Czytaj dalej

Myśliwi chętnie mówią, że polowanie to najwyższa forma kontaktu z naturą

Fot. USFWS Mountain-Prairie/flickr.com

Co roku w krajach Unii Europejskiej myśliwi pozostawiają na polach, w lasach i wodzie nawet 50 tysięcy ton ołowiu. W Stanach Zjednoczonych i w Europie amunicję myśliwską uznaje się za najważniejsze, niekontrolowane źródło przenikania tego toksycznego pierwiastka do środowiska. Fragment „Książki o śmieciach” Stanisława Łubieńskiego.


Słabnie szum drogi wojewódzkiej numer 177. Nieoblegana jednopasmówka, ale w ciszy sosnowego lasu u schyłku lata każdy samochód długo zaznacza swoją obecność. Rude pnie stoją posadzone jak od linijki. Równe czworoboki upraw, na plantacji drewna panuje porządek. Żadnych krzaków, żadnej polany, żadnego koślawego grabu. Ze zwierząt najłatwiej spotkać tu człowieka, homo sapiens, w pogoni za przedstawicielami królestwa fungi, z grupy macromycetes, grzybów wielkoowocnikowych. Ale nie dziś i nie jutro, bo deszcz nie padał tu od miesięcy. Pod nogami trzeszczą gałązki, trzeszczy zatopiony w mchu stary parasol i pordzewiała tablica rejestracyjna. Gdzieś tam, gdzie powoli zachodzi słońce, las się przerzedza. Między drzewami widzę niebo, powietrze, przestrzeń.

Dwudziestometrowa skarpa i duży, opasany trzcinami staw. A w zasadzie kilka stawów pokrojonych groblą. Woda burzy trochę ten porządek monokultury. Zwierzęcą ścieżką w dół zagłębiam się w ols. W błocie ślady ostrych kopytek, sarny przychodzą tu się napić. Z wody patrzy na mnie podejrzliwie gągoł. Złote oko jest nieruchome, kaczka zastygła, czeka na mój kolejny ruch. Na powierzchni ciemnym cieniem kładą się pnie olch. Stoję na zarośniętej drodze i schylam się po czerwieniejący w trawie przedmiot. Owalna rurka, wygląda na polietylen niskiej gęstości (LDPE) z blaszaną podstawą. Świeża, nieskorodowana. Nabój na kaczki, łuska o długości 7 centymetrów, śrucina trzymilimetrowa, masa ładunku 32 gramy. Producent: Fabryka Amunicji Myśliwskiej Pionki. Gągoł odlatuje.

*
Od połowy sierpnia trwa sezon polowań na ptaki. Specjaliści mówią, że to za wcześnie, jeszcze we wrześniu spotyka się samice wodzące młode. Strzelać można do czterech gatunków kaczek i chociaż gągoła nie ma na liście, to jego nerwowość jest uzasadniona. Polowanie to nie tylko śmierć i rany, polowanie to także stres, wymuszona migracja, przerwane żerowanie, a co za tym idzie, obniżona odporność i zdolności reprodukcyjne. Na stawach i jeziorach w całej Polsce zaczyna się kanonada. Zabijać można poczciwą, znaną nam z parków krzyżówkę, płochliwe cyraneczki, czernice z fantazyjnym frędzlem z tyłu głowy i srebrzyste głowienki.

Powiedzmy to sobie od razu, żeby nie było niejasności: polowanie na kaczki nie ma żadnego praktycznego uzasadnienia, jest rodzajem sportu. Popisem zręczności. Strzelaniem do uciekających rzutek. Co złego zrobiły kaczki, że muszą ginąć? Właściciele stawów skarżą się czasem, że wyjadają karmę dla ryb. Owszem, wyjadają. Według badań z lat osiemdziesiątych między 2 a 7,5 procent podawanej karmy. To raczej niewiele. Naukowcy twierdzą, że obecność wielu gatunków ptaków na stawach ma swoje zalety. I są to zalety, które przesłaniają wady. Kaczki, łyski, perkozy, a nawet czaple zapobiegają zarastaniu lustra wody, wyjadają larwy drapieżnych owadów żywiących się ikrą i narybkiem, sprzątają z powierzchni ryby chore oraz martwe. Dlaczego więc zabijamy kaczki? Tradycja nakazuje.

Tradycja tak jak ojczyzna – ucina dyskusje i dźwięczy bitewnym spiżem. Tak robili nasi dziadowie, a od dziadów wara, dziadowie nie mogli się mylić. Co z tego, że ich świat w niczym nie przypominał naszego.

