Film

Szumowska: „Mój” ksiądz musiał mieszkać na prowincji

Gdyby mój bohater mieszkał w innym otoczeniu, jego dramat byłby inny.

Agnieszka Wiśniewska: Chciałaś zrobić film, w którym Andrzej Chyra zagra główną rolę – i udało się. Jak wyglądała praca nad scenariuszem W imię…? Pisaliście go już z myślą o Chyrze?

Małgorzata Szumowska: Od początku chodziło nam po głowie, żeby zrobić film o księdzu z problemem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Wiedzieliśmy, że zagra go Chyra. Pisałam pierwszą wersję scenariusza pod niego, ale ona miała niewiele wspólnego z tym, co widać dziś na ekranie. Ta pierwsza wersja – która zresztą strasznie nie podobała się ekspertom w PISF i została uratowana przez Kazię Szczukę, bo ona jedna widziała w tej historii potencjał – była strasznie publicystyczna. Potem się z tego wycofywaliśmy. Okazało się, że coś innego nas interesuje. Ostateczną wersję pisaliśmy już z myślą o Andrzeju, Mateuszu Kościukiewiczu i Mai Ostaszewskiej. Gdy tak pracujesz, inaczej podchodzisz do scenariusza. Już nie wymyślasz jakichś karkołomnych zadań aktorskich do wykonania, bo wiesz, co kto tak naprawdę zagra.

Mamy z Michałem Englertem, operatorem, takie poczucie, że nasze scenariusze trochę kuleją, nie są perfekcyjne. Bardzo zmieniamy je w trakcie realizacji: podczas zdjęć, potem też na montażu. Czasem myślimy, że to błąd, może lepiej byłoby mieć świetnie dopracowany, żelazny scenariusz i potem konsekwentnie go realizować. Z drugiej strony nie wiem, czy to jest droga dla każdego. Byłam w komisji oceniającej scenariusze w PISF i przeczytałam tam kilka dobrych scenariuszy, a później widziałam filmy na ich podstawie zrealizowane i były znacznie słabsze. Ale oczywiście to żadna reguła, dobrze mieć dopracowany scenariusz.

A na jakim etapie pracy nad tym scenariuszem pojawili się aktorzy? Bo też mieli duży wpływ na film.

Z Andrzejem Chyrą przelatywaliśmy cały scenariusz. Próbowaliśmy sceny, dialogi, on coś pokazywał, grał, sprawdzaliśmy, co zadziała, co nie. Z Mają Ostaszewską zmienialiśmy wątek jej postaci, z Mateuszem Kościukiewiczem wątek Dyni.

Skąd pomysł, że ksiądz homoseksualista będzie mieszkał na polskiej wsi?

Jeżdżę od lat na wieś, gdzie mamy dom, obserwuję, jak zmieniają się tam księża w okolicznych parafiach, słyszę, co ludzie mówią, i mam poczucie, że księża w dużych miastach są inni. Widziałam jezuitów, którzy palą papierosy w kawiarniach, dominikanów w cywilnych ubraniach w kinie czy na imprezach. Gdyby mój bohater mieszkał w takim otoczeniu, jego dramat byłby inny, a film nie opowiadałby o Polsce. Było dla mnie oczywiste, że „mój” ksiądz musi mieszkać na prowincji. Chciałam pokazać Polskę, z jej podejściem do religii, do homoseksualizmu, do inności.

Wieś jest w tym filmie świetnie pokazana. Drugi plan, w którym pojawia się wielu aktorów nieprofesjonalnych, jest mocną stroną W imię…

A drugi plan bywa bolączką wielu filmów. Masz super pierwszy plan, a drugi w ogóle nie pracuje.

Często jest tak, że kamera pokazuje tłum, a ty od razu wiesz, która z osób zaraz się odezwie, bo aktorzy pierwszoplanowi bardzo się odcinają od reszty. U ciebie tego nie ma.

Chłopaki ze wsi, którzy zagrali w filmie, są równoważnymi bohaterami filmu. Nakręciliśmy wcześniej dwa dokumenty na Mazurach, Cisza i A czego tu się bać, które były inspiracją dla nas do powrotu na wieś i pokazania jej w filmie fabularnym. To jest typowa Polska B. Żadna tam „wsi spokojna, wsi wesoła”. Przyroda piękna, ale życie brutalne. Lubię sprzeczność tego miejsca.

Mateusz Kościukiewicz siedział tam dwa miesiące, mieszkając obok tych ludzi. Tomek Schuchardt też przyjechał wcześniej, zanim zaczęliśmy zdjęcia, i zaczął z chłopakami grać w piłkę, gadać i pić piwo. Andrzej Chyra miał chyba najtrudniejsze zadanie, bo postrzegany był przez nich jako gwiazda, ale też dużo czasu spędzał na zakolegowaniu się ze wszystkimi. Ten okres bratania się był dla nas szalenie ważny. Był potrzebny, zanim włączyliśmy kamerę. Tak się robi w dokumencie. Jak kręcisz dokument, to często przez tydzień oswajasz bohaterów ze swoją obecnością i dopiero potem zaczynasz kręcić. Wtedy bohaterowie są sobą. Zastosowaliśmy przy W imię… ten dokumentalny mechanizm.

Z jednej strony mówisz, że opowieść o księdzu w mieście byłaby inna niż o księdzu na wsi, ale też nie idziesz w jakiś totalny kontrast: tolerancyjne miasto kontra nietolerancyjna wieś. Wydaje się, że mieszkańców wsi mało obchodzi orientacja seksualna księdza.

Bo to by było nieprawdziwe. Na wsi, przynajmniej tej, którą znam, ludzie dbają o siebie. Póki im ksiądz nie wadzi, to ich jego życie nie interesuje. Ta popegereowska wieś jest dziś w trudnej sytuacji. Nie nauczono ich poruszania się w nowym systemie, nie wszyscy umieją zdobywać środki unijne. Dwóch gospodarzy w tej mojej wsi, w tym sołtys, jakoś sobie radzi, bo ma dotacje z Unii. A reszta to Sodoma i Gomora. Ludzie na zasiłkach, bez pracy, bez pieniędzy. Ksiądz to dla nich gość, który chce pieniądze zabrać – pogrzebu bez kasy nie wyprawi, na tacę chce za dużo. Ale z drugiej strony chodzą do kościoła, choć raczej z przyzwyczajenia. Jest w tej religijności pewien zabobon – chrzczenie samochodów na świętego Krzysztofa. Do tego trzeba księdza. Ten ksiądz jakoś jest oswojony. Pamiętam, że kilka wiosek od mojego domu ksiądz miał kochankę. Wszyscy o tym wiedzieli i mówili bardzo normalnie. Niewiele ich to interesowało. Podobnie jest z gejami, których moi sąsiedzi nazywają „gieje”. Kiedyś odwiedzili mnie na wsi przyjaciele, którzy byli parą, i sąsiad tak na nich spojrzał i mówi: „O, gieje przyjechali”. Oczywiście z drugiej strony wstrząsające jest to, że się chłopaki wyzywają przed bójką od „pedałów” i „żydów”.

Jak długo trwała praca nad filmem?

Długo, ze cztery lata. Tak zawsze jest z filmami. Od pomysłu do polskiej premiery zawsze mija od trzech do czterech lat. Dlatego równocześnie trzeba robić też inne projekty, które się zazębiają, bo inaczej wpadałoby się w dziury. Pracowałam nad W imię…, jak już montowałam Sponsoring.

Film miał premierę w Berlinie.

W tej chwili nie ma innej możliwości. Słyszałam od krytyków, że lepiej by było, gdyby na festiwalu w Gdyni pokazywać filmy premierowe, ale to niemożliwe. To zamyka filmowi drogę do festiwali klasy A, które żądają premiery światowej.

Krytykom chodzi chyba o to, że w Gdyni pokazywane są filmy, które się widziało kilka miesięcy temu w kinach, już się z nimi jakoś oswoiło i je oceniło.
Jak wyglądał odbiór W imię… w Berlinie w porównaniu z Gdynią?

W Berlinie film był przyjęty entuzjastycznie. Może to kwestia festiwalowej publiczności. W Gdyni mieliśmy też dobry odbiór. Film się chyba ludziom podobał, nie wychodzili z sali, oglądali w skupieniu, reagowali na ciszę, śmiali się tam, gdzie chcieliśmy.

Jesteś gotowa na debatę społeczną, którą ten film wywoła? Już się zaczęło.

Tak. Ale w tej debacie nie musi uczestniczyć twórca. Ja już zabrałam głos, robiąc film. Jeśli teraz wywoła dyskusję, to mam nadzieję, że wezmą w niej udział inni. Myśmy jako twórcy wszystko już powiedzieli. Teraz będziemy robić kolejne filmy, które mam nadzieję wywołają kolejne dyskusje. Moim zadaniem jest robić filmy, a nie łazić po programach publicystycznych.

Wkurza cię, jak słyszysz, że zrobiłaś koniunkturalny film pod zagranicznego widza?

To w jakimś sensie zabawne. Teraz przed premierą angielską polska dziennikarka mieszkająca w Londynie twierdzi, że film jest tak polski, że Brytyjczycy nie będą go w w stanie zrozumieć. Nie zgadzam się z tym. Robię filmy, podejmujące trudną tematykę, od 33 scen przez Sponsoring;  robię je po swojemu, nie widzę tu koniunkturalizmu. Chyba że koniunkturalne jest dostać się do konkursu w Berlinie (śmiech). Jest rzeczą normalną, że ludzie różnie mnie oceniają. Nie przejmuję się tym.

Jak zareagowałaś na nagrodę w Gdyni?

Bardzo się ucieszyłam. Często jestem traktowana jak ktoś, kto niby robi filmy za granicą albo pod zagranicę (śmiech). Kiedy dowiedziałam się, że W imię… dostało kilka nagród, miałam poczucie satysfakcji, że właśnie w Polsce film został doceniony. Bo ja się czuje stuprocentowo polskim reżyserem.

Czytaj także: 

Jakub Majmurek: Eros i Kościół

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco