Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Wernera Herzoga jako gimbus słuchający Joy Division i od czasu Stroszka w telewizji, a później Nosferatu wampira z płyty DVD dołączonej do gazety nie miałem wątpliwości, że niemiecki reżyser jest artystą wyjątkowym, na całe życie. Ale mimo ponad 20 lat, które przeżyłem w tym przekonaniu, gdy zaglądam do listy wyreżyserowanych przez Herzoga filmów ze zdziwieniem odkrywam, że nie znam ponad połowy.
Herzog nic już nie musi. Ale…
Tylko dokumentami, fabułami i tekstami, które znam, można by obdzielić kinematografię średniej wielkości kraju. Rekolekcje na temat mroku, pokazujące płonące szyby naftowe po wojnie w Kuwejcie, które w czasach idiotycznej wojny USA z Iranem nie straciły nic ze swojej poetycko-apokaliptycznej siły; Jean-Bedel Bokassa, cesarz-ludojad z Ech mrocznego imperium; soundtrack Popol Vuh do Aguirre, idealnie pasujący jako dodatkowa warstwa ilustracyjna do kolonizatorskiego obłędu; ostatni ludzie zostający na wyspie zagrożonej wybuchem wulkanu w Pod wulkanem; niesamowite makijaże i zwyczaje „najpiękniejszych ludzi świata” w Wodaabe, pasterzach słońca czy naćpany Nicholas Cage tańczący z iguanami w Złym poruczniku – trudno uwierzyć, że to zaledwie cząstka.
Krytyka Polityczna wydała 15 lat temu przewodnik po twórczości reżysera. Maria Janion opowiadała w nim, jak filmy Herzoga stały się tematem jej słynnego gdańskiego seminarium z „odnawiania znaczeń”, które ukształtowało wielu wybitnych polskich intelektualistów. W moim przypadku intensywność kontaktów z dokonaniami reżysera oczywiście się zmieniała. 83-letni dziś Herzog, rówieśnik Joe Bidena i Paula McCartneya, nie musi już przeciągać trzystutonowego statku przez górę w peruwiańskiej dżungli, by potwierdzić swoją wielkość, tak jak obchodzący za kilka dni urodziny McCartney nie musiał na nowej solowej płycie nagrać piosenek lepszych niż w czasach The Beatles. A jednak, trafiające właśnie do kin Sny o słoniach to film, który ogląda się z zapartym tchem.
Senna summa
Czytelniczki i kinomani mieli w ostatnich latach wiele okazji, by na nowo docenić wszechstronność autora Snów o słoniach – PIW wydał Nowele filmowe oraz niewielką objętościowo powieść quasidokumentalną o japońskim żołnierzu, który jeszcze w latach 70. nie zdawał sobie sprawy z zakończenia II wojny światowej. W tym roku Obroty wydały jego esej o przyszłości prawdy, całkiem niedawno wyszły też fenomenalne wspomnienia Every Man For Himself And God Against All – niestety jeszcze nieprzetłumaczone na polski, ale to chyba tylko kwestia czasu.
Mam wrażenie, że Sny o słoniach, jakkolwiek niepozorne, nawiązują do wielu wymienionych obszarów działalności twórcy. Towarzysząc Steve’owi Boyesowi, jednemu z tych charakterystycznych, opętanych dziwacznymi ambicjami herzogowych protagonistów, reżyser sięga po surrealistyczne przebitki, zwyczaje Buszmenów, wizyty w laboratoriach i muzeach, archiwalne włoskie filmy z lat 60. – obrazy stanowiące ilustrację naturalnej historii zniszczenia, czyli obsesji znanej z twórczości innego równie oddanego nieustannej wędrówce wąsatego Niemca, W.G Sebalda.
Nieco spóźniony na seans w ramach Docs Against Gravity, pozbawiony wymuszającego cierpliwość towarzystwa i siadając w niezbyt fortunnym miejscu dusznej sali kinowej, miałem przeczucie, że w pewnym momencie odpuszczę sobie wyprawę na płaskowyż w Angoli o powierzchni odpowiadającej terytorium Anglii i poczekam, aż film zgodnie z zapowiedzią trafi do Disney+. Jednak od samego początku każda kolejna sekwencja wprawiała mnie w zachwyt i nic nie mogło odciągnąć mnie od ekranu.
Słonie-duchy
Boyes najpierw opowiada historię 13-tonowego słonia, odnalezionego w latach 50. i pokazywanego dziś w Smitshonian Institute. Postawione zostaje jedno z tzw. ważnych pytań: lepiej gonić za słoniem, czy go zobaczyć? (Swoją drogą oryginalny tytuł filmu, Ghost Elephants, chyba nieco lepiej oddaje sedno tej pogoni za widmami).
Poznajemy namibijskich master trackerów, tropicieli z ludu Buszmenów, posługującego się niesamowitym językiem złożonym z mlaśnięć, puknięć i kaskadowych onomatopei – pierwszych ludzi, którzy dziesiątki tysięcy lat temu opuścili Afrykę i zaludnili ziemię. Widzimy, jak przywołują antylopy, wydłubują spod ziemi toksyczne trucizny, towarzyszymy im w pierwszej wyprawie poza granicę własnego świata – do Angoli, w której na każdym kroku znajdują się ślady długiej i wyniszczającej wojny domowej.
Wreszcie wkraczamy na tereny płaskowyżu, wodopoju Afryki, rządzącego się własnymi prawami, wymagającymi zezwoleń sił magicznych i plemiennych, łączenia się z pokoleniami przodków – i pozbawionego dróg, którymi mogłyby poruszać się samochody i tradycyjnie rozumiane ekipy filmowe. W pewnym momencie widzimy przenoszenie na rękach kilku motocykli nad rzeką, by móc dalej poruszać się na ogromnym terenie. Wtedy znów można pomyśleć: czy ten sympatyczny staruszek o najbardziej kojącym głosie na Ziemi naprawdę bierze w tym wszystkim udział?
Poza kategorią
A bierze, i nie ma w sobie nic ze staruszkowatości – daje o sobie znać delikatnie i dowcipnie, czy to żartując na temat kontaktu z trucizną, czy to dodając komentarz do jakości nagrania słonia-widma albo serwując komiczny montaż zwierząt uchwyconych przez fotopułapki. Zachwycając się porankami, naturą, muzyką.
Przede wszystkim zaś widzimy, jak wirtuozersko dokonuje selekcji poszczególnych materiałów, jak łączy je w kolaż wykraczający poza granice gatunkowe – trudno bowiem nie traktować tego „dokumentu” jako kolejnego filmu Herzoga, który niespecjalną estymą darzy podział na prawdę i fikcję, na antropologiczny dokument czy bazującą na historycznych badaniach fabułę.
Wszystkie osobliwości Herzoga idealnie skupiają się w jego pracy w roli lektora, narratora i bohatera filmów własnych i cudzych, jak w przypadku Brzemienia snu Lesa Blanka – ta mieszanka bezceremonialności, perspektywy kosmity, zdziwienia, zachwytu i chłodnego stoicyzmu oraz dosadna i zarazem elegancka fraza charakteryzują wszystkie jego dokonania, prozatorskie, eseistyczne i filmowe.
Za chwilę dalszy ciąg programu?
Wychowany w skrajnej biedzie powojennych Niemiec i korzystający z ich gospodarczego wzrostu 20 lat później, a zarazem przynależący do pokolenia buntu wobec „sumiennie wyzbytych sumienia ojców” Herzog jest jednym z ostatnich żyjących i aktywnych twórców tej generacji. Udało mu się (chyba) uniknąć wyraźnie słabszych filmów, które ma w swoim dorobku choćby Wim Wenders (którego Perfect Days krytycy uznali za drugi najgorszy efekt współpracy niemiecko-włoskiej w historii), wygłaszania mów na pogrzebach ludobójców, odcinania kuponów. A przecież nie trzeba traktować Snów o słoniach jako pożegnania – 70-letni Konrad Adenauer w 1946 roku też nie był traktowany jak polityk, którego czeka jeszcze 20 lat kariery na najwyższych stanowiskach.
W recenzjach powracają sądy o tym, o czym „naprawdę” jest film – o bestialstwie antropocenu, o człowieku i jego obsesjach, o przyszłości świata, naszej ludzkiej maleńkości w oceanie czasu – ale ja bym nie był taki kategoryczny. Zamiast tego podążam za master storytellerem, który od 60 lat nie ustaje w twórczym zachwycie nad zagadkowością życia i towarzyszących mu historii jednostek i zbiorowości. Znaczenia nadal trzeba odnawiać; za jednoznaczne puenty podziękuję.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!