Czytaj dalej, Kultura, Świat

Między Zuckerbergiem a Putinem. O czym opowiada Harari

To uderzająca cecha opowieści Harariego: łatwiej mu sobie wyobrazić technologie, które zastąpią lekarzy i wybiorą za nas optymalny kierunek studiów, niż demokratyczne reformy, które sprawią, że nasza przyszłość nie będzie zależała tylko od odruchów serca władców internetu.

Izraelski historyk Yuval Noah Harari jest dziś jednym z najbardziej znanych intelektualistów na świecie. Sławę przyniosła mu wydana w 2011 roku książka Sapiens. Od zwierząt do bogów, która stała się globalnym bestsellerem, podobnie jak jego dwie kolejne publikacje Homo deus. Krótka historia jutra (2016) i 21 lekcji na XXI wiek (2018).

Dlaczego Harari zyskał status gwiazdy? Najprostsza, choć nie jedyna odpowiedź brzmi: bo zaspokaja głęboką ludzką potrzebę – potrzebę tworzenia opowieści.

Ludzie to ich opowieści

Świat jest skomplikowanym miejscem, codziennie dzieją się na nim tysiące rzeczy. Żaden człowiek nie jest w stanie ogarnąć ich wszystkich. Co więcej, zetknięcie z choćby drobną częścią tych wydarzeń może łatwo wywołać wrażenie wszechogarniającego chaosu. Opowieści pozwalają się z tym uporać. Pełnią zarazem funkcję filtra – pewne wydarzenia podnoszą do rangi istotnych, inne usuwają z pola widzenia – jak i funkcję porządkującą: pomagają połączyć te wydarzenia w spójną historię. Dlatego tworzymy opowieści o własnym życiu, ale także o życiu wspólnot, do których należymy.

Kiedy na Wiejskiej zasiądą awatary? [rozmowa z Aleksandrą Przegalińską]

Jak podsumował kiedyś Odo Marquard, „ludzie to ich opowieści”, bez nich „umieramy na uwiąd narracji”. Niemiecki filozof dodawał od razu: „Opowieści te jednak muszą być opowiedziane”. Co znaczy, że każde społeczeństwo potrzebuje – by odkurzyć rzadko już dziś używane słowo – opowiadaczy. Ludzi tworzących i popularyzujących tego rodzaju narracje. Dziś taką rolę odgrywają między innymi osoby pokroju Harariego.

To nie przypadek, że książka, która uczyniła z izraelskiego historyka światową gwiazdę, dotyczyła tematu rozwoju ludzkości: od społeczności łowców i zbieraczy po rozważania o potencjalnej przyszłości naszego gatunku. To jedna z tych struktur narracyjnych, które cieszą się niesłabnącą popularnością: cofnąć się do naszej prehistorii, by odkryć tam – prawdziwe bądź zmyślone – najgłębsze cechy człowieczeństwa, a następnie wywieść z tych rozważań przewidywania dotyczące dalszej ścieżki rozwoju ludzkości. Wcześniej po podobne opowieści sięgali między innymi Thomas Hobbes (wszyscy jesteśmy z natury egoistyczni) i Jean-Jacques Rousseau (człowiek przed wprowadzeniem własności prywatnej był szlachetniejszą istotą).

Sam Harari doskonale zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Książka 21 lekcji na XXI wiek rozpoczyna się od rozważań nad rolą opowieści w historii naszego świata. „Ludzie myślą raczej za pomocą opowieści, a nie faktów, liczb czy równań” – pisze.

Czy w metawersum obowiązuje kodeks pracy?

czytaj także

Czy w metawersum obowiązuje kodeks pracy?

Valerio De Stefano, Antonio Aloisi i Nicola Countouris

Jego zdaniem przez ostatnie sto lat mieliśmy opowieść, która sprawdzała się całkiem nieźle. Nazywa ją opowieścią liberalną, choć słowo to rozumie bardziej w znaczeniu, jakie nadaje mu się często w Stanach Zjednoczonych. Chodzi o połączenie wolności obywatelskich, umiarkowanie regulowanego globalnego rynku i zabezpieczeń socjalnych – wszystko to opakowane w narrację o postępie ludzkości, przezwyciężaniu narodowych murów i rozwoju gospodarczym.

Ta opowieść, uważa Harari, nie jest już tak przekonująca jak kiedyś, trzeba ją więc albo zaktualizować, albo zastąpić inną. Sam nie odpowiada wprost, która z tych możliwości jest lepsza, ale w 21 lekcjach pisze, na jakiego rodzaju wyzwania musiałaby taka nowa opowieść odpowiedzieć. I jednocześnie tworzy jej zarysy.

Niewidzialne problemy

Skoro każda opowieść jest rodzajem filtra, warto zadać sobie pytanie, jakie problemy i dylematy wydobywa Harari na pierwszy plan, a jakie spycha w cień.

Izraelski historyk skupia się na Wielkich Wyzwaniach XXI wieku – głównie tych związanych z rozwojem sztucznej inteligencji i bioinżynierii. Stąd większość jego rozmyślań ma wymiar wręcz filozoficzny, dotyczy pytań podstawowych: co z naszą wolnością, z naszym człowieczeństwem, z przyszłością naszego gatunku? Harari ma co najmniej kilka ciekawych spostrzeżeń w każdej z tych kwestii. Na przykład, gdy zastanawia się nad tym, jakie mogą być skutki zastosowania bioinżynierii w świecie rosnących nierówności społecznych:

„I niewykluczone, że postęp w dziedzinie biotechnologii umożliwi przełożenie nierówności ekonomicznej na nierówność biologiczną. Bogacze w końcu otrzymają coś naprawdę interesującego, na co będą mogli przeznaczać swe niewiarygodne majątki. […] Jeśli nowe terapie służące przedłużeniu życia oraz udoskonalaniu naszych zdolności fizycznych i poznawczych okażą się kosztowne, ludzkość może się podzielić na biologiczne kasty”.

Morozov: Neoliberalizm na google’owskich sterydach

To podejście ma jednak także skutki uboczne. Filtr zastosowany przez Harariego sprawia, że autor Homo deus często omija te problemy, w przypadku których stawka filozoficzna jest może i mniejsza, ale są one za to realniejsze i pilniejsze z politycznego punktu widzenia.

Dobrze to widać, gdy słynny historyk pisze o algorytmach i sztucznej inteligencji. W jednym z tekstów snuje wizję świata, w którym algorytmy Google i Amazona są w stanie stworzyć niemal idealny obraz naszej osobowości. Do tego stopnia, że mogą stwierdzić lepiej niż dana osoba, jaki wybór studiów, pracy czy hobby byłby dla niej optymalny.

„Z chwilą gdy sztuczna inteligencja stanie się lepsza od nas w podejmowaniu decyzji w sprawie naszej kariery, a może nawet naszych związków, będzie się musiało zmienić nasze pojęcie ludzkości i życia” – pisze Harari.

Tylko że zanim zaczniemy się zastanawiać nad naszym pojęciem ludzkości, warto zadać przyziemniejsze pytanie. Czy w ogóle chcemy świata, w którym prywatne firmy, takie jak Google, mogą gromadzić tak ogromne ilości danych? I czy mając do dyspozycji wszystkie te wysublimowane algorytmy, rzeczywiście wykorzystywałyby je do udzielania nam jak najlepszych rad? Czy nie wolałyby raczej udzielać takich rad, które dają największą szansę zarobienia na nas? Obecny rozwój wypadków pokazuje, że giganci internetowi wprowadzają „usprawnienia” z myślą o monetyzacji naszych zachowań, a nie z troski o nasz dobrostan.

Dlatego realniejsza wydaje się wizja zarysowana przez Aza Raskina z Center for Humane Technology. Jak tłumaczy w książce Stolen Focus napisanej przez szwajcarsko-brytyjskiego dziennikarza Johanna Hariego:

„Google mógłby przeczytać wszystkie twoje wiadomości wysłane przez Gmaila, opracować algorytm, który doskonale naśladuje twój styl, a następnie sprzedać go reklamodawcom. O niczym nie wiesz, ale zaczynasz dostawać reklamy, które są bardzo perswazyjne, bo brzmią jak ty”. Albo „mógłby przejrzeć twoje wiadomości, zobaczyć, na które odpowiadasz szybko i pozytywnie, i nauczyć się ich stylu”.

Nie znaczy to, że Harari zupełnie pomija problemy społeczne związane z rozwojem technologii. W jednym z tekstów zastanawia się na przykład nad tym, czy rozwój techniczny doprowadzi do masowego bezrobocia. Wspomina nawet o bezwarunkowym dochodzie podstawowym jako możliwej odpowiedzi na taki rozwój wypadków – to jeden z niewielu przypadków, gdy w rozważaniach Harariego pojawiają się nie tylko innowacje technologiczne, ale też polityczne. Jednak nawet w tym tekście uwidaczniają się niedostatki zastosowanego przez niego filtra. Znowu, uwaga historyka kieruje się na Wielkie Problemy, a gdzieś umykają polityczne wyzwania, które na dziś zdają się pilniejsze.

Roboty opodatkują Billa Gatesa

czytaj także

Harari pisze, że te same algorytmy, które mogą wypchnąć z pracy miliony ludzi, dają jednocześnie szansę na niebywały postęp:

„Dzięki uczącym się algorytmom i czujnikom biometrycznym biedna wieśniaczka ze słabo rozwiniętego kraju będzie mogła korzystać z dużo lepszej opieki medycznej za pośrednictwem smartfona niż ta, którą cieszy się dziś najbogatszy człowiek na świecie w najnowocześniejszym miejskim szpitalu”.

Nasuwa się pytanie: nawet jeśli rozwój techniczny rzeczywiście pójdzie tak daleko, a przepowiednie o masowym bezrobociu okażą się dalece przesadzone, to czy praca wykonywana przez tę wieśniaczkę byłaby w stanie zapewnić jej dochody wystarczające do korzystania z tego rodzaju urządzeń i usług? Przykład pandemii pokazał doskonale, że imponujące tempo wytwarzania nowych szczepionek to jedno, a udostępnienie ich szybko i w odpowiednich ilościach biednym krajom globalnego Południa – to zupełnie inna kwestia. Innymi słowy, sam rozwój nie oznacza jeszcze równomiernego rozprowadzenia jego owoców po całym świecie.

