Wokół Francji Niepokornej (LFI) jest ostatnio głośno – partię Jeana-Luca Mélenchona oskarżano, że ma krew na rękach w związku z niedawnymi wydarzeniami w Lyonie. Lewicowi politycy mieli zachęcać do przemocy i utrzymywać bliskie kontakty z antyfaszystowskimi bojówkarzami, którzy śmiertelnie pobili działacza skrajnej prawicy. Teraz Mélenchon znowu został postawiony pod pręgierzem.
Tym razem zarzuca mu się antysemityzm, co bynajmniej nie stanowi nowości. Od zaostrzenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego w 2023 roku na niepokornych regularnie spadała krytyka za pobłażliwość wobec Hamasu, nazywanie go „ruchem oporu” i ogólną antyizraelskość. Zdaniem Mélenchona oraz jego stronników taka postawa stanowi jedynie sprzeciw wobec ludobójstwa w Gazie, ale wielu doszukuje się w tym antysemityzmu. Za sprawą ostatnich żartów lidera LFI temat wrócił ze zdwojoną siłą.
„Epsztajn” czy „Epstin”?
Podczas wiecu przed kilkoma dniami Jean-Luc Mélenchon nie gryzł się w język – gdy doszedł do tematu Epsteina, wymówił jego nazwisko z francuska („epsztajn”), po czym poprawił się na wymowę angielską („epstin”) i powiedział, że tak trzeba, bo brzmi bardziej rosyjsko, nawiązując w ten sposób do prób powiązania amerykańskiego przestępcy z obcą agenturą. Następnie kontynuował drwiny, przywołując Einsteina i Frankensteina („ajnsztajna/ejnstina” i „frankensztajna/frankenstina”). Lingwistyczne rozterki w wykonaniu przywódcy LFI rozpętały burzę polityczną.
Wypowiedzi Mélenchona spotkały się z szerokim potępieniem ze strony polityków różnych ugrupowań, od centrolewicy po prawicę. Przedstawiciele obozu prezydenckiego uznali je za niedopuszczalne i noszące antysemickie podteksty, a nacjonaliści dostrzegli szansę na zaprezentowanie się jako bardziej umiarkowana opcja – Jordan Bardella mówił o przekroczeniu granic debaty publicznej, odwracając uwagę od własnych trupów w szafie. Od swojego niedawnego koalicjanta odcięła się także większość centrolewicy, deklarując przy tym, że nie może być mowy o powrocie do współpracy w najbliższej przyszłości, skoro LFI gra na antysemickich sentymentach.
Ta ofensywa nie zraziła Mélenchona, który odmówił wyrażenia skruchy i stwierdził, że wszystkie nazwiska ma w zwyczaju wymawiać na modłę francuską, a jeśli ktoś łączy Epsteina z religią lub pochodzeniem żydowskim, to są to jego krytycy. Wpisuje się to w długą historię umniejszania znaczenia i skali antysemityzmu, uważanego przez Mélenchona za problem marginalny we współczesnej Francji. W tym kontekście przypomniano też jego słowa dotyczące Jeremy’ego Corbyna, swego czasu ostro krytykowanego za rzekomy antysemityzm. Lider LFI zadeklarował, że tego typu oskarżenia wobec polityków lewicy pojawiają się, gdy znajdą się oni blisko władzy. Czy dlatego Mélenchon zdaje się w ogóle nie przejmować nieustannie powtarzanymi zarzutami o nienawiść do Żydów?
„Antysemityzm” jako obusieczne narzędzie polityczne
Kilka dni po „epsztajnie” Mélenchon dolał oliwy do ognia, tym razem wymawiając na dwa sposoby nazwisko Raphaëla Glucksmanna, który prawdopodobnie będzie jego rywalem z ramienia centrolewicy w nadchodzącym wyścigu prezydenckim. Wywołany do tablicy Glucksmann zarzucił liderowi niepokornych, że kpiąc z wymowy nazwisk pochodzenia żydowskiego gra na najgorszych instynktach społecznych i wpisuje się w antysemickie tradycje skrajnej prawicy. Centrolewicowy polityk porównał Mélenchona do Jeana-Marie Le Pena. W tym przypadku przywódca LFI mógł uznać, że posunął się za daleko, ponieważ przeprosił za „przejęzyczenie”, co nie osłabiło kampanii przeciwko jego partii. Obok zgodnie powtarzanych przez niemal całą francuską scenę polityczną zarzutów o antysemityzm, niepokornych oskarża się też o islamizm i zdradę wartości republikańskich. Tego typu wyskoki na pewno nie pomagają w odpieraniu krytyki, więc lekkomyślność Mélenchona może dziwić.
