Świat

Popęda: Królewna Śnieżka na Capitol Hill

Co prezydent Obama powiedział Amerykanom w swoim corocznym orędziu o stanie państwa? Korespondencja z Waszyngtonu Agaty Popędy.

„State of the Union”, coroczne orędzie amerykańskiego prezydenta o stanie państwa, słynie z tego, że jest mową długą, przewidywalną i o ściśle określonej strukturze. Być może dlatego zasnęłam już w dwunastej minucie, a moją wiedzę uzupełniłam dopiero nazajutrz, z materiałów zamieszczonych w błogosławionych czeluściach YouTube’a. Popijając poranną kawę, myślałam o nieskończonej cierpliwości Obamy do powtarzania tego samego, tym samym umiarkowanie entuzjastycznym tonem, z tą samą umiarkowanie entuzjastyczną nadzieją, że być może pewnego dnia Kongres go usłyszy. Ale wszystko wskazuje na to, że Kongres też zasnął. W dwunastej minucie albo nawet sto lat wcześniej. I być może nigdy się nie obudzi.

Oto lista „terminów nasennych”, które Waszyngton ćpa codziennie, a potem odpływa na politycznym haju nierobienia niczego. Po pierwsze – klasa średnia. Klasa średnia musi rozkwitać. Naszych dzielnych mężczyzn i kobiety należy wycofać z Afganistanu. O proszę, już wracają, zaraz będą w domach i możemy ich zacząć leczyć z zespołu stresu pourazowego. Budżetem trzeba się zająć, owszem, ale powoli. I żadnych cięć, kochani, to jest za wyjątkiem agresywnej grzywki Michelle, która w mediach rozpętała burzę. Bo branie na siebie nowych zobowiązań to jedno, ale „musimy dotrzymać tych obietnic, które już złożyliśmy”, mówi Obama. Na co „The Economist” opowiada: „Demokraci lubią sobie wyobrażać, że Obama nie ma nic do stracenia w przepychance nad budżetem. Albo republikanie ustąpią, co doprowadzi do zmian u ustawie, albo się zaprą i potwierdzą swój wizerunek partii, która jest w stanie rzucić cały kraj na kolana, byle osiągnąć swoje”. Tak czy owak, obie partie powinny skończyć z wzajemnym skakaniem sobie do gardeł i kooperować (duh!). Nic dziwnego, że tegoroczne orędzie zgromadziło przed telewizorami tylko 33 i pół miliona Amerykanów, co daje najniższą odglądalność od roku 2000.

Istnieje też inna lista – lista terminów pobudzających, które sprawiają, że wszyscy na Kapitolu chodzą nabuzowani i szukają zaczepki. To te, które według połowy Amerykanów robią z prezydenta socjalistę. Do tego stopnia, że mechanik, który wymienia mi akumulator w aucie, wcale by się nie zdziwił, gdyby okazało się, że Barack Hussein Obama został wychowany przez Sowietów i już jako dziecko wyszkolony na szpiega. Jak Angelina Jolie w filmie Salt. Czy oglądałam? Owszem, oglądałam, potwierdzam, ale przejdźmy do rzeczy. Które fragmenty „State of the Union” wywołały najwięcej emocji?

1. Wszystkie dzieci nasze są – czyli publiczne przedszkola. W reakcji tzw. liberalnych mediów czuć zachwyt i niedowierzanie. Większość dziennikarskiego establishmentu DC i Nowego Jorku to rodzice dzieci w wieku przedszkolnym, często kobiety, które spędziły dekadę, budując pozycję na rynku i właśnie urodziły pierwsze dziecko. Waszyngton nie mówi o niczym innym. Progresywne koła podnoszą jedną brew w niedowierzaniu, ale mają ochotę dać prezydentowi jeszcze jedną szansę.

2. Płaca minimalna – czyli podwyżka z $7,50 do $9 i jak to zrobić. Osobiste sympatie osobistymi sympatiami, ale wszyscy zadają sobie pytanie: kto ma rację? Czy podwyżka a) dramatycznie poprawiłaby sytuację najbiedniejszych rodzin (demokraci), b) doprowadziłaby do masowych zwolnień i pogorszyłaby sytuację tych rodzin jeszcze bardziej (republikanie)?

3. Klimat – czyli wołanie na puszczy. Tu nie ma szans na dialog. Jedynym rozwiązaniem byłoby tzw. „rozporządzenie wykonawcze” (executive order) i faktycznie Obama użył go jako straszaka: „Jeśli oni nic z tym nie zrobią, ja się tym zajmę”. A więc Kongres w szklanej trumnie i Obama na białym koniu. Wszyscy wiedzą, że zwykle, żeby obudzić księżniczkę, trzeba ją pocałować. Ale jeśli całowanie nie przynosi rezultatów, zawsze można trumienką trochę potrząsnąć. „The Nation” dostarcza całej listy spraw, które można by „odfajkować” przez executive order – to zresztą bardzo dobra okazja, żeby zapoznać się z progresywną agendą w USA.

4. Kontrola broni – bez komentarza. Jedynym nowym elementem w tej jałowej dyskusji była obecność ofiar strzelanin w czasie wygłaszania orędzia. Obecność, która prawdopodobnie przejdzie bez echa.

Odpowiedź republikanów (czyli w tym wypadku Marco Rubio) była równie przewidywalna jak ruchy Obamy: czy odpowiedzią Waszyngtonu na każdy problem jest pożyczyć więcej i wydać więcej? A wydatki na publiczne przedszkola szczęśliwie zawetował w 1971 prezydent Nixon, choć przeszły przez Kongres. Marco Rubio jest człowiekiem sympatycznym, niepozbawionym też, jak się wydaje, poczucia humoru, kiedy np. stwierdza, że partia republikańska nie jest partią ludzi bogatych. Trudno powiedzieć, czy propozycja ustawy o strefie wolnego handlu z Europą to gwóźdź do trumny królewny Śnieżki, czy marchewka dla prawicy na zachętę. Tutaj zresztą republikanie mają problem, bo ochota na strefę wolnego handlu jest wielka, ale z drugiej strony wymaga spuszczenia z tonu i dialogu (nieistniejącego) z Europą.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Popęda
Agata Popęda
Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w USA.
Zamknij