Więcej wyobraźni politycznej

Trudno oprzeć się wrażeniu, że to lekceważenie podstawowych pytań społeczno-politycznych wiąże się z tym, że filtr Harariego ma jeszcze jedną niepokojącą konsekwencję: izraelski historyk lubi pisać o nowych technologiach, ale znacznie mniej uwagi poświęca korporacjom, które mają do nich prawo i które na nich zarabiają.

Wspomina gdzieniegdzie o Google’u, Facebooku czy Amazonie. Czasami nawet krytycznie, na przykład wtedy, gdy opisuje pokrótce skandal z Cambridge Analytica, w który była zamieszana firma Zuckerberga. Niestety, te wątki pojawiają się na marginesie, a Harari nie wyciąga z nich istotniejszych wniosków. Niby przestrzega, do czego korporacje mogą wykorzystać algorytmy, by zaraz potem zachęcać nas do trzymania za nie kciuków. Jak wtedy, gdy pisze:

„Jeśli Facebook ma zamiar naprawdę zaangażować się ideologicznie w budowanie ludzkich społeczności, to ludzie obawiający się jego władzy nie powinni wpychać go z powrotem do korporacyjnego kokonu, podnosząc krzyk »Wielki Brat!«. Zamiast tego powinniśmy namawiać inne korporacje, instytucje i rządy, by rywalizowały z Facebookiem i same przejawiały podobne zaangażowanie na poziomie idei”.

Jak miliarderzy ukradli nam postęp

Albo: „Skoro narasta globalna nierówność i nasilają się społeczne napięcia na całym świecie, to może Mark Zuckerberg powinien zaapelować do dwóch miliardów swoich znajomych, by połączyli siły i razem coś zrobili”?

Wiara w społeczną odpowiedzialność biznesu i w to, że Zuckerberg poprowadzi nas w świetlaną przyszłość, jest cokolwiek naiwna. Bliżej jej do kapitulacji politycznej niż realnego scenariusza rozwiązania naszych problemów.

Najlepszym przykładem tej kapitulacji jest to, że Harari swoje krótkie rozważania o możliwych zagrożeniach stwarzanych przez cyfrowych gigantów kończy następującą puentą: „Przynajmniej obecnie, w marcu 2018 roku, wolałbym udostępnić swoje dane raczej Markowi Zuckerbergowi niż Władimirowi Putinowi”.

Czy to naprawdę cały nasz wybór? Albo miliarder władający naszymi danymi prywatnymi, albo zbrodniczy dyktator? Czy nie ma żadnych innych rozwiązań – czegokolwiek bardziej w duchu demokracji? To już Unia Europejska próbująca uregulować cyfrowe korporacje ma prawdopodobnie więcej wyobraźni politycznej.

Harari zdaje się w ogóle nie zauważać możliwości podjęcia działań politycznych w tej sferze.

Kiedy przyznaje w jednym z tekstów, że władze państwowe i korporacje mogą wykorzystywać algorytmy do „hakowania” nas, udziela rozbrajającej rady: „musisz być szybszy od algorytmów, szybszy od Amazona i władz państwowych – musisz poznać samego siebie, zanim oni to zrobią”.

Rada, że moglibyśmy się zmobilizować politycznie, by nie dopuścić do tego, żeby ktokolwiek miał nad nami taką władzę, nie przychodzi mu do głowy. Mamy się dostosować do świata, nie go zmieniać.

To uderzająca cecha opowieści snutej przez Harariego: łatwiej mu sobie wyobrazić stworzenie algorytmów, które zastąpią prawdziwych lekarzy i będą wybierały za nas kierunki studiów, niż demokratyczne reformy, które ukrócą władzę korporacji i sprawią, że nasza przyszłość nie będzie zależała tylko od odruchów serca Zuckerberga i mu podobnych miliarderów.

Žižek: Cyfrowe państwo polityczne

Być może nie jest to tylko cecha pisarstwa Harariego, ale symptom ogólniejszego kryzysu wyobraźni politycznej, z jakim się zmagamy od co najmniej kilkudziesięciu lat.

Harari ma rację, gdy podkreśla, że potrzebujemy nowej opowieści na XXI wiek – takiej, która uwzględni nowe wyzwania. I wiele z opisanych przez niego tematów jest rzeczywiście wartych refleksji, choćby w ramach filozoficznych eksperymentów myślowych. Niemniej ta opowieść będzie krucha, jeśli refleksja polityczna będzie w niej zredukowana do minimum, a cała nasza sprawczość zostanie sprowadzona głównie do indywidualnych sposobów radzenia sobie ze światem.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz S. Markiewka
Tomasz S. Markiewka
Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książek „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017), „Gniew” (2020) i „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat” (2021). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.
Zamknij