Świat

Stowarzyszenie dziadów, którzy kradną przyszłość

Efekt protestów w Kazachstanie jest taki, że wykrystalizowała się autorytarna strefa pod rządami klubu starców, którzy nie boją się mieć krwi na rękach. Warto pamiętać, że ta strefa zaczyna się na wschód od Polski.

Chociaż minęło już kilka dni od wydarzeń w Kazachstanie, to wciąż nie do końca wiadomo, do czego tam tak naprawdę doszło. Społeczny bunt? Zorganizowane zamieszki? Wojna klanów? A może rosyjska operacja, kto wie?

Nie wiadomo nawet, czy Nursułtan Nazarbajew żyje. Choć jego otoczenie stara się utrzymać takie poczucie (Łukaszenka twierdzi, że z nim rozmawiał), to stuprocentowych dowodów brak. Ełbasy (kaz. Ojciec Narodu) nie pojawia się publicznie, a w ciągu tych kilku gorących styczniowych dni krążyły najróżniejsze pogłoski o miejscu jego przebywania i stanie zdrowia.

Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew. Fot. Wikimedia Commons, CC0

Jedna z możliwych wersji wydarzeń jest taka, że prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew postanowił wykorzystać protesty, by rozprawić się z ciążącym mu z każdej strony dziedzictwem Nazarbajewa. To dziedzictwo to oczywiście kadry, przez które Nazarbajew kontrolował wszystkie kluczowe sektory państwa. Dlatego do protestujących mieli dołączyć uzbrojeni prowokatorzy, a zwyczajni mieszkańcy Ałmatów zaczęli bać się wychodzić na ulicę. Wtedy Tokajew z pomocą Kremla opanowuje sytuację, zwalnia namaszczonych przez Nazarbajewa urzędników i szefów służb. Wyrywa się na niepodległość, tyle że przy okazji popada w nową zależność – od Putina.

Podkreślam, że to tylko jeden z możliwych i bardzo skrócony scenariusz wydarzeń z niedalekiej przeszłości. Łatwo wskazać w nim wiele dziur i nieścisłości, ale w ciągu minionego tygodnia okazało się, że naprawdę niewiele jest osób, które posiadały naprawdę głęboki insight w wewnętrzne sprawy Kazachstanu. Spójna interpretacja wypadków nawet im przychodzi z trudem.

Ukraina (na chwilę) odetchnęła

Niezależnie od tego, jaki był dokładny przebieg wydarzeń, wiadomo trzy rzeczy: że w kraju panują społeczne niepokoje, władza w osobie prezydenta zdecydowała się poprosić o zewnętrzną interwencję i że giną ludzie.

Kasym Żomart-Tokajew na pomoc wezwał Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, która zrzesza kilka postsowieckich państw z Rosją na czele. Około 2,5 tysiąca żołnierzy, przede wszystkim rosyjskich, ale też z Armenii, Białorusi, Kirgistanu i Tadżykistanu udało się na tę prośbę do Kazachstanu, by pomóc siłom bezpieczeństwa w tłumieniu zamieszek. Konsekwencje tych wydarzeń i decyzji będą widoczne nie tylko w samym Kazachstanie, będą wpływały także na pozostałe państwa postsowieckie.

W Kazachstanie trwa ludowy bunt, który ma znacznie większy zasięg niż cała tamtejsza opozycja

Ulgę, choć krótkotrwałą, mogła poczuć Ukraina. Groźba działań wojennych, niekoniecznie na pełną skalę, ale i jakichś mniejszych incydentów wzdłuż jej granicy z Rosją, na chwilę się oddaliła. Kreml musiał nagle przenieść ciężar uwagi na granice południowe w azjatyckiej części.

Masowe protesty w Kazachstanie i ryzyko obalenia reżimu to duży problem dla Kremla. Z jednej strony, dlatego że Kazachstan dla Rosji to ważny partner geostrategiczny, to członek Unii Eurazjatyckiej, ale i rezerwuar ważnych postsowieckich sentymentów, takich jak poligon atomowy w Semipałatyńsku (dzisiaj miasto nosi nazwę Semej) czy kosmodrom Bajkonur. Z drugiej, w Kazachstanie wciąż żyje wielu Rosjan, głównie w jego północnej części. Gdyby nie prośba prezydenta Tokajewa, kto wie, być może Kreml i tak czułby się zmuszony do interwencji, właśnie w obronie tej rosyjskojęzycznej części kazachskiego społeczeństwa. Teraz można tylko gdybać, bo sytuacja szybko się odwróciła i potencjalne zagrożenie, które płynęło z Kazachstanu, stało się dla Rosji szansą.

Krater pozostały po próbach z bronią jądrową w dawnym Semipałatyńsku. Fot. CTBTO/Wikimedia Commons

Rosyjski kaganiec autorytaryzmu

Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym to sojusz wojskowy, który powstał krótko po rozpadzie ZSRR i w ciągu minionych 30 lat wielu zdążyło zapomnieć o jego istnieniu.