W końcu mowa o polityku doświadczonym i zręcznym medialnie, który najlepiej czuje się w czasie kampanii wyborczych, gdy kamery śledzą każdy jego krok. Trudno wyobrazić sobie, żeby przypadkiem popełnił taką gafę, a potem jeszcze w to brnął, gdyby nie miał jakiegoś celu. Niektórzy twierdzą, że nową aferą chciał przykryć zamieszanie związane ze śmiercią Quentina, ale nie wydaje się to być trafną analizą. Ostatnie doniesienia dotyczące bójki w Lyonie działają raczej na korzyść Francji Niepokornej, obnażając np. powiązania Kolektywu Némésis z neofaszystowskimi bojówkami i wspólne planowanie zasadzek na antyfaszystów.
Dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się być np. teza o chęci wbicia jeszcze mocniejszego klina między LFI a centrolewicę. Zbliżają się wybory samorządowe, w których niepokorni postanowili wystawić osobne listy w całym kraju, występując także przeciwko lewicowym merom i przedstawiając się jako jedyna konsekwentnie progresywna i antyrządowa opcja. Burza wokół Epsteina ma ich dodatkowo uwiarygodnić w roli siły politycznej najmocniej sprzeciwiającej się Izraelowi oraz jego francuskim sojusznikom.
Z jednej strony niepokorni zawzięcie odpierają zarzuty o antysemityzm, podkreślając swoje przywiązanie do humanizmu oraz tolerancję wobec wszystkich wyznań. Z drugiej starają się obrócić takie oskarżenia na swoją korzyść – przekonują, że otrzymali łatkę antysemitów, ponieważ jako jedyni są tak propalestyńscy, twardo sprzeciwiają się ludobójstwu oraz islamofobii. Zdają sobie sprawę, że na wielu wyborcach, zwłaszcza młodych, zarzut antysemityzmu nie robi już wrażenia. Zostali oni bowiem skutecznie znieczuleni przez proizraelską propagandę, która z każdego wyrazu solidarności z Palestyną próbuje zrobić przejaw nienawiści do Żydów. Tak samo zachowują się francuscy politycy centrowi i prawicowi. Pierwsi często delegalizują propalestyńskie demonstracje, drudzy tłumaczą, że w walce z islamizmem wszelkie chwyty są dozwolone, a Izraelowi należy się wyłącznie szacunek.
Stąd niewykluczone, że wystawianie się Mélenchona na kolejne ataki z tej strony stanowi świadomą strategię polityczną, chociaż można mieć wątpliwości, czy jednoczenie przeciwko sobie całej sceny politycznej będzie opłacalne. Zwłaszcza gdy robi się to w imię polityki międzynarodowej, a nie np. spraw bytowych Francuzów, w sprawie których progresywny program LFI powinien być bardziej atrakcyjny dla przeciętnego wyborcy.
Czy w tym szaleństwie jest metoda?
Powodem, dla którego konflikt izraelsko-palestyński pozostaje tak ważnym elementem kampanii Francji Niepokornej, jest chęć przyciągnięcia konkretnego wyborcy – młodego, wcześniej niezaangażowanego politycznie i często reprezentanta mniejszości. U podstaw takiego myślenia stoją analizy, które przeprowadzono po wyborach prezydenckich w 2017 i 2022 roku. W obydwu przypadkach Mélenchon znalazł się o krok od drugiej tury. Za pierwszym razem zabrakło mu ok. 600 tys., a za drugim 400 tys. głosów. Jednocześnie statystyczny wyborca kandydata LFI należał do grup cechujących się najwyższymi poziomami absencji wyborczej. Młodzi głosują rzadziej niż starzy, niezamożni rzadziej niż zamożni, a najniższa frekwencja jest wśród osób pochodzenia imigranckiego. Więc to w dużej mierze na mobilizacji tej ostatniej grupy postanowił skupić się Jean-Luc Mélenchon, przyjmując założenie, że ściągnięcie do urn dotychczasowych abstencjonistów przyniesie mu brakujące kilkaset tysięcy głosów.
