ten argument ma szanse jeszcze wstrząsnąć ukraińskimi decydentami? Coraz częściej słyszę w Ukrainie głosy: nie potrzebujemy Europy, bo jesteśmy od niej silniejsi, bardziej sprawczy, odważni. No i, trzeba przyznać, nie jest to wyssane z palca…

Również podziwiam Ukrainę, dokonali rzeczy niezwykłych, zmierzyli się z Goliatem. Innowacje technologii dronowych i tak dalej. Takie myślenie może podnosić morale, ale na dłuższą metę Ukraińcy bez taktycznej broni jądrowej lub nowej ofensywy ze wsparciem europejskim nadal są skazani na porażkę. Dziś marzą o tym, że dadzą radę sami. Ale spójrzmy na ich relacje z Trumpem – nigdy nie wiadomo, w którą stronę on się obróci.

Więc mówię moim przyjaciołom: jeśli naprawdę chcecie silnej, niezależnej Ukrainy, nie dajcie się zwieść tym iluzjom. Wielkie mocarstwo, takie jak Rosja, staje się najbardziej niebezpieczne właśnie wtedy, kiedy słabnie i przegrywa. Tylko zjednoczona Europa może nas wszystkich uratować.

*

Slavoj Žižek – słoweński socjolog, filozof, marksista, psychoanalityk i krytyk kultury. Jest profesorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Ljubljanie, wykłada także w European Graduate School i na uniwersytetach amerykańskich. Jego książka Revolution at the Gates (2002), której polskie wydanie pt. Rewolucja u bram ukazało się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w 2006 roku (drugie wydanie, 2007), wywołało najgłośniejszą w ostatnich latach debatę publiczną na temat zagranicznej książki wydanej w Polsce. Jest również autorem W obronie przegranych spraw (2009), Kruchego absolutu (2009) i Od tragedii do farsy (2011).

ObserwujObserwujesz

Redaktorka naczelna KrytykaPolityczna.pl. Dziennikarka, redaktorka i komentatorka spraw międzynarodowych. Specjalizuje się w regionie Europy Wschodniej, Kaukazu Południowego i Niemiec. Pasjonuje się tematyką przemian społecznych, urbanistyki i transportu, w tym szczególnie kolejnictwa. Laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego (2020) oraz V edycji Stypendium im. Leopolda Ungera dla młodych dziennikarzy (2016), nominowana do Grand Press (2019), Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego (2019) i Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego (2024). Publikuje w mediach polskich, niemieckich i międzynarodowych. Związana z stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Korporacja Ha!art. Absolwentka MISH i filozofii UJ, studiowała także wschodoznawstwo w Berlinie i Tbilisi.

Napisz do mnie
Tagi:
Wydanie: 20260822

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x