Obecnie ma sześciu członków: Rosję, Białoruś, Armenię, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan. Kilka państw, w tym Gruzja, w międzyczasie się z niego wypisało. W ramach sojuszu przeprowadzono trochę wspólnych ćwiczeń, powołano siły szybkiego reagowania, które nagle okazały się przydatne, kiedy odkurzono zapis o tym, że atak na jednego z członków organizacji będzie traktowany jak atak na całą organizację. Chodzi oczywiście o atak sił zewnętrznych, ale prezydent Tokajew szybko orzekł, że protestami, które mają na celu zniszczenie kazachskiej państwowości, sterowali wyszkoleni za granicą terroryści. Dowodów na to brak, o kraju pochodzenia terrorystów, ich celach i żądaniach nadal nic nie wiadomo.

Brama kosmodromu Bajkonur w południowym Kazachstanie. Fot. NASA/Bill Ingalls/flickr.com

Ale interwencja się odbyła. I tak jak trudno sobie wyobrazić NATO bez USA, tak OUBZ nie istniałaby, gdyby nie Rosja i jej armia. Dzięki interwencji w Kazachstanie Kreml pokazał, że jeśli chodzi o sprawy wojskowe, to działa szybko i sprawnie, gotowy nieść kaganiec autorytaryzmu wszędzie tam, gdzie go o to proszą (a potencjalnie i tam, gdzie wcale nie).

Na jakiś czas to może Rosję zaspokoić, bo dokonała prezentacji swojej decyzyjności i sił dużo mniejszym kosztem społecznym i politycznym niż gdyby zaatakowała Ukrainę. Przy okazji Rosja utwierdziła swoją strefę wpływów w tej części swojego postimperium.

W dającej się przewidzieć przyszłości aparat kazachskiej władzy musi pozostawać lojalny Kremlowi, bo w tej dość mglistej sytuacji wewnętrznej trudno wskazać na inne źródła legitymacji obecnej władzy niż Kreml właśnie. Podczas posiedzenia rady OUBZ w poniedziałek 10 stycznia Putin nie potrafił się zwrócić prawidłowo do Tokajewa, używał dziwacznego imienia i otczestwa. Wygląda na to, że włodarz Kremla nie bardzo wie, jak nazywa się prezydent Kazachstanu, i raczej nie będzie odczuwał już potrzeby, by się dowiedzieć.

Klub podłych autokratów w podeszłym wieku

Dla samego Kazachstanu to oczywiście dotkliwa przegrana. Wizerunek stabilnego, rozwijającego się gospodarczo kraju, który co prawda wiele łączy z Moskwą, ale jednak stara się prowadzić wielowektorową i życzliwą politykę wobec jej konkurentów/oponentów, zwłaszcza jeśli od nich mogą płynąć duże inwestycje (Chiny, USA, Holandia, Niemcy), wydaje się dzisiaj nie do odbudowania.

Nur-Sułtan, stolica Kazachstanu. Fot. Jussi Toivanen/flickr.com

Warto przypomnieć, że i z Polską łączyły Kazachstan przyjazne relacje. W 2016 roku Andrzej Duda przyjmował Nursułtana Nazarbajewa w Warszawie, podpisywano umowy o współpracy. Rok później polski prezydent pojechał do Kazachstanu z rewizytą. A w 2021 roku, jeśli wierzyć rzeczniczce Łukaszenki Natalii Ejsmont (a to jest trudne), to właśnie zaangażowanie Nazarbajewa doprowadziło do uwolnienia z białoruskiego więzienia trzech działaczek polskiej mniejszości. Ani polskie władze, ani oficjalni przedstawiciele Kazachstanu tego nie skomentowali, ale eksperci uważają, że do takiej dyplomatycznej gry mogło rzeczywiście dojść. Wszyscy partnerzy Kazachstanu, którym nie po drodze z Moskwą, będą musieli w najbliższym czasie poddać swoje stosunki z tym krajem rewizji i będą podchodzić do prezydenta Tokajewa i jego otoczenia z dużą rezerwą, dostrzegając za nim wyraźny cień Kremla.

W ten sposób Rosja skonsolidowała spory kawałek tego, co uważa za sferę swoich interesów, czyli byłego ZSRR. To znamienne, że w interwencji wzięła udział Armenia, gdzie rządzi obecnie Paszynian, który sam do władzy doszedł na fali masowych protestów. Armenia nie ma jednak żadnego pola manewru, Rosja jest dla niej jedynym gwarantem bezpieczeństwa. Chociaż jednocześnie należy przypomnieć, że siły OUBZ nie paliły się do interwencji, kiedy w 2020 roku wznowił się konflikt z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Tę wojnę Armenia przegrała i jej obecnego udziału w interwencji w Kazachstanie nie da się rozpatrywać inaczej niż upokorzenie ze strony Kremla, który przypomina Paszynianowi o jego miejscu w szeregu.

Pieniążek: Armenia i Górski Karabach chciały toczyć XX-wieczną wojnę, a Azerbejdżan przyszedł z XXI-wieczną

Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym utwierdziła się jako klub podłych autokratów w podeszłym wieku, którzy są gotowi korzystać z wzajemnej pomocy swoich armii, by jak najdłużej trwać przy władzy i pieniądzach. Rosyjski skrótowiec ОДКБ rozszyfrować można także jako Stowarzyszenie Dziadów, którzy Kradną Przyszłość.

Ale nie wszystkie wnioski z ostatnich dni są tak optymistyczne dla tego klubu starców. Właśnie dlatego, że są starzy, a nikt w końcu nie jest wieczny, wszystkie inne elementy zbudowanych przez nich i wokół nich systemów będą jeszcze silniej trawione lękiem o przyszłość po ich śmierci.

Gdy w Rosji pojawił się pomysł, by wyzerować kadencje Putina, to wynikało to nie tyle z jego żądzy władzy i płynących z niej profitów, ile z lęku przed tym, co się wydarzy, gdy zabraknie go jako zwornika systemu. Obrazki z płonącymi budynkami w Ałmatach dają jedną z potencjalnych odpowiedzi. W stabilność autorytaryzmu wpisane jest to trzęsienie ziemi, które może się wydarzyć, gdy w systemie zachodzi ważna zmiana.

Kazachstan płonie z powodu nierówności, ale majątek elit jest bezpieczny. W Londynie

Nagły, ale zorganizowany z wielką pompą transfer władzy w Kazachstanie, do którego doszło w 2019 roku, był rozpatrywany jako potencjalny model dla autorytarnych systemów Rosji i Białorusi. Nazarbajew odszedł na drugi plan, przekazał władzę, ale utrzymał kontrolę, system się nie rozpadł, państwo utrzymało kurs i sterowność. Wystarczyło kilka styczniowych dni tego roku, by okazało się, że to wszystko pozory. Idealnego i bezpiecznego przejścia nie ma.

Dlatego trudno dzisiaj uwierzyć w to, że Aleksander Łukaszenka odda władzę w wyniku zapowiadanej reformy konstytucyjnej. Zwłaszcza że na wspomnianym już spotkaniu rady OUBZ stwierdził, że teraz już wie, co zrobił źle w 2020 roku. Nie poprosił o pomoc OUBZ!

Podobnie w Rosji problem przejęcia władzy, który dojrzewa jako największe wyzwanie na najbliższe lata, nie znajduje rozwiązania. Kazachstan dostarcza jedynie argumentów przeciwko, ale cóż, śmierć jest nieuchronna. Wojska sąsiednich autorytarnych państw mogą odgrywać rolę akuszera w przypadku takich zmian i przykład Kazachstanu to pokazał. Ale w Rosji nawet bratnia interwencja OUBZ nie pomoże, bo jeśli trzęsienie ziemi zacznie się w Rosji, to nie będzie OUBZ.

Przygotowanie transportu z kazachskim uranem przeznaczonym do produkcji paliwa do elektrowni atomowej. Fot. Katy Laffan/IAEA/flickr.com

Obalić nieobalalne

Zmiana lidera w autorytarnie rządzonym państwie to równocześnie okazja dla tych, którzy niecierpliwie czekają na nowy podział dóbr i zasobów. I dla społeczeństw, które przecież nie są ślepe i głupie. Kiedy państwo przestaje wywiązywać się ze swojej części umowy, to wszystko może stać się iskrą zapalną.

Dla zmęczonych i rozczarowanych społeczeństw, takich państw jak właśnie Białoruś, Rosja też nie ma zbyt dobrych wieści. Kiedy w Kazachstanie zaczynały się protesty, tłumy zaczęły przejmować budynki państwowe i obalono nawet pomnik Ełbasy, można było usłyszeć wiele komentarzy, że tak właśnie trzeba, że Kazachowie nie popełniają błędów Białorusinów, którzy uwierzyli w miraż pokojowej rewolucji, śpiewali kołysanki i zdejmowali buty, wchodząc na ławeczki.

Ale rezultat obu tych protestów, mimo dramatycznie różnych przebiegów, jest podobny, jeśli nie identyczny. Autorytarna władza zostaje, a Rosja umacnia swoje wpływy. Autorytarne reżimy wykazują się dużą odpornością, politolodzy coraz częściej formułują zbitkę new resilience of authoritarian regimes. Dość wyraźnie krystalizuje się więc pytanie, co może zrobić niezadowolone i pragnące zmian społeczeństwo? Jak obalić, skoro nie da się obalić? Czy tylko śmierć nas wyzwoli?

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.
Zamknij