Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Trzy kobiety. Ditlevsen, Haushofer, Ernaux

Czy wiemy już o noblistce wszystko? Jeśli chodzi o mnie, to chyba wystarczająco dużo, ale dla prawdziwych miłośników jej twórczości może jeszcze coś się znajdzie.

Walka

Tove Ditlevsen, Pokój Vilhelma, przeł. Iwona Zimnicka, Czarne 2026

Ten pokój już nie istnieje. W kolejnych dniach, gdy przechodziłam obok, nie mając do załatwienia żadnej innej sprawy, przez brudne okna widziałam, jak zniszczenie posuwa się naprzód.

Kiedyś należał do Vilhelma, męża Lise Mundus – bohaterki powieści i alter ego autorki – który po dwudziestu latach małżeństwa opuścił ją dla innej kobiety. Zakończenie jej historii poznajemy prawie od razu – kobieta popełni samobójstwo. Lise nie tylko pod bardzo wieloma względami podobna jest do autorki, ale też jej status postaci wymyślonej na użytek powieści, za którą kryje się prawdziwa osoba, jest od początku jasny, a trzecioosobowa narracja zmienia się niekiedy w pierwszoosobową. Można chyba powiedzieć, że ta książka jest listem pożegnalnym Ditlevsen, która w 1976 roku, mając 59 lat, popełniła samobójstwo, krótko po opublikowaniu tej powieści.

Tove Ditlevsen, duńską poetkę i pisarkę, znamy głównie z Trylogii Kopenhaskiej. Jest ona historią jej awansu klasowego, może trudniejszą od tej opowiadanej nam przez francuskich gejów. A na pewno dużo trudniejsza była jej późniejsza historia, też tam opowiedziana. Trajektorie życiowe kobiet i mężczyzn są jednak różne.

Pochodziła z biedy i dołów społecznych, szkolę porzuciła jako nastolatka, potem imając się różnych zajęć, zawsze jednak chciała pisać i pisała, zadebiutowała tomikiem poetyckim jako 22-latka. Jednak drogę do kariery otworzyło jej dopiero małżeństwo z trzydzieści lat starszym krytykiem i redaktorem pisma literackiego. Małżeństwo nieudane, krótkotrwałe i nieostatnie. Wychodziła za mąż jeszcze trzy razy i urodziła czwórkę dzieci. Najbardziej destrukcyjne było trzecie, z lekarzem, który przeprowadził u niej nielegalną aborcję – to dobry uczynek – ale potem doprowadził ją do uzależniania od narkotyków i alkoholu.

Ostatnie jej małżeństwo wyglądało na szczęśliwe, a przynajmniej stabilne i trwało ponad dwadzieścia lat. Ale wiadomo, że pod pozorami „dobrego związku” może się ukrywać relacja toksyczna i niszcząca. I to właśnie czwarty mąż, redaktor naczelny gazety, później wysoki urzędnik państwowy jest pierwowzorem Vilhelma. Związek Luise i Vilhelma to jego alkoholizm, zdrady, ale też sadomasochistyczne gry, więdnące uczucia, zależności i wzajemne rozczarowania.

Kiedy po odejściu Vilhelma Luise trafia do szpitala psychiatrycznego, daje do prasy ogłoszenie matrymonialne:

„Po wyrwaniu się z długiego nieszczęśliwego małżeństwa – 51 lat, ale młoda duchem – ma wspaniałego piętnastoletniego syna – znane nazwisko w literaturze duńskiej – domek letniskowy – duże mieszkanie w centrum miasta – tymczasowo pokonana przez kryzys nerwowy – najchętniej automobilista”.

Ditlevsen naprawdę dała podobne ogłoszenie.

W rezultacie w życiu Luise pojawia się Kurt i metaforyczny, groteskowy wątek powieści. Kurt jest nijaki, bezwolny, bierny, właściwie go nie ma, ale zajmuje pokój Vilhelma, nosi jego ubrania, zajmuje się jego synem. A w końcu narratorka usuwa go z powieści, bo tak naprawdę niczemu nie służy.

Pustego miejsca po Vilhelmie nie da się zapełnić. I to jest jasne. Kim jednak jest Kurt i skąd się wziął? Chociaż w powieści jest nikim, funkcją w narracji, ma jednak jakąś historię – nieukończone studia prawnicze, nieudany pobyt w Stanach, w Danii nie załatwił sobie papierów, więc formalnie nie istnieje, ale wynajmuje pokój u sąsiadki Lise, pani Thomsen. To obrzydliwa starucha, kwintesencja odrażającej brzydoty, starości, drobnomieszczańskiego zła i chciwości. Manipulatorka. Postać absolutnie groteskowa. Trochę jak lichwiarka zabita przez Raskolnikowa. Co rano odbywa z Kurtem dość odrażający stosunek seksualny. I to ona namawia go, żeby odpowiedział na ogłoszenie Lise, która jest jej przeciwieństwem – wciąż atrakcyjna, szczupła blondynka, intelektualistka. Chodzi jej o pieniądze znanej autorki.

Czytaj także Intymne laboratorium Annie Ernaux Iwona Komór

Mówiąc szczerze, nie jestem pewna, co ta postać oznacza. Ona też ubiera Kurta w ubrania męża – może to jest wyparte zło Lise? A może lęk przed starością? Ogólny symbol złego świata? Czy też obraz koszmarnie brzydkiej, starej i złej kobiety, wiedźmy, to skondensowana mizoginia, która steruje męskimi kukiełkami?

Może w literaturze nie do wszystkiego musimy mieć łatwy do użycia klucz.

Marlen Haushofer, Zabijemy Stellę. Piąty rok. [Nowele], przeł. Małgorzata Gralińska, Art Rage 2026

Jestem sama. Richard wraz z dziećmi pojechał na weekend do swojej matki, a pomoc domową odesłałam.

Anna cieszy się samotnością, bo w końcu może opisać dręczące ją wydarzenia związane ze śmiercią Stelli, młodej dziewczyny, która mieszkała w ich domu i prawdopodobnie popełniła samobójstwo. Jednak na razie słucha krzyku pisklęcia, gdzieś w koronie drzewa, skazanego na śmierć, bo opuściła je matka. Pewno gdyby się uparła, mogłaby do niego dotrzeć, próbować uratować. Byłoby to trudne, rezultat bardzo niepewny i w końcu to nie jest jej odpowiedzialność – tak działa natura, świat.

Marlen Haushofer, która uważała, że w jej tworzenie literatury zawsze zaangażowana jest własna biografia, urodziła się w Austrii w 1920 roku, w rodzinie leśnika, w wiejskim gospodarstwie. Uczyła się w przyklasztornej szkole z internatem. Zaraz po Anschlussie została skierowana do obowiązkowej pracy dla młodych kobiet (Arbeitsmaid). Pracowała fizycznie w Prusach Wschodnich, potem studiowała w Wiedniu, a warunkiem była przynależność do narodowo-socjalistycznego związku studentów. Ani ona, ani jej rodzice nie byli nazistami.

Czytaj także Myślę o kobiecie, którą byłam niegdyś, zanim w moim życiu pojawiła się ściana Marlen Haushofer

Pytanie o granice naszej odpowiedzialności, konformizm, jest tematem tego opowiadania, ale nie ma w nim bezpośrednich nawiązań do wojny. Natomiast jest w nim precyzyjna analiza mieszczańskiego małżeństwa – pełnego hipokryzji, zakłamania, przemilczeń, odgrywanych rytuałów. Świetne.

Jej małżeństwo też nie należało chyba do całkiem udanych. Kiedy wychodziła za mąż, była w ciąży z innym mężczyzną. Mąż dał dziecku nazwisko, ale faworyzował ich biologicznego syna. Rozwiedli się, a po paru latach pobrali znowu. Zamieszkała w mieście zniszczonym bombardowaniami. On był dentystą, a ona zajmowała się domem i pomagała mu prowadzić gabinet, z trudem znajdując czas i miejsce dla własnej pracy. Umarła na raka przed swoimi 50 urodzinami.

Druga nowela, Pięć lat, to jej debiut z 1955 roku, od razu doceniony. Subtelna opowieść o dzieciństwie, w zasadzie rajskim, ale jednak wkrada się do niego zło, lęk i przemijanie. Tak to zwykle bywa, nawet księcia Siddharthy Gautamy nie dało się przed tym uchronić. Ładne.

Ale oczywiście będziemy pamiętali Haushofer przede wszystkim jako autorkę niezwykłej powieści Ściana. Jeśli jeszcze nie znacie, sięgnijcie!

Annie Ernaux, Powroty, przeł. Anastazja Dwulit, Czarne 2026

Ojciec chciał zabić matkę pewnej czerwcowej niedzieli wczesnym popołudniem.

Annie miała wtedy dwanaście lat, właśnie wróciła z kościoła i siedli do obiadu. Rodzice zaczęli się kłócić, ojciec wpadł w furię, chwycił za siekierę… Ostatecznie nic się nie stało, wszyscy pojechali na przejażdżkę rowerową. Jednak dla dziewczynki było to wspomnienie przez lata ukrywane, związane z ogromnym lękiem i wstydem. Pierwszy utwór w tej książce to właśnie Wstyd. Poza tym wydarzeniem opowiada w nim o wstydzie klasowym, z którego wtedy nie zdawała sobie sprawy albo raczej nie umiała go nazwać. Dopiero lektura socjologicznych prac Bourdieu pozwoliła jej na uporządkowanie sobie w głowie codziennych doświadczeń z dzieciństwa i młodości.

Druga część książki to Powrót do Yvetot. Tu spędziła dzieciństwo, bywała z powodów rodzinnych, ale przez lata odmawiała skorzystania z oficjalnych zaproszeń na spotkania, aż w końcu się zgodziła w 2012 roku. Znajdziemy tu zapis spotkania wraz z powitaniem przez lokalne władze, wykład (o pamięci i znaczeniu Yvetot w jej twórczości) oraz ciekawostki – zdjęcia z dzieciństwa i młodości, listy do przyjaciółki, a także dwie przedmowy jej pióra i posłowie miejscowej bibliotekarki, która prowadziła spotkanie oraz pisała o niej doktorat.

Czytaj także Nobliści al Dante. I noblistka o sobie [Fosse, Coetzee, Ernaux] Kinga Dunin

Czy wiemy już zatem o noblistce wszystko? Jeśli chodzi o mnie, to chyba wystarczająco dużo, ale dla prawdziwych miłośników jej twórczości może jeszcze coś się znajdzie. Mnie najbardziej podobały się Ciała. Ernaux urodziła się jakieś dwadzieścia lat później niż Ditlevsen i Haushofer i miała więcej szczęścia niż one. Samo późniejsze urodzenie oczywiście nie chroni przed rakiem czy samobójstwem, jednak w ciągu jej życia doszło do wielu ważnych zmian – dla kobiet i nie tylko. Widać to dobrze właśnie w Ciałach. To taki optymistyczny akcent na koniec.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie