Czytaj dalej

Widmowa dekada [rozmowa z Olgą Drendą]

W Belgii zwycięzców loterii przedstawiano pod palmami, w Polsce w zaciszu mieszczańskiego wnętrza.

Jakub Majmurek: Duchologia polska jest książką o transformacji?

Olga Drenda: Mówi o granicznym okresie, który nie jest już Polską Ludową, ale nie jest jeszcze III Rzeczpospolitą – ta na poziomie stabilizacji struktur życia codziennego zaczyna się moim zdaniem nieco później niż w roku 1989. Ten okres to nie są też tak naprawdę ani lata 80., ani 90. Tak jakby pomiędzy tymi dwoma dekadami znajdowała się jeszcze jedna ukryta dekada (przyspieszona, bo krótsza niż dziesięć lat), dodatkowa, widmowa.

Jaki to przedział czasowy?

Bardzo umownie można go wyznaczyć między 1986-87 rokiem, tzw. „drugim etapem reformy”, a połową lat 90. – graniczną datą może być przyjęcie w Polsce równającego do zachodnich standardów prawa autorskiego. To okres hybrydyczny, od końca lat 80. władza komunistyczna, a następnie kolejne demokratyczne rządy, koegzystuje w nim z różnymi lokalnymi mutacjami kapitalizmu, które następnie znikną w ramach pełnego wchodzenia Polski w globalny porządek gospodarczy. Piszę o przejawach tego dziwnego, liminalnego okresu w życiu codziennym – o tym, jak ujawniał się w zwyczajnym doświadczeniu, w mikrohistoriach ludzi i rzeczy.

Jakieś przykłady?

Dobrym przykładem jest rynek wideo. Najpierw istniał bardzo wąski obieg państwowego monopolu, który filmy – w bardzo skromnym repertuarze – dystrybuował do klubów filmowych. Równolegle powstaje obieg nielegalny, piracki, oparty na kopiowaniu filmów na szeroką skalę przez prywatnych użytkowników. „Wypożyczalnie” działały w mieszkaniach, handel kasetami z amatorsko dograną ścieżką dialogową prowadzono na targach. W 1988 następuje otwarcie dostępu do wideo, powstaje obieg, w którym legalne firmy dystrybucyjne funkcjonują równolegle z „piratami” (którzy przez pewien czas prowadzą biznes, wobec braku ustawy o prawach autorskich, całkowicie legalny), w końcu następuje pełne podpięcie tego rynku pod globalny obieg, możliwe dzięki nowemu prawu autorskiemu.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Dlaczego właściwie „duchologia” w tytule? Książka traktuje przecież głównie o przedmiotach. Gdzie przedmioty, gdzie duchy?

Opowiadam o okresie przejściowym. Jego przejściowość nie polega tylko na tym, że to, co stare, przepoczwarza się w nowe, ale także na tym, że w teraźniejszości przeszłość i przyszłość istnieją obok siebie właśnie jako widma. Opowiadając historię tego okresu przez przedmioty, jesteśmy w stanie dostrzec to, w jaki sposób duchy starej rzeczywistości ujawniają się w nowej, a nowej w starej.

W tym samym okresie, jaki bada pani w książce, Derrida pisze Widma Marksa , które otwiera analiza fragmentu Hamleta ze słynnym zdaniem „the time is out of joint” – co na polski na ogół tłumaczy się „świat wypadł z formy”. To zdanie mogłoby być mottem dla tej „widmowej dekad” w Polsce?

Z pewnością. Pewne rozprężenie czasu, współegzystowanie ze sobą różnych, nieprzystających do siebie temporalnych warstw jest czymś, co z pewnością ją charakteryzuje. Czas teraźniejszy nie pokrywa się w Polsce z samym sobą, przynajmniej nie do połowy lat 90. – „scenografie” sprzed 1989 przenikają się z aspiracjami i wyobrażeniami o wolnym, zamożnym kraju. Przedmioty najlepiej pokazują widmowość tego okresu. Także badanie przedmiotów i życia codziennego z tej epoki przypomina ściganie widm. Wbrew pozorom od tej strony okres ten jest bardzo słabo opisany i udokumentowany, przynajmniej jeśli chodzi o kulturę materialną. Zauważyłam to szukając fotografii z epoki – polscy fotografowie niezbyt interesowali się codziennością (w znaczeniu np. fotografii ulicznej; nie mówię tu o fotoreportażu społecznym, interwencyjnym). Szukając materiałów do badań musiałam więc wywoływać duchy.

Zamiast polskich fotografii sięga pani po zdjęcia robione przez odwiedzających Polskę cudzoziemców. Co na nich widać, czego Polacy nie dostrzegali?

Codzienność: ulice, wnętrza, przedmioty. Witryny sklepowe, wnętrza restauracji, komunikację miejską. To, jak codzienne życie trwa i zmienia się. Ich to interesowało, bo dla nich te realia pozostawały egzotyczne.

Ten okres w pani książce to nie tylko inwazja przedmiotów „z zachodu”, ale także powroty tradycji: np. we wnętrzach mieszkalnych, gdzie wraca styl pseudo-mieszczański. Gdzie jeszcze można dostrzec takie powroty przeszłości?

Dobrym przykładem może być kampania reklamowa Totolotka. Robił ją reemigrant z Belgii, Marcin Mroszczak, w agencji Corporate Profiles. Z badań, jakie zamówił, wyszło mu, że reklamy loterii w Polsce muszą odwoływać się do zupełnie innych aspiracji, niż w Belgii. W Belgii zwycięzców przedstawiano pod palmami, pijących egzotyczne drinki. W Polsce należało sięgnąć po wizerunki szczęśliwców w zaciszu przytulnego, mieszczańskiego wnętrza z kominkiem – Polakom pieniądze kojarzyły się głównie z pragnieniem mieszczańskiej stabilności, ale też dobrego rodowodu. W kolorowych pismach z tego okresu obserwujemy prawdziwą eksplozję fascynacji życiem wyższych sfer.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Duchologia pokazuje, że reklama nie zaczyna się wraz z rokiem ’89, co jednak w reklamie okres, który pani bada, różni od PRL?

Reklama w PRL nie sprzedawała aspiracji. Miała głównie informacyjny wymiar. Funkcjonowała w bardzo ograniczonym obiegu. To się zmienia pod koniec lat 80., reklama zaczyna wtedy sprzedawać styl życia.

Chyba też zaczyna uczyć Polaków znaczenia marki, odróżniania podróbki od oryginału. Czy ten okres, który pani analizuje nie jest jeszcze tym, gdy ta świadomość różnicy podróbka-oryginał pozostaje w dużej mierze zatarta?

Sformułowała bym to trochę inaczej: w tym okresie Polacy zostają włączeni w globalny obieg podróbek i oryginałów. Podróbki, jakie zalewają nasz rynek w „widmowej dekadzie” nie powstają przecież w Polsce, są do nas importowane najczęściej z Chin i Tajwanu, wcześniej z Turcji. Świadomość oryginału była jednak mocna jeszcze w późnym PRL, dzięki ograniczonemu polu dóbr dostępnych w Pewexie czy w Modzie Polskiej, dzięki dobrom z drugiej ręki przywożonym z Zachodu, samodzielnemu importowi z Turcji, Jugosławii. Powiedziałabym nawet, że oryginałów w stosunku do podróbek było więcej przed 1989 roku, niż po. Wtedy też po prostu dla wielu ubożejących Polaków kryterium cenowe zaczyna przeważać nad kryterium prestiżu. Podróbki są też bardziej dostępne: pełno ich na bazarach. Sklepy firmowe wolniej wchodzą do Polski, rozpoznają dopiero rynek. Podobnie jest z obiegiem pirackim muzyki i filmu: on jest w badanym przeze mnie okresie po prostu bardziej dostępny, niż oryginały.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Analizuje pani w książce kulturę wizualną tego często „pirackiego” obiegu kultury. Określić byśmy ją dziś mogli jako bardzo „punkową”, robioną metodą DIY, z wykorzystaniem tanich i nowoczesnych wtedy narzędzi, głównie Corela.

Zwłaszcza okładki kaset magnetofonowych są zagłębiem kreatywności, swoistego outsider artu lat 90. Przy projektowaniu kaset magnetofonowych wydawcy puszczają wodze fantazji, okładka nieraz nie ma nic wspólnego z muzyką. Najlepszym przykładem jest dla mnie okładka kasety Piosenki dla matki discopolowego zespołu Orion – najbardziej fantazyjny outsider art z epoki. Niesamowita jest też muzyka, bardzo nawet jak na ten gatunek prosta, skoczna, nagrana na tanim syntezatorze, w samej niedoskonałości medium doskonale ujawnia się widmowość epoki, jej niewspółmierność z samą sobą. Także historia muzyków Oriona może służyć jako metafora tamtych czasów. Założyli go ludzie, którzy nie chcieli grać disco polo, tylko rocka. Na prośbę znajomych nagrali kilka przebojów weselnych i harcerską piosenkę antyaborcyjną, wszystko w klawiszowej aranżacji. Kaseta z nimi okazała się wielkim przebojem, rozeszła się po całej Polsce prywatnymi kanałami, a przy tym stała się przekleństwem dla tych ludzi – nikt nie był już w stanie traktować poważnie jako rockmanów.

Ten oddolny wymiar i etos DIY „widmowej dekady”, jaki wyłania się z pani narracji, przeczy popularnej tezie, że kultura tego okresu to głównie imitacja zachodu.

Cieszę się, że pan to zauważył, zależało mi na wskazaniu tego. Jeśli spojrzy się na kolekcje kaset z tego okresu, które dziś czasem trafiają do sprzedaży, to widać, jaki to jest miszmasz: rock progresywny, Floydzi, późny Krzysztof Krawczyk i italo disco. Takie pomieszanie tworzyło kreatywny chaos, uniemożliwiający bezpośrednią imitację. Często uniemożliwiały ją także warunki techniczne, jakie mieli wtedy polscy artyści. Muzyka „widmowej dekady” to często imitacja imitacji – muzyka chodnikowa naśladuje italo disco, które jest specyficzną mutacją amerykańskiej muzyki dyskotekowej, progresywnej elektroniki i piosenek z San Remo. Ten drugi poziom wtórności paradoksalnie staje się czasami oryginalny. Myślę, że skromne możliwości technologiczne sprzyjają czasem zaskakującej pomysłowości.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Przy tym ta muzyka tworzy oddolny, demokratyczny obieg, niezauważany przez muzyczną krytykę, która chce zaprojektować polski rynek muzyczny raczej rockowo.

Tak, ale ta „garażowa” oddolność szybko znika. We wczesnych latach 90. muzyka tzw. chodnikowa obok przerabiania weselnych i wakacyjnych standardów trzyma rękę na pulsie, bardzo szybko łapie w radary nowe gatunki: techno, rap, korzysta z bardzo popularnego dziedzictwa ballady rockowej. Ale już wkrótce muzyka disco polo (nazwa wymyślona przez Sławomira Skrętę z wytwórni Green Star) trafia do telewizji, tam ma swoich gate keeperów i osoby odgórnie kreujące trendy. Zespoły zaczynają pochodzić z castingu, ich piosenki są coraz bardziej formatowane, wszyscy mają śpiewać jednakowymi, chłopięcymi głosami. Pojawiają się kolorowe czasopisma dla fanów i książeczki 101 dowcipów o disco polo.

Pisze też pani o okładkach kaset wideo. Ciekawa jest ich zawartość. Też poniekąd „duchologiczna” – w okresie przełomu oglądamy kino reaganowskie, z pierwszej połowy lat 80. I to nawet nie koniecznie „kino nowej przygody”, ale drugą i trzecią ligę amerykańskiej produkcji. Np. filmy z wytwórni Cannon Films, znanej z cyklu Amerykański ninja , kolejnych Życzeń śmierci , czy serii z Chuckiem Norrisem Zaginiony w akcji.

Co wynikać mogło z przyczyn dystrybucyjnych – często, by kupić hit, dystrybutor w pakiecie musiał kupić pięć produkcji klasy B. Dlatego też tak wiele emitował ich na początku Polsat – ten sam mechanizm wcześniej działał w dystrybucji kaset wideo. Gdy widz został zalany taką falą złych filmów akcji, stawały się one stopniowo jego głównym filmowym wyborem. Jednocześnie świadomie trochę pomijam w swojej książce kulturę filmową. Wiem, że Mirosław Filiciak pracuje nad książką o wideo, nie chciałam powodować kolizji. Skupiam się raczej na towarzyszącej wideo kulturze wizualnej.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Była tak samo kreatywna, jak w branży muzycznej?

Wiele firm po prostu dosłownie kopiowało okładki zachodnich dystrybutorów. Ale nie wszyscy. Firma Wideo Rondo pozwalała projektować swoje okładki amatorom albo studentom, którzy mieli narysować „wariację na temat”. Dawało to często bardzo ciekawe efekty. Niektóre przypominają malowane ręcznie plakaty filmowe z Ghany. Podobnie postępowało wydawnictwo Phantom Press. Okładki jego książek i kaset Wideo Rondo, powstawały pod wyraźnym wpływem nurtów lansowanych wówczas przez pismo „Nowa Fantastyka”: realizm fantastyczny, Boris Vallejo, Wojciech Siudmak, te klimaty.

Analizuje pani w książce eksplozję szeroko rozumianej ezoteryki. Publikacje o paleoastronautach, astrologia, Kaszpirowski w telewizji – skąd się to bierze? Duchologiczna epoka objawia się w ten sposób?

Tak, choć korzenie tych zjawisk sięgają głębiej. Dziesięć lat przed Kaszpirowskim jest ojciec Klimuszko, o którym z atencją wypowiada się Ekspres reporterów. Zafascynowanie swoich znajomych jogą, medytacją, ezoteryką zauważa na początku lat 80. Miron Białoszewski. Więc wszystko to tak naprawdę zaczyna się w epoce stanu wojennego. To znane zjawisko w etnologii: okresy kryzysów i przesileń skutkują falą irracjonalizmu. W latach 90. widzimy to zarówno w eksplozji komercyjnej ezoteryki, jak i w narastaniu irracjonalnych fobii: np. lęku przed AIDS czy sektami. Na początku lat 90. mamy serię napadów rabunkowych, z którymi policja nie jest sobie w stanie poradzić. Bardzo szybko pojawia się miejska legenda, przypisująca je „gangowi satanistów”.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Bada pani w tej książce bardzo wiele związanych z epoką przedmiotów. Dałoby się wskazać jakiś jeden, najlepiej symbolizujący te czasy?

Dla mnie to chyba linijka z hologramem. Z ukrytą na płaskim przedmiocie trójwymiarową animacją. Najpierw importowano je do Polski ze Związku Radzieckiego, następnie z Chin i Tajwanu. To doskonały symbol tej rzeczywistości, z jej ukrytym trzecim wymiarem. Ale być może nawet bardziej niż przedmioty, za symbol epoki służyć mogą miejsca, w których zmienia się powierzchowna dekoracja, ale nie esencja; obraz, ale nie rama. Będzie więc to na przykład sklep Społem, gdzie wnętrze się nie zmienia: brązowe kafelki, takie same lady i lodówki jak zawsze, zakurzona książka skarg i zażaleń, ale na szybie witryny (zastawionej ozdobną kratą) pojawi się nagle naklejka reklamująca Coca-Colę, a na paździerzowych półkach – kolorowo zapakowane produkty, nieprzypominające już ponurych opakowań zastępczych. Na półkach proszek Cypisek będzie sąsiadował z jakimś proszkiem niemieckiej produkcji. Albo mieszkanie typowego fana gier komputerowych z lat 90., gdzie komputer stoi włożony w meblościankę, obok której wisi słomianka, a na niej wydrukowane screeny z gier komputerowych.

Jak tzw. kultura wysoka reagowała na wszystkie te zjawiska, o których rozmawiamy? Przetrawiła je jakoś? Izolowała się od nich?

To wszystko, o czym rozmawiamy, było dla Polaków wielkim szokiem poznawczym. Reagowano nań bardzo różnie. Na jednym biegunie będzie ekscytujący się tym wszystkim „Brulion”, który na wczesnym etapie istnienia chłonął i trawił wszelkie, chętnie skrajne, fenomeny. Na drugim zamknięcie się w wieży z kości słoniowej. Robi to nie tylko „kultura wysoka”, ale i obieg popularny. Np. magazyn „Twój Styl” odwiedza w domu Jerzego Waldorffa, który opowiada o swojej kolekcji antyków albo Andrzeja Wajdę, oprowadzającego czytelników po dawnym dworze Norwida. Inną strategią jest negacja, alergiczne zaprzeczenie. To pojawia się często w „Gazecie Wyborczej”, gdzie czasami nawet z pewnym obrzydzeniem, a na pewno mocno krytycznie pisze się o gustach rynku wideo czy powieściach pulpowych. Wszystko to świadczy o chęci ukierunkowania gustu popularnego, wzięcia go w jakieś uśrednione ramy. Najciekawiej i stosunkowo szybko na nowe zjawiska reaguje obieg akademicki. Gdy czytam dziś o reakcjach na lata 90., to najciekawsze, pisane na gorąco interpretacje znajduję w „Polskiej Sztuce Ludowej. Kontekstach” – nie ma tam ani paniki, ani ekscytacji, jest próba zrozumienia rzeczywistości. Tacy badacze jak Roch Sulima czy Dariusz Czaja interesują się napisami na murach, amatorską architekturą ogródków działkowych, szablonami graffiti, pierwszymi supermarketami.

Czy z tego szoku poznawczego tej epoki bierze się późniejszy konserwatywny zwrot? Najlepiej symbolizowany przez naczelnego „Brulionu” Roberta Tekielego, który przechodzi na pozycje katolickiego fundamentalizmu.

Tego zwrotu na prawo od początku badanego okresu można się było spodziewać. Były wyraźne sygnały. Pierwsze demonstracje przeciw aborcji to przecież już koniec lat 80. Wiadomo też było, jakie są poglądy dominujących w tym okresie polityków, wywodzących się z Solidarności. Bardzo szybko Kościół katolicki zdobywa trzy ważne pozycje: religię w szkołach, konkordat, zakaz aborcji, a do stałego repertuaru wielu polityków dołącza manifestowanie religijności.


„Duchologia polska”, fot. archiwum Olgi Drendy

Czy zgodziłaby się pani, że „widmowa dekada” i jej estetyka trafiły na długi czas do czyśćca, z którego dziś wychodzą, stając się przedmiotem nostalgii?

Na pewno mamy do czynienia z taką nostalgią, podkolorowaną przez internet, za sprawą którego doświadczamy dziś „zglobalizowanych lat 90.”. One w tamtej epoce częściowo już u nas były zglobalizowane, ale nie do końca. Jeśli dziś popatrzymy na internetowe podsumowania tego, co ludziom w Polsce kojarzy się z latami 90., to zwykle to będą te same rzeczy, które możemy zobaczyć na listach „najlepszych rzeczy z lat 90.” publikowanych w BuzzFeedzie czy Bored Pandzie: kosmiczne buty Spice Girls, muzyka eurodance, Archiwum X – zjawiska o zasięgu międzynarodowym. Ciekawe jest to, że dziś ludziom z latami 90. w Polsce kojarzy się – tak jak w USA – Beverly Hills 90210, a nie o wiele wtedy popularniejszy w polskiej telewizji Dzień za dniem czy Przystanek Alaska. Myślę, że internet zmienia również naszą pamięć, sprawia, że w retrospektywie korygujemy ją sobie, a czasami pożyczamy sobie mimowolnie czyjeś wspomnienia.

Jeśli chodzi o sam ten amatorski, outsider artowy obieg, to on na pewno przeżywa swój renesans. Ciekawie eksploruje go np. youtubowy kanał Kraina grzybów. Nawiązuje z jednej strony do telewizji edukacyjnej czy VHSów ze szkoły, z drugiej, do takiej estetyki wczesnych lat 90. jak zespół Fasolki czy Tęczowy Music Box. To dla mnie najlepszy przykład kreatywnego, a przy tym bardzo wiernego przywołania „widmowej dekady”.

***

Książka Olgi Drendy Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji ukazała się nakładem wydawnictwa Karakter.

Czytaj także
Od białych skarpetek do koszulek z żołnierzami wyklętymi, z Magdą Szczęśniak rozmawia Jakub Majmurek

**Dziennik Opinii nr 152/2016 (1302)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.