Świat

Dymek: Boże chroń sygnalistów (i pomóż ściągać podatki)

Nieczęsto wyrok na dwóch księgowych przebija się na główne strony portali informacyjnych.

Nieczęsto wyrok na dwóch księgowych przebija się na główne strony portali informacyjnych i do gazet w tym samym tygodniu, gdy Brytyjczycy w historycznym referendum zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej, a krwawy zamach na stambulskim lotnisku pozbawił życia kilkadziesiąt ofiar. Jednak sprawa Antoine’a Deltoura i Raphaela Haleta zasługuje na naszą uwagę – przed luksemburskim sądem, gdzie toczył się proces, działy się rzeczy ważne dla samego rozumienia sprawiedliwości w dzisiejszej Europie. Sąd w Luksemburgu orzekał nie tylko o winie (lub niewinności) dwóch oskarżonych, ale musiał odpowiedzieć na zasadnicze pytania o dobro wspólne i to, czy można w jego obronie prawo złamać.

Ale po kolei: w 2014 roku Deltour i Halet, pracujący dla finansowego giganta PricewaterhouseCoopers, przekazali dziennikarzom (z których jeden również stanął przed sądem) kilkadziesiąt tysięcy stron dokumentów, które wskazywały, że rząd księstwa dość swobodnie traktował własne prawo podatkowe – oferując wygodne „układy” olbrzymim firmom. Dzięki łatwo dostępnym w sieci infografikom i raportom można poznać szczegóły tego procesu. Warto wiedzieć przynajmniej tyle, że sednem ujawnionych dzięki dokumentom Deltoura i Haleta układów było umożliwianie zagranicznym firmom zapłacenia w Luksemburgu jakiejś części podatku, w kwocie zaaprobowanej przez lokalny urząd, w następstwie czego Luksemburg nie interesował się już za bardzo, co dzieje się z pieniędzmi i czy firma rzeczywiście jakiekolwiek podatki płaci. Anglojęzyczne media szybko nazwały to „stemplowaniem” unikania podatków – bo każdorazowo umowy te były zatwierdzane oficjalnym listem i urzędowym błogosławieństwem. Beneficjentami takich układów byli m.in: Pepsi, Amazon, Procter & Gamble czy Heinz. Według niektórych wyliczeń, dzięki sprawnemu manewrowaniu podatki malały nawet do… 1% zysków.

Wszystkie te porozumienia zawierano, gdy premierem Wielkiego Księstwa był Jean-Claude Juncker. Wyciek dokumentów i głośne publikacje prasowe zbiegły się z mianowaniem Luksemburczyka na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Można by pomyśleć, że choćby cień podejrzenia o udział w tego rodzaju skandalu Junckerowi zaszkodzi – ale nic z tego. Z europejskim odpowiednikiem wotum nieufności wystąpiła koalicja europarlamentarzystów UKIP-u i francuskiego Frontu Narodowego. Bezskutecznie, bo dzięki poparciu obu partii głównego nurtu w europarlamencie nic Junckerowi raczej nie zagraża.

Juncker i jego „drużyna” – nowe słówko w nomenklaturze Brukseli, mające ocieplać wizerunek niekoniecznie lubianej Komisji – zaczęli pracę bez większych przeszkód, a przewodniczący konsekwentnie odpychał od siebie jakiekolwiek trudne tematy. Także dlatego, że – jak na ironię – jedną z obietnic tej Komisji była skuteczniejsza walka z rajami podatkowymi i uszczelnienie systemu podatkowego w krajach wspólnoty. Trzeba uczciwie przyznać, że do pewnego stopnia rzeczywiście się to dzieje: komisarz Pierre Moscovici (odpowiedzialny za politykę fiskalną) wydaje dyrektywy, a komisarz Margarete Vestager bije się z Fiatem, Starbucksem i Google’em o brakujące miliony.