Dlatego w strategii Francji Niepokornej na dalszy plan zszedł lewicowy populizm w narodowych barwach, a zyskała na znaczeniu polityka tożsamości wycelowana w mniejszości etniczne i religijne. Obejmuje to obronę praw francuskich muzułmanów, ale też zaangażowanie w ważną symbolicznie kwestię palestyńską. Z kolei mobilizacji ogółu młodych wyborców sprzyja też wzmocnienie retoryki antysystemowej, zamknięcie się w oblężonej twierdzy i przekonywanie, że tylko głos na LFI powstrzyma prawicę. Także tę, która w reakcji na każdy propalestyński gest krzyczy o antysemityzmie.
Problemem dla Mélenchona jest jednak to, że chociaż skupianie się na polityce międzynarodowej i kwestiach kulturowych angażuje nowych wyborców, potencjalnie zwiększając szanse na pomyślny wynik pierwszej tury, to może zarazem zagwarantować klęskę w drugiej. W ostatnich latach bardzo wzrosła niechęć ogółu wyborców do lidera niepokornych i nawet jeśli jest w tym duża zasługa połączonych wysiłków centrum oraz prawicy, to nastawiona na polaryzację strategia LFI także odegrała istotną rolę.
O ile w 2017 roku sondaże dawały Mélenchonowi przewagę nad Le Pen w przypadku bezpośredniego pojedynku, o tyle teraz poległby z kretesem w starciu z Marine lub Bardellą. Gdyby był młodszy, można byłoby tę strategię rozumieć w kategoriach długiego marszu – dotrzeć za wszelką cenę do dogrywki wyborczej, aby postawić się w pozycji lidera opozycji i z tego korzystać, tak jak Le Pen w ostatnich latach – tylko że 74-letni Mélenchon raczej nie powinien myśleć o kandydowaniu w 2032 roku. Niewykluczone więc, że lewicowy weteran jest większym optymistą i zakłada, że wystarczy dostać się do drugiej tury, a wtedy jego charyzma wraz z prawdopodobnym zwycięstwem w debacie prezydenckiej przesądzą o wyniku wyborów. Może to być jednak optymizm mocno przesadzony.


![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)







Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Z powyższego tekstu aż bije sympatia autora dla Melanchona. Być może dlatego nawet się nie zająknął o jego sympatii nie tylko dla arabskich terrorystów (nie, nie, to nie islamolewica, ależ skąd 😁) , ale i dla rosji. Oraz o jego pomysłach na wyprowadzenie Francji z NATO.
Czemu miałbym pisać o pomyśle wyprowadzenia Francji z NATO w tekście, który nijak NATO nie dotyczy, ani nie ma na celu przedstawienia programu Mélenchona?
I myli się Pani, insynuując mi sympatię do Mélenchona – od co najmniej trzech lat powtarzam, że nie powinien już więcej kandydować na prezydenta i lepiej byłoby, gdyby przekazał pałeczkę młodszemu pokoleniu francuskiej lewicy. Też wspomnianą w tekście strategię uważam za błędną i kontrproduktywną, bardziej podobał mi się JLM w wydaniu z 2017 roku
Jestem pan nutria a nie pani nutria. A poza tym to pamiętam pańskie artykuły w tonie „hihi, ale te prawaki obsesyjne,” o islamolewicy. A tutaj mamy regularną islamolewicę…
PS. Melanchon z 2017 był lepszy od Melanchona z 2026 bo nie artykułował głośno swojej prorosyjskości? Bo poza tym sie raczej nie zmienił?
ja też zauważyłem w kilku Twoich tekstach sympatię do Mélenchona
Antysemityzm umarł w Gazie.
no nie, jednak w Izraelu który stoi za Gazą nie mówi się już w Jidysz. A czytanie „Apsztajn” sugeruje że ten Amerykanin był środkowoeuropejskim zydem. To czysty antysemityzm.
A na poważnie:
dlaczego Einstein wymawiamy ajnsztajn
a Epstein musimy wymawiać epsztin?
Co to ma wspólnego z Izraelem, Żydami czy antysemityzmem?
Myślę, że to kwestia tego, że Einstein pochodził z Niemiec, gdzie to niemieckie nazwisko wymawia się „Ajnsztajn”. Epstein natomiast urodził się USA i stąd zangielszczenie jego nazwiska na „Ipstin”. Na podobnej zasadzie Mark Zuckerberg jest „Zakerbergiem”, a nie jak jego przodkowie „Cukerbergiem”.
to proste, czytanie nazwiska Amerykanina tak jakby było w Jidysz sugeruje że to żydzi są winni całemu złu (nawet nie izrael, bo obecnie Izraelczycy nie mają srodkowoeuropejskich nazwisk)
Fantazjuje Pan. Wielu Polaków ma podobne nazwiska (różnie pisane). Ja np. miałem okazję poznać historyka prof. Tadeusza Epsztajna.
tak, ale nazwisko Tadeusza Epsztajna czyta się własnie Epsztajn (z Idysz czy z niemiecka – nie znam pochodzenia tego pana). Ale ten zwyrol Epstein jest Amerykaninem. Powinniśmy czytać to nazwisko albo po amerykańsku (Ipstin) albo zupełnie wymawiając je po polsku czyli Epstein (podobnie jak czytamy Waszyngton – też na dwa sposoby). czytanie tego nazwiska jakby było nazwiskiem zyda z Białegostoku który posługuje sie Idysz czyli Apsztajn jest sugerowaniem że to oczywiście żyd, i to nie współczesny żyd z Izraela tylko własnie taki żyd ze środkowej Europy. To moja opinia.
W Polskim Słowniku Biograficznym (w tomie z roku 1948) jest dziewięciu Epsteinów, w całej populacji musiało być ich sporo. Mamy Polaków, którzy spolszczyli pisownię tego nazwiska. Wielu Polaków z tym nazwiskiem zapewne wyjechało do USA lub innego kraju anglosaskiego, zachowując tak pisownię, jak i wymowę swego nazwiska (podobnie jak Zbig Brzeziński, zawsze był Brzezińskim). Pan sugeruje, że było to antysemickie.
NB. Niegdyś antysemici wmawiali publice, że niektóre osoby to zamaskowani Żydzi, teraz tropiciele antysemityzmu wmawiają komu popadnie, że są antysemitami. Proponuję jednak nie uczestniczyć w tym szaleństwie.
nie udawaj że nie rozumiesz o co chodzi. Po co chcesz wymawiac jego nazwisko w Jidysz a nie po angielsku albo po polsku? Moim zdaniem przerabianie wymowy jego nazwiska jest tym samym co publikowanie memów Epsteina w jarmułce – sugestią że żydzi gwałcą chrześcijańskie dzieci
„sugerowaniem że to oczywiście żyd”
Epstein nie był Żydem?
był Ameykaninem i nie, nie pochodził z Żydów z Europy Środkowej, jak już to w trzecim pokoleniu. Zatem wymawianie jego nazwiska w Jidysz jest manipulacją…
„był Amerykaninem”
Nie wiedziałem, że Amerykanie mówiąc o nie-Żydach używają słowa goyim
wiesz, wyobraź sobie że można być Amerykaninem katolikiem, protestantem, żydem. To się nie wyklucza. Ale dalej amerykański żyd nie wymawia swojego nazwiska w Jidysz. A ten majl gdzie Epstein pisze że czuje się Polakiem znalazłeś? Bo tak mówił. Bo jego dziadek faktycznie wyemigrował z Białegostoku.
Skoro czuł się Polakiem, to i nazywał się Epsztajn, koniec i bomba.
Polacy czytają Epstein jako Apsztajn? Może zwolennicy Brauna 😉
„można być Amerykaninem katolikiem, protestantem, żydem”
Wyobraźmy sobie następującą, hipotetyczną sytuację:
Amerykanin, katolik, pochodzenia włoskiego w obliczu sporu USA, Włochy
Amerykanin, protestant pochodzenia niemieckiego w obliczu sporu USA, Niemcy.
Czyją stronę wybiorą?
I to samo w przypadku konfliktu interesów USA, Izrael?
czyli zakładasz że każdy amerykański żyd w takim sporze wybierze Izrael a nie USA? Ok, to twoja opinia. Mi się osobiście tak nie wydaje. Połowa polityków wokół Eisenhowera podczas kryzysu suezkiego była amerykańskimi zydami. A jednak wtedy USA twardo zastopowały Izrael, absolutnie bez litości.
„podczas kryzysu suezkiego”
70 lat temu USA były zupełnie innym krajem.
Na przykład Harvard, Yale – kwestia przyjmowania Żydów (o bractwach studenckich nawet nie wspomnę)
„USA twardo zastopowały Izrael, absolutnie bez litości”
To dla mnie zupełna nowość!
Z tego co wiem to Eisenhower prosił ONZ o zakończenie wojny a jesli komus groził to Brytyjczykom. I nie „bez litości” tylko straszył że zaszkodzi funtowi