Kaja Puto: Mieszkańcy warszawskiego Muranowa, szczególnie ci starsi, obawiali się powstania Muzeum Żydów Polskich POLIN. W 2013 roku w spokojnej, raczej emeryckiej dzielnicy mieszkaniowej pojawił się budynek muzeum, a wraz z nim – zagraniczne wycieczki, smrodzące autokary, kolejki w sklepach.
Ewa Chomicka: Początki nie były łatwe, bo POLIN to potężny gmach, który „zawłaszczył” mieszkańcom sporą część zielonego, centralnego dla dzielnicy skweru, przez lata służącego im jako miejsce do spacerów z psem czy opalania. Budowa rozpoczęła się w 2009 roku – to nie były czasy konsultacji społecznych, nikt nie pytał mieszkańców o zgodę czy chęć. Co gorsza, budynek otoczony był przez kilka lat budowy wysokim płotem.
Druga sprawa to tematyka poruszana przez muzeum. Choć obejmujemy tysiąc lat historii Żydów polskich, na początku byliśmy postrzegani przez warszawiaków przede wszystkim jako muzeum Holokaustu. Miejsce opowiadające o trudnej, mrocznej historii, niekojarzone z wypoczynkiem – w opozycji do pierwotnej funkcji skweru.
Mieszkałam na Muranowie przez kilka lat i chyba jestem w stanie zrozumieć, o co chodzi. Pagórek skrywający szczątki Mordechaja Anielewicza, przywódcy powstania w warszawskim getcie, był dla mnie jak ogródek – przychodziłam tam poczytać książkę, zapalić papierosa. Ale na widok izraelskiej wycieczki zrywałam się na nogi w obawie, że moja obecność może kogoś urazić.
Jakub Woźniak: Nikt nie lubi mieszkać na cmentarzu. Żydowska Dzielnica Północna, która funkcjonowała tu przed wojną, zniknęła z powierzchni Ziemi. A powojenny Muranów był praktycznie pozbawiony śladów przeszłości. Naszych sąsiadów niepokoiło to, że muzeum będzie przypominać tę tragiczną i wypartą historię. Dlatego od samego początku staraliśmy się ich z nią oswajać. Pokazywać, że POLIN to nie tylko pamięć o morzu gruzów i getcie, że to dużo dłuższa i wielowymiarowa historia, która mieści bliższe nam i naszej misji hasło: „muzeum życia”.
EC: To zresztą kontynuacja architektonicznej idei Bohdana Lacherta, który zaprojektował Muranów jako „dzielnicę życia”. To osiedle – jedno z pierwszych wybudowanych po wojnie – miało być zielone, jasne, komfortowe. Miało być miejscem społecznym i wspólnotowym, a jednocześnie pomnikiem trudnej historii pogrzebanej w podziemiach.
Jak więc oswajaliście mieszkańcom POLIN?
EC: Zaczęliśmy to robić jeszcze przed budową muzeum. W 2006 roku na skwerze Willy’ego Brandta stanął „ohel”, co po hebrajsku oznacza namiot. Miejsce to zapowiadało muzeum, ale też zachęcało mieszkańców do opowiadania tzw. mikronarracji, czyli osobistych historii związanych z historią tego miejsca, które zaprezentowaliśmy później w formie wystawy plenerowej. Powstające muzeum budziło obawy, ale również zainteresowanie.
Gdy budynek otworzył się w 2013 roku dla publiczności, nie było jeszcze stałej wystawy.
EC: Ta powstała dopiero w 2014 roku. Ale jeszcze przed jej otwarciem do skrzynek pocztowych naszych sąsiadów i sąsiadek trafiły zaproszenia na dni otwarte muzeum. W holu głównym podczas otwarcia budynku powstał „las idei” – instalacja z drewnianych patyczków, które wspierały ścianę krzywoliniową w holu głównym, architektoniczny znak rozpoznawczy instytucji – i na których można było zawiesić życzenia czy oczekiwania względem muzeum i wspólnej przyszłości. Na stałą wystawę zaprosiliśmy sąsiadów i sąsiadki jeszcze przed jej oficjalnym otwarciem. Chcieliśmy, żeby byli pierwszymi gośćmi muzeum, żeby czuli, że są dla nas ważni, nie mniej niż goście z zagranicy.
Zachęcaliśmy szczególnie starsze osoby, by dzieliły się z nami swoimi wspomnieniami z wojennych i powojennych czasów. Organizowaliśmy spektakle i wykłady performatywne z udziałem osób sąsiedzkich, na których dziewięćdziesięciolatka ze swoją opowieścią i historią mogła spotkać się z muranowskim nastolatkiem. Niektórzy przychodzili , bo interesowała ich historia Muranowa, inni trafiali do nas przypadkiem. Podejście to – zainteresowanie lokalnymi opowieściami, pamięcią naszych sąsiadów – towarzyszyło nam przez kolejne lata funkcjonowania muzeum. Budowa tych relacji trwała lata, bo nie można powiedzieć, że mieszkańcy Muranowa przełamali lęk przed wejściem do POLIN, jak tylko zostały zdjęte płoty ogradzające miejsce budowy.
Płotów już nie ma, ale na wejściu widzów wita kontrola bezpieczeństwa, przypominająca tę na lotnisku. To nie jest w polskich muzeach standardem i wywołuje poczucie wyobcowania.
EC: Osobiście miałam w związku z tym wiele dylematów – z pewnością nie ułatwiało to budowania relacji, a wręcz stawiało dodatkową barierę. Ale w ostatniej dekadzie w muzeach żydowskich na całym świecie miało miejsce wiele incydentów – do najgłośniejszych należał zamach terrorystyczny w Brukseli. Zrozumiałam, że jest to konieczne. Staramy się ogrywać te bramki w aktywistyczno-artystyczny sposób – zagrały one na przykład w spektaklu o wolności, jaki zrobiłyśmy z Teatrem 21.
JW: Bazowaliśmy na doświadczeniach podobnych, nowoczesnych instytucji na całym świecie. Smutna historia ostatniej dekady nie sprawia oczywiście, że przejście przez bramki stało się przyjemniejsze dla publiczności. Ale z drugiej strony, coraz więcej ludzi rozumie, że żyjemy w niestabilnym, pełnym napięć świecie, i że wymaga to stosowania niekiedy uciążliwych środków bezpieczeństwa. Staramy się przy tym robić wszystko, żeby proces przechodzenia przez bramki był możliwie przyjazny i profesjonalny.
A nie wydaje wam się, że te wyjątkowo wysokie standardy bezpieczeństwa są przeszkodą dla polsko-żydowskiego dialogu? Nie chcę przez to zaprzeczać długiej historii polskiego antysemityzmu ani dyskutować z traumą, z którą żyją miliony Żydów. Jednak mieszkańcy Muranowa czy krakowskiego Kazimierza czują się dotknięci, gdy widzą, że szkolne wycieczki z Izraela odwiedzają ich w towarzystwie ochroniarza. Nie trzeba być antysemitą, by skojarzyć to z polityką historyczną Benjamina Netanjahu, nie mniej paranoiczną niż ta w wykonaniu naszej prawicy.
JW: Sposób, w jaki wycieczki izraelskiej młodzieży poruszają się po Polsce, regulują umowy międzynarodowe – nie mamy na to wpływu. Nie zainspirowało nas to również do postawienia w muzeum bramek, o powodach mówiliśmy przed chwilą. Zachęcamy natomiast operatorów tych wycieczek, by odwiedzali muzeum POLIN. Nasza wystawa opowiada tysiąc lat historii Żydów w Polsce i nie redukuje jej do tych najtragiczniejszych lat.
EC: Muzeum organizowało też przez lata projekty na rzecz dialogu polskiej i izraelskiej młodzieży. Wychodziły wspaniale, choć trzeba pamiętać, że do takich projektów zgłaszają się głównie osoby, które są z gruntu otwarte na inną perspektywę.
Zagraniczni turyści – nie tylko z Izraela – to druga po mieszkańcach Muranowa grupa, do której adresujecie swoje działania.
JW: Jest tych grup znacznie więcej. Mamy lokalną społeczność Muranowa, później Warszawę i jej okolice. Następnie turystów z Polski i, rzecz jasna, polskich Żydów. Odwiedzają nas również turyści zagraniczni, w tym turyści żydowscy. Proporcja widzów polskich do zagranicznych jest zmienna w ostatnich latach – od 70 do 30 na korzyść odwiedzających z Polski, do mniej więcej pół na pół.
Wyjeżdżamy też w kraj, na przykład z projektem Muzeum na kółkach. Od pandemii prowadzimy również program online. Zdarza się, że działamy międzynarodowo – organizujemy koncert w Izraelu albo Nowym Jorku. Ogromną akcją, która skleja te wszystkie społeczności, jest Akcja Żonkile, czyli upamiętnienie 19 kwietnia, rocznicy powstania w getcie warszawskim. Tradycja opowiadania o tym pierwszym miejskim zrywie w okupowanej Europie wypączkowała właśnie ze skali lokalnej, muranowskiej, do ogólnopolskiej, a dziś właściwie globalnej.
EC: Muzeum prowadzi też działania dla aktywistów i aktywistek, które indywidualnie w swoich społecznościach działają na rzecz kultywowania pamięci – to dla nich powstała Nagroda POLIN. Ważną grupą są również mniejszości, z którymi współdziałamy, na przykład ukraińska czy romska. Są też specjalne programy wspierające osoby artystyczne i think-tanki sieciujące osoby pracujące w innych muzeach i galeriach, które są otwarte na eksperymentalne myślenie i wzajemną inspirację.
W ostatnich latach POLIN dało się poznać jako muzeum zaangażowane – na przykład w pomoc uchodźczyniom po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.
JW: Wraz z operatorem naszej restauracji zorganizowaliśmy projekt Kuchnia dla Ukrainy – dostarczaliśmy żywność dla mam z dziećmi.
EC: Jak również rezydencje dla osób artystycznych z Ukrainy.
JW: Podobnie jak w całej Polsce, wybuch wojny wywołał u nas odruch wsparcia. Poza tym mieliśmy osobiste kontakty z naszymi przyjaciółmi z Ukrainy. Imperialna wojna Rosji rezonuje z demonami przeszłości, o których opowiadamy na co dzień – zwłaszcza że Rosja fałszywie gra w niej kartą historyczną. Mamy w zespole osoby narodowości ukraińskiej, nasze koleżanki i koledzy mierzą się z tą traumą bezpośrednio.
Wreszcie, uważamy, że taka jest rola współczesnych instytucji kultury – zabierać głos, bo trzeba, bo dotyka to naszej społeczności, bo sami jesteśmy wojną dotknięci.
EC: Podobnie było zresztą w pandemii. Wybuchła, gdy przygotowywaliśmy się do wystawy Tu Muranów – wystawy o sąsiedztwie, bliskości, byciu razem. Jej otwarcie było wielokrotnie odraczane przez to globalne doświadczenie, które na jakiś czas zniosło bliskość. Kombinowaliśmy, jak ją odzyskać, na przykład przez projekty artystyczno-społeczne, które szybko reagowały na zmieniające się obostrzenia i przybierały formułę online, hybrydową, bądź tę wyczekaną, bezpośrednią.
A potem wydarzył się 7 października 2023 roku – atak Hamasu na Izrael.
JW: Wpłynął na naszą działalność znacznie silniej niż inne globalne kryzysy, chociaż nie mamy bezpośrednich związków z państwem Izrael, jak niektóre żydowskie muzea na świecie. Jednak Izrael jest dla nas niezwykle istotnym miejscem. Na poziomie historycznym – bo było to państwo częściowo zakładane przez polskich Żydów, ukształtowane przez polski ruch syjonistyczny oraz wojennych i powojennych uchodźców, ale również na poziomie emocjonalnym, bo część osób pracujących w muzeum i naszej społeczności ma rodziny i przyjaciół w Izraelu.
Jednocześnie dotyka nas antysemityzm. Nie chcę przez to powiedzieć, że antysemityzmem jest krytyką działań Izraela w Strefie Gazy – jednak cała ta sytuacja ośmieliła antysemitów, uczyniła ich agendę wypowiadalną w debacie publicznej. Oczekuje się od nas, że będziemy odpowiadać za działania i politykę Izraela – zapewne dlatego, że jesteśmy rozpoznawalni jako żydowska instytucja w Polsce, podczas gdy jesteśmy polską instytucją kultury opowiadającą historię społeczności Żydów polskich głównie nieżydowskim odbiorczyniom i odbiorcom.. Zdarzyło się również, że któraś z zewnętrznych firm współpracujących odmówiła nam swoich usług, manifestując w ten sposób sprzeciw wobec polityki Izraela. Dodajmy, że większość zespołu to nie są osoby żydowskie.
Do takiego stanu rzeczy znacząco przyczyniło się państwo Izrael, dokonując zbrodni wojennych na Palestyńczykach.
EC: Bez dwóch zdań. Chciałabym to wyraźnie powtórzyć: nie uważamy, że krytyka państwa Izrael za działania w Gazie jest przejawem antysemityzmu.
JW: Chociaż osoby, które krytykują Izrael za to, co robi w Gazie, również potrafią być antysemitami.
Jednak wasza krytyka tych działań nie wybrzmiewa dziś głośno. Nie stajecie po stronie palestyńskich ofiar tak, jak stanęliście po stronie tych ukraińskich. Dyrekcja POLIN wydała kilka oświadczeń, w których pojawia się wątek współczucia cywilnym ofiarom tego konfliktu, jednak każde zaczyna się od wspomnienia 7 października – jakby w roli usprawiedliwienia tego masowego cierpienia.
JW.: Porównanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego do rosyjsko-ukraińskiego jest nieuczciwe na wielu poziomach, choćby wobec Ukrainy, bo władze Ukrainy nie rozpoczęły tej wojny od ataków terrorystycznych na Rosję. A 7 października powraca, bo w istocie zapoczątkował tę aktualną fazę konfliktu. Był traumatycznym wydarzeniem dla całej społeczności żydowskiej, w tym wielu naszych pracowników i przyjaciół. W wyniku ataku bojowników Hamasu porwany został i zginął nasz bliski współpracownik, Alex Dancyg, orędownik dialogu izraelsko-palestyńskiego. .
EC: 7 października nie jest usprawiedliwieniem dla działań Izraela. Ale jest historycznym faktem, którego nie możemy unieważnić. Ofiary 7 października były realne. Ofiary palestyńskie w Gazie są realne. Ważne, żeby podkreślać skalę dysproporcji, by to zestawienie nie stawało się nadużyciem. Skala tego konfliktu, spirali przemocy, śmierci i cierpienia ludności cywilnej w Gazie wywołuje rozpacz i słuszny sprzeciw. Z perspektywy takiej placówki jak nasza – polskiej instytucji zajmującej się historią i współczesnością mniejszości żydowskiej w Polsce – ta wojna przełożyła się też na realne wyzwania tu, w Polsce. Jak mówił Kuba, niechęć do rządu Izraela zaczęła być przekładana na całą diasporę żydowską. Również bardzo niejednorodną w swoich ocenach polityki Izraela, nieraz bardzo krytyczną. Ale w debacie publicznej dochodzą do głosu skróty myślowe, język polaryzacji. Wzrost antyżydowskich nastrojów, wykluczenia, zerwane współprace budzą wśród polskich Żydów i Żydówek uzasadniony lęk, którym w oczywisty sposób chcemy również się opiekować.
Ważne jest chyba też to, że oświadczenia dyrekcji odwzorowują różnorodność postaw w samym muzeum. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że w Strefie Gazy dzieje się zło, które należy nazwać złem i dyrektor również o tym mówił. Jednak w interpretacji wielu szczegółów tego konfliktu jesteśmy podzieleni. Podam przykład: ja jako osoba prywatna nazywam działania Izraela w strefie Gazy ludobójstwem, dla części osób pracowniczych to nadużycie.
JW: Sprawa budzi tak wiele emocji, że potrzebowaliśmy osobnego kanału wymiany, w którym możemy siebie posłuchać, wszystko z siebie wyrzucić, podzielić się swoimi doświadczeniami i perspektywami. Organizowaliśmy na ten temat wewnętrzne spotkania całego, z czynnym udziałem dyrekcji muzeum. Dyskutujemy, spieramy się i wyrażamy otwarcie swoje indywidualne opinie i uczucia. Moim zdaniem bez tej synergii nie da się robić muzeum.
Przed 7 października były jednak dekady okupacji Strefy Gazy i blokada palestyńskich dążeń do niezależności. Nie chcę w ten sposób usprawiedliwiać zbrodni dokonanych przez bojowników Hamasu – jednak to również historyczne fakty, które układają się w ciąg przyczyno-skutkowy.
EC: Przez lata mówiliśmy sobie, że nie zajmujemy się bieżącą polityką Izraela, tylko historią żydowską i współczesnym życiem żydowskim w Polsce – ale ta polityka po 7 października nas dopadła i stała się permanentnym elementem naszego funkcjonowania.
JW.: Część naszego programu poświęcamy na wyjaśnianie złożoności sytuacji na Bliskim Wschodzie – podcasty, debaty, konferencje naukowe. Nie chodzi o fałszywe symetryzowanie, ale fakty, na podstawie których odbiorcy będą mogli wyrobić swoje własne zdanie. Strony mają dwie wykluczające się narracje i obie znajdą argumenty, by stworzyć ciąg przyczynowo-skutkowy tłumaczący przemoc. A ona nigdy nie jest rozwiązaniem – oddala nas od jedynego możliwego sposobu na zakończenie konfliktu, czyli negocjacji i porozumienia.
Słuchaj podcastu:
Obrazy ze Strefy Gazy w nieunikniony sposób kojarzą się z tragedią narodu żydowskiego. Tysiące cywilnych ofiar, ludzie, którzy nie mają dokąd uciekać. Historia się powtórzyła? Ofiara stała się katem?
JW: Bardzo trudno znaleźć język, by to na bieżąco opisać. Prosta analogia historyczna z gettem jest obrazowa, ale ma sporo ograniczeń. Doniesienia ze Strefy Gazy są przerażające. Morze ruin i cierpienie cywilnych ofiar narzucają skojarzenia z przeszłością i będą wpływać na percepcję i nauczanie o Holokauście. Dla polskiej młodzieży wojna ta jest doświadczeniem pokoleniowym. Nie mamy jeszcze odpowiedzi, jak to opisywać, jak o tym uczyć, ale zastanawiamy się nad tym, pytamy o to mądrych ludzi – właśnie zorganizowaliśmy na ten temat międzynarodową konferencję naukową.
Przede wszystkim jednak ta okrutna wojna musi się skończyć. Trzeba znaleźć rozwiązanie polityczne dla obu krajów. Dopiero wówczas, gdy kurz opadnie, będziemy mogli w pełni ocenić skutki tej wojny. Taka jest też ola muzeów zajmujących się historią – opowiadanie o faktach. Bez budowania nęcącej społecznie narracji opartej na popularnych opiniach czy odczuciach, choćby nawet najbardziej nam bliskich, ludzko.
EC: W działaniach artystycznych widzę przestrzeń do tworzenia bardziej swobodnych, nieskrępowanych wypowiedzi, w tym wyrażania sprzeciwu wobec przemocy, wobec której nie możemy być obojętni. Oczywiście mamy świadomość, że język sztuki ma niewielki wpływ na wielką politykę. Ale potrafi reagować na trudną rzeczywistość szybciej niż deskryptywny język faktów historycznych. Znakomita część współczesnej sztuki żydowskiej jest o poczuciu zagubienia, lęku, bezradności też o solidarności z ofiarami i osobami cierpiącymi w Gazie – można było to zobaczyć w 2024 roku w POLIN w ramach rotacyjnej wystawy „Jesteśmy tutaj”. Czy przykład inicjatywy z tego roku – flaga HELLP Moniki Drożyńskiej, która zawisła przy naszym muzeum na zakończenie wystawy „1945. Nie koniec, nie początek”, przejmując wszystkie maszty przed muzeum. To ważny i mocny gest w przestrzeni publicznej. Wizualny krzyk łączący słowa „hell”, czyli „piekło”, i „help”, czyli „pomoc”, który niósł antywojenne, antyprzemocowe przesłanie, zadając jednocześnie pytanie, czy słyszymy dziś tych, którzy wołają. I czy potrafimy na to wołanie odpowiedzieć – nie tylko odruchem, ale też świadomością konsekwencji.
**
Ewa Chomicka – antropolożka kultury, kuratorka sztuki współczesnej, muzealniczka. Kieruje Laboratorium Praktyk Muzealnych w Muzeum POLIN, komórką̨ zajmującą się rozwojem współpracy między muzeum i osobami artystycznymi, a także interdyscyplinarnych inicjatyw, łączących ze sobą sztukę współczesną, badania i aktywizm.
Jakub Woźniak – pełnomocnik dyrektora ds. komunikacji i marketingu. Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Komunikacją społeczną zawodowo zajmuje się ponad 25 lat. Od 2016 roku jest kierownikiem działu komunikacji Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. W roku 2020 objął stanowisko pełnomocnika dyrektora Muzeum ds. komunikacji i marketingu.
*
Tekst powstał w ramach realizacji przedsięwzięcia „Muzea w czasach polikryzysu” finansowanego przez Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO).



































Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.