Jak do sprawy zabrał się wymiar sprawiedliwości i rząd Luksemburga? Bezpośrednią odpowiedzią na wycieki były… kampania PR i proces – wytoczony dwóm sygnalistom z Pricewaterhousecoopers i dziennikarzowi, a nie tym, którzy owe tajne porozumienia umożliwili, narażając państwa UE na idące w (przynajmniej) setki milionów euro straty. W kolejnych dwóch latach Luksemburg podpisał blisko 1500 tajnych porozumień. W ciągu tych samych dwóch lat sąd doszedł do konkluzji: winni. Deltour i Halet usłyszeli wyroki dwunastu i dziewięciu miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz grzywny po 1500 i 1000 euro. Edouard Perrin, dzielący z nimi ławę oskarżonych francuski dziennikarz, został uniewinniony. Kary nie są surowe, a dziennikarski przywilej korzystania ze źródeł niejawnych został ocalony. Zarazem jednak sam fakt, że to tych, którzy ujawnili skandaliczny proceder, skazano, a nikt z biorących w nim udziału nie poniósł odpowiedzialności karnej, jest oburzający.

Nawet liberalne tytuły, jak niemiecki „Handelsblatt” czy brytyjski „Economist”, uważają, że racja jest raczej po stronie sygnalistów. Ba, sama członkini Komisji Europejskiej pod przewodnictwem Junckera, wspomniana Margarete Vestager, publicznie wyrażała wdzięczność wobec nich, jak i dziennikarzy śledczych, dzięki którym „debata o opodatkowaniu korporacji w Europie nabrała rozpędu”.

A jednak sąd w Luksemburgu utrzymał prymat tajemnicy handlowej nad prawem opinii publicznej do informacji i rzetelnej wiedzy o tym, co robią urzędnicy (i ich koledzy z biznesu). W efekcie w środku Europy odbył się spektakl w duchu turecki albo białoruski – po głowie dostali posłańcy przynoszący złą nowinę i zarazem wykonujący ważną społecznie misję.

Być może w innych okolicznościach sprawa ta nie miałaby rozciągniętych w czasie reperkusji, a jej polityczny zasięg byłby ograniczony. Jest jednak inaczej, bo aktualnym kontekstem politycznym jest upadek zaufania do partii centrowych, przegnicie politycznego mainstreamu i gotująca się nienawiść do brukselskich technokratów, wśród których numerem jeden jest oczywiście sam Juncker. Dziś, gdy zewsząd płyną oskarżenia o deficyt demokracji i brak odpowiedzialności po stronie unijnych instytucji, szef najważniejszej z nich może być zamieszany w finansową aferę, która zdaje się potwierdzać wszystkie i tak już obecne w obiegu zarzuty pd adresem europejskich elit – to nie skończy się dobrze.

W świetle LuxLeaks ożyły wszystkie negatywne stereotypy i oskarżenia wobec europejskiej klasy politycznej: o to, że lepiej traktują korporacje niż obywateli; że są skorumpowane; że co innego robią, a co innego mówią.

Wrażenie tragikomicznego dualizmu tworzy sytuacja, w której Komisja Europejska wypuszcza alarmistyczne raporty o skali strat wynikających z unikania opodatkowania, podczas gdy państwo założycielskie UE uczyniło z tego samego procederu swoją przynętą na inwestorów. Politycy w rodzaju Farage’a i Le Pen nie śpią i słusznie wytykają graniczącą z bezczelnością obłudę Junckera.

Tajne porozumienia, skazywanie sygnalistów, ukrywanie korupcji i stawianie pod sąd dziennikarzy, podczas gdy politycy nie mają się czego obawiać – to wizja Brukseli dość łatwa do sprzedania rozchwianym antyeuropejską emocją społeczeństwom. Przesadzona? Do pewnego stopnia tak. Ale sam fakt, że nikt tej wizji nie musiał wymyślać, źle świadczy o talentach i instynkcie samozachowawczym elit UE. Elit, które wciąż myślą, że szkodzą im jacyś nikczemni radykałowie – komuniści i faszyści poukrywani po parlamentach narodowych. Ciekawe, kiedy się zorientują, że to oni napisali wszystkie najlepsze historie swoim wrogom.

 

*Dziennik Opinii nr 183/2016 (1383)

PIKETTY-JAK-URATOWAC-EUROPE

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij