Świat

Białoruś jest dziś innym krajem, ale to jeszcze nie koniec

Niedzielne demonstracje w Mińsku i całym kraju były fantastyczne pod względem atmosfery oraz historyczne pod względem liczby uczestników. Nigdy dotąd nie mieliśmy na ulicach 200 tysięcy zwolenników zmian dumnie niosących biało-czerwono-białe flagi, na które jeszcze kilka lat temu policja reagowała bardzo agresywnie. Po dniu euforii nastąpił tydzień roboczy. Dziś to od robotników zakładów w całym kraju, tak samo, jak i urzędników na wszystkich szczeblach ciągle wiele zależy. Z Mińska pisze Sasza Gubska.

W piątek 14 sierpnia około godziny 14 białoruska Centralna Komisja Wyborcza poinformowała o oficjalnych wynikach głosowania. Jeżeli zsumujemy wyniki każdego z kandydatów i dodamy 4,59 proc. tych, którzy głosowali „przeciwko wszystkim kandydatom”, dostaniemy nie 100, ale 98,84 proc. To wszystko, co trzeba wiedzieć o tym, jak liczą głosy w Białorusi. Ewidentnie mają problemy nie tylko z sumieniem, ale i z matematyką.

Tak zwane wybory odbyły się w niedzielę 9 sierpnia, ale mało kto oczekiwał ostatecznych wyników przez te wszystkie dni. Nie było żadnej wątpliwości, że wybory będą sfałszowane. Mimo to stopień cynizmu, kłamstwa i bezprecedensowa liczba dowodów na różnorodne łamanie prawa wyborczego nie pozostawiły prawie nikogo obojętnym. Wyraźnie było to odczuwalne nie tylko w „bogatej stolicy”, ale nawet w Homlu – najbardziej flegmatycznym, biednym i proreżimowym mieście republiki, gdzie byłam kilka dni przed wyborami.

Czy to już rewolucja w Białorusi? [Newsletter KP]

Jak to wyglądało w telegraficznym skrócie? Tak: uznanie za nieważne zebranych w całym kraju setek tysięcy podpisów potrzebnych do zarejestrowania alternatywnych kandydatów; uwięzienie dwóch najpopularniejszych z nich jeszcze przed ogłoszeniem wyników rejestracji; absurdalne zarzuty i sięgające kosmicznego poziomu propagandy bajki opowiadane w mediach państwowych; wystąpienie urzędującego jeszcze prezydenta przed „narodem” – przedstawicielami służb bezpieczeństwa i biurokratami – transmitowane na wszystkich kanałach telewizji, jak w najlepszych tradycjach kongresów KPZR (i długa owacja na koniec, przerażająco podobna do zdjęć z Korei Północnej); zakazywanie pod wszelkimi pretekstami manifestacji wcześniej uznanych za dozwolone i wisienka na torcie – wyposażenie lokali wyborczych (tak by setki wyborców nie zdążyły zagłosować, czekając po dwie, cztery, a niektórzy siedem (!) godzin pod lokalami). Dlaczego? Może dlatego, że zdecydowano postawić po dwie kabiny do głosowania („tajne” głosowanie bez zasłonek, tak) tam, gdzie okręgi wyborcze są przeludnione. A może po prostu po to, by po ogłoszonym zamknięcia lokalu zgarnąć najbardziej niezadowolonych i wpakować ich do ciężarówek do przewożenia zatrzymanych – „autozaków”.

Długo wszystko szło zgodnie z planem. Ten modzel musiał jednak pęknąć. Dla niektórych kroplą, która przelała czarę goryczy, stała się ewakuacja członków niektórych obwodowych komisji wyborczych przez OMON. Bali się wyjść do ludzi, by wywiesić protokoły, zabrali je ze sobą. Inni powiedzieli sobie „dość!”, gdy po raz pierwszy wybuchły granaty hukowe. Ale świadectwa sadyzmu i tortur osób zatrzymanych, a właściwie porwanych na oczach setek innych spacerujących i protestujących, które zaczęły lawinowo pojawiać się w mediach w środę 13 sierpnia, spowodowały szok u absolutnej większości. W kraju, w którym koronawirus został według prezydenta-COVID-dysydenta pokonany, w którym „apolitycznych” obywateli było wielokrotnie więcej niż tych z Kartą Polaka, polityka wreszcie stała się głównym tematem w każdym domu, każdym mieszkaniu i – chciałoby się wierzyć – w każdej chacie. Ludzie są bici do utraty przytomności, mamy dziesiątki świadectw. Tej prawdy nie da się ukryć.

W ubiegłym tygodniu większość obywateli wreszcie zrozumiała, że dopóki człowiek, którego nazwiska nie warto nawet wymieniać, bo dawno nie jest on przywódcą kraju, który ma legitymację społeczną, nie opuści swojego stanowiska, prawie nikt z nas nie jest bezpieczny. Od kilku dni pojawia się coraz więcej dowodów na nadużycie przemocy przez siły bezpieczeństwa. Minister spraw wewnętrznych współczuje swoim straumatyzowanym podopiecznym, ale nie komentuje okrucieństwa władzy. Wciąż nie jest ustalone, gdzie przebywa około 80 zatrzymanych osób. Oby najgorsze obawy się nie potwierdziły.

Zasadnicze przyczyny, które sprawiły, że tych wyborów nie udało się przeprowadzić według ustalonego scenariusza, są często i prawidłowo wymieniane również przez polskie media: to fatalna reakcja władzy na pandemię oraz pojawienie się nadziei uosabianej przez trzy dzielne kobiety ze zjednoczonego sztabu. Dla tak biednego kraju jak Białoruś decyzja o niewprowadzeniu żadnych ograniczeń pandemicznych powinna była okazać się zwycięską strategią. Ale władza zaczęła strzelać sobie w stopę, ukrywając statystyki i źle mówiąc o ofiarach. Nie bez powodu oficjalne stanowisko Mińska wobec sytuacji z koronawirusem porównywano z reakcją na katastrofę w Czarnobylu. Na tym tle sztaby Wiktara Babaryki, Walerego Capkały i Siarhieja Cichanouskiego (a właściwie jego żony Swiatłany), zjednoczone w połowie lipca, wybrały jedyny prawidłowy kierunek – pokojowy. Cała komunikacja była i jest budowana na wzajemnym szacunku. Białoruska kultura polityczna od lat cechuje się kultem protestu bez użycia przemocy. Właśnie dlatego kobietom udało się zjednoczyć niezaangażowane dotychczas grupy społeczne.

Nadzieja i strach. Białoruś żegna Łukaszenkę

Stojąc parę dni temu w pokojowym łańcuchu w jednej z sypialnych dzielnic Mińska, stwierdziłyśmy w rozmowie z przypadkowo stojącą obok sąsiadką, że 9 sierpnia ciągnie się szósty dzień z rzędu. Wiele osób mówi, że mimo iż internet działa od wtorku, pracować się nie da, tak samo, jak i spać się nie da.

Trzeba przyznać, że spodziewaliśmy się w minioną niedzielę zarówno wyłączenia internetu, jak i całkowitego zamknięcia wjazdów do stolicy. Analizując teraz informacje świadczące o stanie mobilizacji OMON-u i wojsk wewnętrznych, można stwierdzić, że protest w samą niedzielę odbył się w wersji „light”. Natomiast rozproszona po całym mieście brutalna przemoc w ciągu kolejnych dni przekształciła Mińsk w miasto absolutnie niebezpieczne. Na wieczorowe spacery brałam torbę z ciepłym swetrem, skarpetami, kawałkiem mydła i jakąś czekoladką czy ciastkami – by w razie zatrzymania było nieco łatwiej chociaż przez pierwszą dobę. Od środy począwszy, to przestało mieć sens – „mafia” wychodzi na ulice nie tylko po nocach, a w więzieniach są tysiące zatrzymanych – nie ma czym oddychać, rzeczy są konfiskowane.

„Jesteśmy silne i śmiałe”. Relacje uczestniczek protestów w Białorusi

„Wychodzę do sklepu przed zmierzchem i ciągle oglądam się niby złodziej z kreskówki, czy nie biegną za mną ludzie z pałami i w kominiarkach” – opowiadał znajomy redaktor. Dziennikarze byli w większości od początku oznaczeni plakietkami – na marne. Tak łatwiej jest do nich strzelać gumowymi kulami i atakować, by nie robili zdjęć. Ci, którzy już wyszli z więzień w różnych miastach, dostają „rachunki” – za czas spędzony za kratami trzeba państwu zapłacić.

W tym momencie pojawia się dużo artykułów o tym, że ostatnich parę dni jest spokojnych, że protestować wyszła już większość, że zakłady państwowe strajkują. Tak, coraz więcej osób przestaje się bać. Niedziela w stolicy przepełniona była euforią. Ale mimo to kilka osób zgarnęła policja w cywilu, kiedy zapadł zmierzch. Tak, zakłady też wychodzą i to może być początkiem finału. Ale przed chwilą na rozmowę z jednym z kolektywów przybył helikopterem właśnie on sam – „Sasza 3 proc.”. Co mówi strajkującym?

Sierakowski z Mińska: Łukaszenka czapkami nakryty

Tak naprawdę stoimy teraz na rozdrożu i jest to moment decydujący. Ogromne znaczenie będzie miało zachowanie się nie tylko pracowników zakładów w całym kraju, ale też przedstawicieli władzy na wszystkich poziomach – od dyrektorek i dyrektorów szkół, którzy jako kierownicy komisji wyborczych podpisywali sfałszowane protokoły, do członków ministerstw i innych urzędów. Jest to dla nich ostatni moment, by „zmienić obuwie” – jak się tu mówi, kiedy człowiek nagle zmienia zdanie.

To, co się stało 9 sierpnia, nie jest zwycięstwem dyktatora. To był triumf zwykłego człowieka, którego sparaliżował strach. Białoruska noblistka Swiatłana Aleksijewicz bardzo trafnie nazwała go „czerwonym człowiekiem”. Teraz powinniśmy dać tym ludziom do zrozumienia, że mimo wszystko obudziliśmy się w innym kraju. Po 29 latach formalnej niepodległości staliśmy się prawdziwym narodem.

To jeszcze nie koniec. Ale wierzymy, że miłość i solidarność pokonają przemoc.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij