Świat

Ciobanu: Trujące piaski

Dziś walka ze zmianami klimatycznymi to także walka o własne zdrowie, ziemię i wolność od trujących metod wydobycia surowców.

„W Kanadzie to Pierwsze Narody [Indianie kanadyjscy – jedna z trzech rdzennych grup ludności w Kanadzie] najgłośniej sprzeciwiają się eksploatowaniu piasków roponośnych. Nie z powodu zmian klimatycznych, ale dlatego, że pozyskiwanie z nich ropy jest dla mieszkających nieopodal ludów całkiem dosłownie trujące” – tłumaczyła niedawno Naomi Klein, która pracuje właśnie nad książką o zmianach klimatycznych. „Fakt, że pozyskiwanie ropy z piasków jest także destrukcyjne dla planety, czyni tę kwestię tym bardziej aktualną. W nakładaniu się zmian klimatycznych na toczące się konflikty tkwi olbrzymi polityczny potencjał”.

To argumentacja o wielkiej sile intelektualnej. Oddolne konflikty o ziemię, wodę i środowisko są jednymi z najtrwalszych i najbardziej owocnych form aktywizmu. Są też w oczywisty sposób sporami lokalnymi. Dlatego właśnie, aby wykorzystać w pełni ich potencjał i zawalczyć o zmianę systemową, należy zebrać różne interesy pod wspólnym sztandarem.

Zmiany klimatyczne mogą być tym sztandarem. Te same metody wydobywania surowców i pozyskiwania energii niszczą środowisko, powodują szkodliwe emisje i odbierają ludziom środki do życia. I to one żerują na zasobach, ziemi i wodzie, których lokalne społeczności potrzebują, by przetrwać. Gdy ruchy oddolne na całym świecie i zawodowi aktywiści walczący ze zmianą klimatu łączą siły – wiedz, że coś się dzieje.

Pierwsze Narody vs. piaski

Kanada i jej piaski roponośne są daleko, ale ta sprawa dotyczy nas wszystkich. Ekstrakcja z piasków jest względnie nowym sposobem pozyskiwania energii – wydobycie ropy, wymieszanej w ziemi kanadyjskiej Alberty z mułem i bituminem, jest skomplikowane. W tym procesie zużywane są w olbrzymich ilościach słodka woda i gaz ziemny.

Wydobycie ropy z piasków w Albercie jest największym projektem energetycznym na świecie. Zasoby znajdują się na terenie 140 tys. kilometrów kwadratowych – to więcej niż powierzchnia Anglii. Proces ekstrakcji wiąże się z trzykrotnie większymi emisjami dwutlenku węgla do atmosfery niż w przypadku tradycyjnych odwiertów. To jeden z głównych powodów, dla których Kanada najmocniej sprzeciwia się propozycjom nowych regulacji klimatycznych na poziomie międzynarodowym. Piaski, gdyby przerobić je w pełni, to także potencjalne zanieczyszczenie większe niż emisje Chin i Stanów Zjednoczonych od czasów rewolucji przemysłowej. To śmierć dla prób powstrzymania zmian klimatycznych. Na każdą baryłkę ropy pozyskaną z piasków trzeba zużyć od dwóch do sześciu baryłek wody.

Pierwsze Narody, których ziemie sąsiadują z terenami wydobycia i rurociągami, odczuwają skutki tego potwornego procesu w sposób najbardziej dotkliwy. Zgłaszane jest coraz więcej przypadków zachorowań na raka, przetrzebione zostały stada zwierząt i ptactwa, w szybkim tempie kurczą się zasoby wody pitnej.

Ludy zamieszkujące Albertę protestują więc w każdy możliwy sposob: poprzez blokady drogowe, pozwy, demonstracje. Zawiązują kolejne sojusze. Ich siła nie wynika jedynie z konieczności ochrony środowiska, w którym żyją i które pozwala im oraz ich dzieciom się utrzymać, ale także z poczucia odpowiedzialności wobec natury, którego w zachodnim świecie już nie rozumiemy.

O ile wcześniej protestujący mówili głównie o wodzie, ziemi i populacji reniferów, tak dziś odwołują się do zmian klimatycznych. Clayton Thomas-Muller z IEN, koalicji organizacji reprezentujących lokalne wspólnoty w walce z wydobyciem, przedstawiciel Pierwszych Narodów, mówi „chcemy zwrócić uwagę na porażkę amerykańskiej i kanadyjskiej polityki klimatycznej i rozwiązań energetycznych oraz niekończący się wyzysk lokalnych wspólnot, niszczenie naszej ziemi i wody, jak i katastrofalne zmiany klimatyczne. Piaski roponośne to największa klimatyczna zbrodnia Kanady”.

Walka Pierwszych Narodów zaczęła zdobywać poparcie także poza granicami Kanady. W Stanach Zjednoczonych największy opór wzbudza projekt budowy rurociągu Keystone XL, który umożliwiłby transport ropy wydobytej z piasków przez teren Stanów do Zatoki Meksykańskiej, skąd można byłoby eksportować ją do Europy i Azji. W wyniku protestów obejmujących także nieposłuszeństwo obywatelskie wielu aktywistów i aktywistek zostało aresztowanych. Ale Barack Obama mówi już o planach rurociągu nieco ostrożniej.

Tocząca się na terenie Ameryki Północnej bitwa jest jednym z najważniejszych przykładów mobilizacji społecznej w ciągu ostatnich lat, ruchem protestu, który powstał z naturalnego sprzeciwu wobec rozwiązań najgorszych z możliwych – które przekreślają szanse na jakiekolwiek zmierzenie się ze zmianami klimatycznymi.

Tzeporah Berman, jedna z najważniejszych kanadyjskich działaczek na rzecz środowiska, mówi:  „Mobilizacja wokół piasków, zarówno w Kanadzie, jak i Stanach, jest bezprecedensowa. To rząd i korporacje same ściągnęły sobie tę burzę na głowy. O ile wcześniej mieliśmy ludzi zaniepokojonych zmianą klimatyczną i skłonnych protestować w sprawie piasków czy rurociągów, to dziś chodzi po prostu o ludzi, którzy bronią dostępu do wody, Pierwsze Narody i inne wspólnoty, które występują w obronie swoich praw i swojej własności”.

Przykład Kanady i Stanów daje do myślenia. Widzimy, jak bieżące niepokoje lokalnych wspólnot mogą się połączyć z walką ze zmianami klimatycznymi i umożliwić powstanie silnego ruchu społecznego. Takiego, którego politycy i decydenci nie mogą dłużej ignorować i który wpływa na świadomość w skali globalnej.

Przykład wschodnioeuropejski

Bliżej Polski, w Rumunii, skąd pochodzę, rok 2013 był rokiem wielkiej społecznej mobilizacji wokół tematów środowiska. Mobilizacji niespotykanej w tym regionie od dekady, jeśli nie dłużej. Protesty w sprawie kopalni złota przerodziły się bowiem w ruch sprzeciwu wobec gazu łupkowego, a nawet kontestację bieżącego systemu politycznego.

Mieszkańcy Rosia Montana w zachodniej części Rumunii sprzeciwiali się budowie największej od 14 lat kopalni złota w Europie. Plan budowy przewidywał zniszczenie trzech wiosek i wysadzenie w powietrze czterech szczytów górskich. Przy wydobyciu używano by cyjanku i powstałyby ogromne ilości odpadów.

Mieszkańcy tego regionu to byli górnicy (w początkach XX wieku mieli nawet prawo do indywidualnego szukania i wydobywania złota), którzy z czasem zajęli się rolnictwem i kochają swoją ziemię równie mocno jak lokalną historię – Rosia Montana ma najdłuższą historię spośród rumuńskich prowincji, do tej pory można tu odnaleźć pozostałości Imperium Rzymskiego.

Mimo proponowanych im odszkodowań mieszkanki i mieszkańcy Rosia Montana odmówili wyprowadzki i zainicjowali ruch na rzecz obrony swoich wiosek. Zdobyli rozgłos, gdy rząd próbował przyznać firmie chcącej wydobywać złoto specjalne koncesje, umożliwiające m.in wywłaszczanie wspólnot i automatyczne przedłużenie licencji na wydobycie, niezależnie od decyzji sądu w tej sprawie.

Dziesiątki tysięcy ludzi wyległy na ulice największych miast Rumunii, tydzień po tygodniu oprotestowując plany. Udało im się, na razie, zablokować decyzję rządu. Specjalne koncesje nie weszły w życie.

Najważniejsze, co udało się osiągnąć w ciągu trwających tygodniami protestów, to poważny namysł nad przyszłością kraju. Czy naprawdę potrzebujemy wykorzystywać wszystkie te zasoby? Jeśli już musimy kopać, to czy mają to robić korporacje, czy może jednak państwo? Czy gospodarka narodowa ma z tego faktyczne pożytki, jeśli ekstrakcją zajmują się zagraniczne firmy? Jakiego systemu energetycznego potrzebujemy? To o tych tematach dyskutowano na placach, w mediach społecznościowych, na łamach prasy i talk-shows. To takie pytania znalazły się na transparentach.

Gdy w październiku ubiegłego roku aktywiści w Rosia Montana wyszli na ulicę, amerykański gigant energetyczny Chevron zaczął próbne odwierty w Pungestii, na wschodzie kraju. Mieszkańcy, zupełnie jak w polskim Żurawlowie, zorganizowali się, by zakwestionować zamiary firmy. Rozbili obóz w pobliżu miejsca, gdzie Chevron chciał rozpocząć wiercenie, i podjęli próbę blokady, tak aby firma nie mogła dostarczyć na miejsce ciężkiego sprzętu. Aktywiści z innych miast dołączyli do ruchu, który od tamtej pory ściera się z samym Chevronem i rumuńską policją.

Czas na optymizm

Przypadki Kanady i Rumunii, przy wszystkich różnicach, wiele łączy. Rządy obu krajów pod naciskiem korporacyjnego lobbingu wbrew analizom ekonomicznym przepychają najbardziej szkodliwe projekty. Lokalne wspólnoty, niszczone przez kolejne projekty wydobywcze, buntują się – co mają do stracenia? – i łączą siły z tymi, którzy już wcześniej sprzeciwiali się społecznym i ekologicznym kosztom inwestycji w wydobycie. To doprawdy imponujące bitwy. Nierzadko udaje się zablokować pracę korporacji na lata, choć rządy zachowują się jak prywatni ochroniarze tych korporacji i strażnicy ich interesu.

To jedna z najważniejszych walk naszych czasów. W poszukiwaniu nowych źródeł energii i cennych kopalin korporacje kopią głębiej i głębiej, używają coraz bardziej toksycznych substancji, wyjaławiają ziemię. Tymczasem to z powodu ich działań globalny kryzys klimatyczny jest bliżej niż kiedykolwiek.

To właśnie aktualność zmian klimatycznych pozwala przekształcić walkę lokalnych wspólnot z korporacjami, jak w Kanadzie, w działanie globalne. Jeśli aktywistkom i aktywistom uda się wygrać batalię o ich własne domy, możemy też wygrać naszą walkę. A mamy w tym bezpośredni interes.

Ludzie postawieni pod ścianą zaczynają walczyć. Na pierwszej linii frontu są ci, których dzieci chorują, których woda jest zatruta, ziemia zniszczona. Ale za ich plecami jest rzesza ludzi, którzy zdają sobie sprawę, do czego prowadzi dzisiejsza histeryczna konsumpcja zasobów. Coraz więcej z nas ma świadomość, że poradzilibyśmy sobie świetnie za dużo mniej, niż konsumujemy obecnie.

Wiara w zwycięstwo tej batalii to być może nadmiernie optymistyczne spojrzenie. Ale nawet jeśli takie jest, stawiam na diagnozę Naomi Klein. W tej sprawie naprawdę nie możemy sobie pozwolić na pesymizm.

Czytaj także:

Naomi Klein, Walczmy, zanim wszyscy trafimy przeżuci na hałdę

Dziś underground to jest rolnik spod Zamościa, rozmowa z Lechem Kowalskim, reżyserem Drill Baby, Drill

Żurawlów: Chcemy, żeby Chevron sobie stąd poszedł, rozmowa z Andrzejem Bąkiem, rolnikiem protestującym przeciwko odwiertom gazu łupkowego

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij