Kultura

Majmurek: Wytarta magia Rzymu

Zakochani w Rzymie niestety są oznaką wyczerpania formuły allenowskiego „filmu europejskiego”. Nie tylko dlatego, że wszystko, co widzimy na ekranie, jest strasznie sztampowe i stereotypowe. Film wygląda na potwornie wymęczony. Woody'ego Allena recenzuje Jakub Majmurek.

Dlaczego Woody Allen w pewnym momencie zaczął kręcić filmy w Europie? Odpowiedź jest prosta: w Stanach zaczął mieć problemy z szukaniem funduszy na kolejne produkcje (jego filmy od lat nie przynoszą szczególnych zysków), a europejskie miasta z chęcią przeznaczały na filmy Allena środki ze swojego budżetu na promocję i kulturę. Efekty tego były różne. Pierwsze londyńskie obrazy twórcy Annie Hall drażniły sztucznością i całkowitym brakiem wyczucia społecznych realiów życia na Wyspach. Przełomem było Vicky Cristina Barcelona, jedno z lepszych dzieł w całym dorobku Allena. Można narzekać, że to pocztówka nakręcona na zlecenie władz Barcelony, wyzłośliwiać się na wątek, w którym postać grana przez Javiera Bardema zabiera obie tytułowe bohaterki swoim prywatnym samolotem do Oviedo – cała ta wyprawa pojawiła się w filmie tylko dlatego, że władze Oviedo dorzuciły brakujące pieniądze do budżetu, domagając się w zamian pokazania miasta na ekranie. Ale tym niemniej, był to wspaniały film o bolesnej, lecz koniecznej „edukacji sentymentalnej”, bardziej może przypominający to, co najlepsze w kinie Rohmera, niż poprzednie filmy Allena. Rebecca Hall w roli Vicky stworzyła tu jedną z najbardziej fascynujących postaci kobiecych w całym kinie autora Manhattanu.


Ta świetna passa utrzymywała się w kinie Allena przez kolejne filmy: Co nas kręci, co nas podnieca, Poznasz przystojnego bruneta i O północy w Paryżu.  Zakochani w Rzymie niestety są oznaką jej końca, a przy tym także wyczerpania formuły allenowskiego „filmu europejskiego”. Nie tylko dlatego, że wszystko, co widzimy na ekranie, jest strasznie sztampowe i stereotypowe. Sztampowość dałoby się jeszcze obronić jako celowy zabieg, Allen od początku wyraźnie sugeruje, że nie mówi o Rzymie, ale właśnie o kliszach, stereotypach, przez które patrzymy na Rzym, Włochy, Europę, jej kulturę, dziedzictwo itd. Problem w tym, że wszystko to nie ma wdzięku, nie składa się w sensowną całość. Film wygląda na potwornie wymęczony, mimo kilku świetnych pomysłów i uwodzących fragmentów.


Tak jak Hannah i jej siostry, czy ostatnio Poznasz przystojnego bruneta, Zakochani w Rzymie są filmem o epizodycznej konstrukcji, na ekranie oglądamy cztery osobne historie (a właściwie pięć historii, jedna rozbija się na dwie), każda z osobnymi postaciami. Te pięć epizodów nie przecina się ze sobą, ale też – niestety – nawzajem nie komentuje, zestawienie razem tych historii nie wytwarza żadnego napięcia, żadnej artystycznej czy intelektualnej „wartości dodanej”. Można odnieść raczej wrażenie, jakby Allen dostał pieniądze na zrobienie filmu w Rzymie, po czym nie był w stanie napisać jednej historii dającej się rozwinąć w półtoragodzinne widowisko filmowe i powrzucał do filmu różne pomysły na filmy, żadnego do końca nie dopracowując.


Z tych czterech (pięciu) nowel dwie są w bardzo oczywisty sposób „allenowskie”, dwie (trzy) pozostałe przywodzą na myśl raczej tradycję kina włoskiego, ale przy bliższym zastanowieniu, widać jak silnie odnoszą się one także do motywów zawsze pracujących w kinie autora Zeliga. Pierwszy epizod to historia architekta, Johna. Na rzymskiej ulicy spotyka młodego chłopaka, Jacka studenta architektury (w tej roli Jesse Eisenberg). Jack mieszka na Zatybrzu i marzy o tworzeniu awangardowych dzieł. Dokładnie tak jak John trzydzieści lat temu. John towarzyszy Jackowi w jego historii jako jego cień i mentor – być może wszystko to, co widzimy, jest tylko wspomnieniem Johna z młodości, być może na rzymskiej ulicy John współcześnie spotyka młodszego od siebie o trzydzieści lat sobowtóra. Jack mieszka z dziewczyną, Sally, do której w odwiedziny przyjeżdża jej przyjaciółka, niespełniona aktorka, Monica (świetna Ellen Page). Jack zakochuje się w Monice, między nimi nawiązuje się romans, gdy chłopak ma zostawić dla niej Sally, dziewczyna dostaje swoją wymarzoną rolę w filmie i wraca do Los Angeles. Ich romans cały czas zgryźliwie komentuje John. Gdy Monica pozuje na intelektualistkę i próbując zrobić wrażenie na Jacku, mówi o swoim uwielbieniu dla Gaudiego, John ostrzega chłopaka: „Daj spokój, ona pamięta tylko to nazwisko po semestralnym kursie historii sztuki w college’u”. Ale choć John ostrzega Jacka przed romansem z Monicą, ten i tak zakochuje się w niej i wpada jak śliwka w kompot. Ten epizod ma w sobie dojrzałą, gorzką mądrość najlepszych ostatnich filmów Allena. Opiera się na ciekawym, surrealistycznym pomyśle (niejasna, czasowo zakrzywiona  relacja między Johnem a Jackiem), jest też naprawdę zabawny. Gdyby rzymski film Allena składał się tylko z niego i udało rozbudować ten pomysł do pełnego metrażu, zakochałbym się w tym filmie. 


Niestety dalej jest tylko gorzej. Nowelka z udziałem Roberto Benigniego wychodzi od ciekawego pomysłu, z którym niewiele się potem dzieje. Odgrywany przez Benigniego Leopoldo Pisannelli, przeciętny przedstawiciel rzymskiej klasy średniej, nagle, bez żadnego powodu zostaje celebrytą. Media wszędzie za nim chodzą, spijają każde słowo z jego ust, dostaje zaproszenia na wszelkie gale, bankiety i premiery, modelki, aktorki i wszystkie inne kobiety, same wskakują mu do łóżka. W końcu jednak pewnego dnia sława się kończy, media znajdują sobie innego „celebrytę bez powodu”.


Pomysł sam w sobie nie jest superoryginalny, pojawił się już w jednym z odcinków Świata według Kiepskich. Pewnego dnia, bez żadnego powodu Ferdek (a po nim Paździoch i Boczek) zostaje celebrytą, obecnym we wszystkich mediach drukowanych i elektronicznych. Ani twórcom mojego ulubionego polskiego serialu, ani Allenowi nie udało się jednak wyciągnąć z tego mającego wielki komiczny i krytyczny potencjał pomysłu zbyt wiele poza banałami. 15 minut sławy dla każdego, płytka kultura blichtru, kult ludzi znanych z tego, że są znani itd. Wszystko to jako widzowie i użytkownicy współczesnej popkultury dawno już wiemy. Z dwojga złego wolę już Kiepskich, Andrzej Grabowski i Ryszard Kotys mają o wiele większe możliwości jako aktorzy komiczni od bardzo przewidywalnego w swojej roli Benigniego.


Zupełnie rozczarowują za to dwie (trzy ostatnie historie). Pierwsza, z udziałem samego Allena, to historia awangardowego reżysera oper (Rigoletto ze śpiewakami w strojach myszy), który odkrywa, że mieszkający w Rzymie ojciec narzeczonego jego córki, Giancarlo, ma wspaniały głos operowy. Kłopot polega na tym, że Giancarlo (na co dzień właściciel salonu pogrzebowego) potrafi śpiewać czysto wyłącznie pod prysznicem. Ale zaradna postać grana przez Allena wie, jak z tego wybrnąć: wystawia w rzymskiej operze Pajace Leoncavalla, w których odgrywający główną rolę Giancarlo, śpiewa na scenie w ruchomej kabinie prysznicowej na kółkach.


Kolejne dwie historie to dzień z życia w Rzymie prowincjonalnej pary: Antonio i Milly. Chłopak ma przedstawić narzeczoną bogatemu wujostwu, mającemu wprowadzić go w świat rzymskiej socjety. Niestety dziewczyna, szukając fryzjera gubi się w Rzymie, a do pokoju chłopaka przez pomyłkę wchodzi prostytutka, Anna – wysłana komuś innemu jako wygrany zakład. Wujostwo nakrywa Antoniego z Anną w pokoju i by wybrnąć z kłopotów, ci dwoje muszą udawać przed krewnymi chłopaka małżeństwo. Milly z kolei błąkając się po Rzymie trafia na plan filmowy, gdzie spotyka gwiazdora, którym od dawna była zafascynowana. Ten próbuje skorzystać z okazji i uwieść dziewczynę. Te dwie historie przypominają limatem wczesne filmy Felliniego (Biały szejk, motyw prowincjuszy w Rzymie) i wykorzystują znaną w kinie narrację o zdradzie (okazji do zdrady) jako pretekście do odnowienia, umocnienia małżeńskiej więzi. Sa jednak zbyt długie, w wielu miejscach irytujące, puenty dowcipów są tu najbardziej oczywiste i przewidywalne.


Każda z tych pięciu historii ma oniryczny, surrealistyczny charakter. W każdej jest jakiś element pochodzący jakby ze snu: spotkanie z upragnioną gwiazdą, kobieta wysłana do pokoju hotelowego jako prezent, śpiewak występujący na operowej scenie pod prysznicem, przeciętniak nagle trafiający na celebrycki olimp, spotykanie z młodszym o trzy dekady sobowtórem. Czuć pod banałami tego filmu, że Allen chciał zbadać Rzym od strony snu, narysować fantastyczną mapę tego miasta, marzeń, jakie tworzy o nim współczesna kultura. W Paryżu mu się to udało. Tu niestety nie, ta mapa, choć wiele obiecuje, prowadzi w końcu w zbyt znane, sztampowe miejsca, których magia od dawna jest już zupełnie wytarta. 

 

 

 

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.