Świat

Czy niepodległość Kurdystanu doprowadzi do kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie?

Partyzanci YPG, Kurdystan. Fot. Kurdishstruggle, Flickr.com

92,7 proc. uczestników referendum w Kurdystanie opowiedziało się za niepodległością - wynika z ostatecznych rezultatów podanych w środę przez komisję wyborczą. Jakie mogą być tego konsekwencje?

Paweł Pieniążek: 25 września w irackim Kurdystanie odbędzie się referendum niepodległościowe. Czy to znaczy, że wkrótce na mapie Bliskiego Wschodu pojawi się nowe państwo?

Adam Balcer: Uznanie państwa na arenie międzynarodowej ma duże znaczenie w wymiarze prawnym i symbolicznym. Istotniejsze jest jednak, jak ten organizm funkcjonuje. Kurdyjski Rząd Regionalny (KRG) ma wszystkie atrybuty państwa i przy wszystkich swoich wadach, słabościach i problemach, funkcjonuje lepiej niż wiele państw, które są uznane przez wspólnotę międzynarodową. Jest to dosyć stabilny obszar, ma działającą administrację i wojsko. Nawet jeśli nie od razu po referendum, to za jakiś czas prawdopodobnie powstanie niepodległe państwo kurdyjskie.

Referendum w Kurdystanie

"Czekaliśmy na to od wielu lat. Dzisiaj nasze marzenie staje się rzeczywistością" – mówią głosujący w zakończonym właśnie referendum niepodległościowym w Kurdystanie. Wyniki mają być znane w ciągu 72 godzin. Jakie będą konsekwencje? TEKST I WIDEO Paweł Pieniążek: http://bit.ly/2y5AbIs

Posted by Krytyka Polityczna on Tuesday, September 26, 2017

Pojawiają się informacje, że samo referendum nie będzie oznaczało natychmiastowego ogłoszenia niepodległości, a proces ten potrwa przynajmniej dwa lata. Dlaczego zdecydowano się na plebiscyt już teraz?

Jest to związane z trzema elementami. Pierwszy to upadek tak zwanego Państwa Islamskiego (PI). Gdyby wciąż toczyły się ciężkie walki i niosłyby zagrożenie, to Kurdowie byliby pewnie mniej zdecydowani na przeprowadzanie referendum. Po drugie, referendum to świetne narzędzie do mobilizacji elektoratu. Po trzecie, w sprawie niepodległości samej w sobie istnieje konsensus między siłami politycznymi. Niektóre ugrupowania, jak na przykład partia Gorran, mogą uważać, że nie podoba im się sposób, w jaki ma to zostać zrobione, niemniej jednak samą ideę niepodległości popierają w zasadzie wszyscy Kurdowie. W tym Partia Pracujących Kurdystanu (PKK), która od dekad walczy z Turcją.

To znaczy, że Kurdów nic nie dzieli?

Dzieli jak najbardziej. Podziały występują wśród irackich Kurdów, ale też ich relacje z wywodzącą się z Turcji Robotniczą Partią Kurdystanu (PKK) bywają napięte.

Niemniej bardzo mało prawdopodobna jest powtórka z lat dziewięćdziesiątych, gdy doszło do wojny domowej między Demokratyczną Partią Kurdystanu i Patriotycznej Unii Kurdystanu, w którą byłyby zaangażowane obce siły czy chociażby PKK. Ale dwadzieścia lat temu Kurdowie byli słabi i łatwiejsi do rozgrywania z zewnątrz. Od tego czasu wzrosła asertywność, świadomość i dojrzałość polityczna Kurdów.

Mapa Kurdystanu w Iraku, 2009 rok. Fot. Wikimedia Commons, CC

A kto jest bardziej ambiwalentny wobec idei niepodległości?

Często irackich Kurdów ustawia się w kontrze do partii PKK. Niemniej między prezydentem Kurdyjskiego Rządu Regionalnego Masudem Barzanim a uwięzionym w Turcji liderem PKK Abdullahem Öcalanem regularnie kursowali powiązani z tym ostatnim działacze: Leyla Zaman i Osman Baydemir. Wcześniej czegoś takiego nie było.

Dużo głębsze wydają się podziały wśród Arabów. Turcja też spolaryzowana. Na tle regionu znowu okaże się, że napięcia panujące wśród Kurdów są na dużo niższym poziomie. Referendum jest więc wisienką na torcie procesu budowy ich państwa i narodu.

Są jednak trudne miejsca, np. Sindżar, 40-tysieczne miasto w północno-zachodnim Iraku, do którego różne frakcje kurdyjskie roszczą sobie pretensje. Tam dochodzi od czasu do czasu do starć między oddziałami powiązanymi z KRG i PKK.

Zdarzają się incydenty, ale to nie jest konflikt, w którym giną tysiące ludzi jak w trakcie wojny domowej.

Partyzanci Powszechnej Jednostki Ochrony YPG, Kurdystan. Fot. Kurdishstruggle, Flickr.com
Partyzanci Powszechnej Jednostki Ochrony YPG, Kurdystan. Fot. Kurdishstruggle, Flickr.com

Krytycy powstania Kurdystanu często podnoszą argument, że to państwo po prostu nie będzie działać. Jest uzależnione od ropy, o którą kłóci się z Bagdadem, znaczna większość z trudem utrzymywanych miejsc pracy jest zapewniana przez państwo irackie, istnieją głębokie podziały i klanowość. Do tego korupcja i chaos – parlament wreszcie spotkał się po dwuletniej przerwie, a Barzani wciąż rządzi, chociaż jego kadencja skończyła się dwa lata temu.

Te wszystkie problemy jak najbardziej występują. Niemniej – powtórzę – Kurdystan na tle Bliskiego Wschodu ma się całkiem nieźle. Poza tym trudno sobie wyobrazić państwo z takimi zasobami naturalnymi, które nie ma dużego udziału sektora energetycznego w gospodarce.

To państwo jest w stanie funkcjonować. Większe obawy budzi to, jakie reakcje wywoła jego powstanie. Co zrobią Irak, Iran, Turcja i tak dalej.

Jedynym państwem, które poparło niepodległość Kurdystanu, jest Izrael.

Weźmy przykład Turcji. Zbudowała dobre relacje przede wszystkim z Barzanim, z pozostałymi ugrupowaniami jest gorzej. Z jednej strony Turcja sprzeciwia się referendum i twierdzi, że będzie ono historycznym błędem oraz będzie Kurdów kosztować. Jednak Ankara nie precyzuje, jak zareaguje i, na przykład, jakie sankcje mogłaby wprowadzić wobec Kurdów.

Czy gra Turcji nie jest próbą zantagonizowania Kurdów? Wiadomo, że tureccy i syryjscy Kurdowie za największego wroga uważają Erdoğana.

Turcja na pewno dąży do tego, żeby przypadkiem tureccy i syryjscy Kurdowie nie dogadali się z irackimi, tylko że nie jest w stanie tak rozgrywać Kurdów, jakby chciała. Ma dobre relacje z Barzanim, ale nie można powiedzieć, że jest on tureckim pionkiem, co najlepiej pokazuje jego determinacja w sprawie referendum. Zresztą jej słabość widać najlepiej w Syrii. Turcji niewiele udało się tam ugrać. Została wpuszczona na nieco więcej niż dwa tysiące kilometrów kwadratowych między Afrinem a resztą Rożawy, czyli terytoriami kurdyjskimi, ale wszystko musi ustalać z Rosją, Iranem i Stanami Zjednoczonymi.

Prezydent Turcji Recep Erdoğan doprowadził do takiej sytuacji, że Ankara boksuje na Bliskim Wschodzie znacznie poniżej swojego potencjału, a jej wpływy znacznie zmalały. Już Iran ma nieco większy potencjał do rozgrywania Kurdów. Ma pewną pozycję ekonomiczną w irackim Kurdystanie, a do tego rozwinięte relacje polityczne z Gorranem, PUK, ale też PKK.

Iracki parlament uznał referendum za zagrażające jedności terytorialnej i upoważnił premiera Hajdara al-Abadiego do użycia wszelkich środków, w tym militarnych, by mu zapobiec.

To oczywiste, że Bagdad będzie najbardziej przeciwko niepodległości irackiego Kurdystanu. Ma poczucie, że trzeba się postawić, bo gra idzie o duże pieniądze ze względu na złoża ropy i gazu. Do tego sukcesy w walkach z Daesh dały Irakowi poczucie, że jego wojsko jest znacznie lepsze. Niewykluczone, że iracka armia byłaby w stanie pokonać peszmergów, czyli kurdyjską armię.

Myślę, że Kurdom byłoby łatwiej przekonać region i świat do niepodległości, gdyby Irak był upadającym państwem, a walka z Państwem Islamskim w ogóle by mu nie wychodziła. Wówczas wspólnota międzynarodowa i niektórzy aktorzy regionalni pewnie uznaliby, że mniejszym złem będzie niepodległość Kurdystanu. Byłaby to wyspa względnej stabilności i bufor dla Turcji.

Niepodległość Kurdystanu może doprowadzić do kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie?

To trzeba umieścić w szerszym kontekście. Trumna dla Państwa Islamskiego jest gotowa, wieko nakryte i wbijane są ostatnie gwoździe. Utracone przez nich terytoria są rozszarpywane przez innych aktorów. Przykładem tego jest nagła ofensywa syryjskich Kurdów, którzy doszli aż do Deir ez-Zor znajdującego się nad Eufratem. Tu chodzi nie tylko o „naturalne” granice na dużej rzece, ale to jest bardzo żyzny region. Do tego jest stosunkowo bogaty w ropę i gaz.

Sytuacja jest bardzo dynamiczna, a mocarstwa regionalne takie jak Iran czy Arabia Saudyjska muszę się w niej odnaleźć. Stąd ta ostatnia niespodziewanie przyjmowała u siebie irackiego, szyickiego przywódcę Muktadę as-Sadra. Katar znowu otwiera ambasadę w Iranie, co denerwuje Arabię Saudyjską. Do tego dochodzą wielcy gracze, jak Rosja czy Stany Zjednoczone, które liczą na pieniądze i inwestycje w infrastrukturę wydobywczą. Przy tak złożonej sytuacji istnieje pewne zagrożenie, że wymknie się ona spod kontroli.

I co się wtedy wydarzy?

Mimo presji głównych aktorów, może dojść do walk wewnątrz Iraku. Najbardziej prawdopodobny wydaje się konflikt o Kirkuk, który nie będzie miał na celu zniszczenia samej autonomii kurdyjskiej, tylko zajęcie lub odzyskanie spornego terenu w zależności od punktu widzenia.

Trochę jak w przypadku rozpadu Jugosławii, gdy Slobodanowi Miloševiciowi nie chodziło o całą Chorwację, tylko te tereny, na których mieszkali Serbowie, oraz o dwa razy większe terytorium, by zapewnić przestrzeń życiową, gospodarczą i komunikacyjną. W Iraku może być taki argument, że chcą terenów, gdzie mieszkają Arabowie, a także te, w których jest ropa. To mogłoby połączyć irackich Arabów, zarówno sunnitów jak i szyitów, przeciwko Kurdom. Antykurdyjskie nastroje i obrona Arabów mogą być dobrym spoiwem, szczególnie, że nawet Państwo Islamskie się do niego odwoływało. Z drugiej strony konflikt z Arabami w Iraku połączyłby PKK z Barzanim, choć we współpracy między nimi nie brakowałoby napięć.

W efekcie Bliski Wschód może okazać się jeszcze bardziej niestabilny po upadku PI niż w trakcie jego istnienia. Niewykluczone, że będzie ona jeszcze prowadziła wojnę partyzancką lub przepoczwarzy się w inną organizację.

Czyli nie można tego wszystkiego sprowadzać do konfliktu między sunnitami i szyitami?

Polska mentalność zrobiła się bardzo manichejska, to znaczy wszystko wyobraża się sobie jako walkę diabła z bogiem. Przecież sojusze mogą zmieniać się w mgnieniu oka, szczególnie na Bliskim Wschodzie. Kurdowie są sunnitami i walczą z sunnitami z Daesh. Katar też jest sunnicki, ale zacieśnia relacje z szyickim Iranem. W Syrii Al.-Kaida walczyła z PI, czyli mamy konflikty wewnątrz tego samego obozu ideologicznego.

W Polsce wywołuje to zdziwienie, ale przecież to nie jest coś wyjątkowego tylko dla Bliskiego Wschodu. Portugalia przez kilkaset lat była w sojuszu z Anglią i wyznanie nie miało znaczenia, bo wrogiem była Hiszpania. Jak w Europie podczas licznych wojen w czasach nowożytnych, tak na Bliskim Wschodzie trzeba być gotowym na nagłe zmiany sojuszy.

PKK
Partyzantka PKK, Kurdystan. Fot. Kurdishstruggle, Flickr.com

Wygląda na to, że koniec PI stworzy więcej problemów niż rozwiąże.

To zależy od tego, czy bardzo zróżnicowana koalicja będzie w stanie dogadać się, jak urządzić region. Poparcie dla PI nie wzięło się znikąd, tylko z poczucia poniżenia i prześladowania sunnitów przez zdominowany przez szyitów Irak i Syrię. Patrząc na to, jak panoszą się szyickie bojówki w niektórych częściach północnego Iraku, można pomyśleć, że Bagdad niewiele się nauczył.

Czyli nie ma co liczyć na to, że w Iraku wkrótce zapanuje pokój?

Wojna w Libanie była klasyczną wojną na wyniszczenie. Rozpoczęła się w 1975 roku, a do porozumienia doszło po piętnastu latach konfliktu. Wojna w Iraku trwa już lat czternaście, jeśli więc przywiązywać się do magii liczb, to może wkrótce uda się ją zakończyć. W tej części świata było sporo konfliktów, które trwały od kilku do kilkunastu lat.

Jeden scenariusz jest taki, że ktoś zdecydowanie wygrywa. Drugi to właśnie przypadek Libanu, gdzie po ciężkich walkach aktorzy dochodzą do wniosku, że nie uda się osiągnąć przewagi i zawierają „zgniły” kompromis. W Iraku i Syrii spór o łupy po Państwie Islamskim może popchnąć strony do kolejnej wojny wywołanej przez incydenty, które wymkną się spod kontroli.

**
Adam Balcer – politolog, kierownik projektu Polityka Zagraniczna WiseEuropa, ekspert European Council on Foreign Relations.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paweł Pieniążek
Paweł Pieniążek
Dziennikarz, reporter
Relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.
Zamknij