Strzelanie do ptaków to przestarzałe barbarzyństwo

Nie jest jakąś wielką tajemnicą, że większość myśliwych słabo zna się na ptakach. Odróżnienie lecących kaczek to zadanie trudne, szczególnie jeżeli nie ma się na szyi lornetki i dużego doświadczenia. Komu by się chciało cierpliwie studiować atlasy, a potem mozolnie, latami zdobywać wiedzę w terenie? Na polowaniu ma się i tak zaledwie kilka sekund na strzał, po chwili ptak będzie za daleko, by śrut mógł przebić jego skórę. Na łowieckich forach, a nawet w oficjalnych sprawozdaniach Polskiego Związku Łowieckiego pisze się o polowaniu na „dzikie kaczki”. Zwykle bez uściślania gatunku. „Dzika kaczka” to może być każda kaczka. „Dzika kaczka” to ignorowanie faktu, że niektóre z nich należą do rzadkich, ginących gatunków. „Dzika kaczka” to kpina z przepisów o ochronie gatunkowej.

Po co myśliwy miałby się uczyć, jak wygląda samica chronionej, skrajnie nielicznej podgorzałki, skoro na egzaminie nie musi tego wiedzieć. Sprawdzana jest wiedza encyklopedyczna. Zrobiłem test na stronie internetowej PZŁ, na sto pytań większość dotyczyła zasad posługiwania się bronią, myśliwskiego obyczaju, gwary, kynologii, struktury organizacji. Jedno dotyczyło kaczek, ale nie polegało na identyfikacji gatunku. To było pytanie o ptaki łowne. Tak jakby te inne nie były ważne, tak jakby śrut się ich nie imał. Nikt nie sprawdza umiejętności identyfikacji ptaków w terenie. Pewnie dlatego co roku oprócz gatunków łownych zabija się te chronione, zdarza się, że rzadkie i ginące. Upolowane kaczki zresztą nie wszyscy chcą jeść, nie wszystkich cieszy perspektywa pasztetu z ołowiem. Wiele trupów i postrzelonych, niezdolnych do lotu ptaków zostaje na wodzie lub w trzcinach, chociaż obowiązkiem myśliwych jest je znaleźć, w razie potrzeby dobić i zabrać ze sobą.

5 powodów, dla których nie powinniśmy polować na ptaki

W 2019 roku Polski Komitet Krajowy Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), zrzeszającej rządowe i pozarządowe organizacje ekologiczne w stu sześćdziesięciu krajach, zaapelował do polskich władz o usunięcie trzech gatunków kaczek i łyski z listy ptaków łownych. Na podstawie szczegółowej analizy ocenia się, że ich populacjom w Polsce grozi załamanie. Niektóre już się załamały, zresztą nie tylko w naszym kraju. Głowienka jest ptakiem zagrożonym wyginięciem w skali globalnej. W Polsce taki status mają zaledwie cztery gatunki – skrajnie rzadki orlik grubodzioby, znikająca w dramatycznym tempie turkawka i wodniczka, dla której nad Biebrzę przyjeżdżają ornitolodzy z całego świata. Tylko głowienka nie jest w tym towarzystwie chroniona. Liczebność łownej czernicy zmniejszyła się o 75 procent w ciągu ostatnich trzech dekad. Polowanie na cyraneczkę może zagrażać populacji bardzo do niej podobnej, rzadkiej i chronionej cyranki. Polska populacja łyski, ptaka z rodziny chruścieli, spadła o 90 procent od lat osiemdziesiątych.

Gdyby Ministerstwo Środowiska, Główny Konserwator Przyrody i Polski Związek Łowiecki, adresaci apelu, przychylili się do wniosku ekspertów, na liście łownych kaczek zostałaby tylko krzyżówka. IUCN podkreśla konieczność przesunięcia harmonogramu sezonu łowieckiego tak, by polowania nie zaczynały się w momencie, kiedy dorosłe ptaki wodzą jeszcze nielotne młode. W czasach zmian klimatycznych przedłużenie okresu lęgowego to zjawisko powszechne i postępujące. Rekomendowane jest zaprzestanie polowań po zmroku, kiedy gatunki chronione i łowne są nieodróżnialne nawet dla doświadczonego ornitologa. Unia apeluje również o dokładne rejestrowanie zabijanych ptaków, a więc skończenie z nieprecyzyjnym pojęciem „dzikich kaczek” i „dzikich gęsi”, a także o rezygnację z ołowianej amunicji myśliwskiej ze względu na jej toksyczne właściwości.

Może Unia powinna zaapelować też o sprzątanie po sobie śmieci? Myśliwi chętnie mówią, że polowanie to najwyższa forma kontaktu z naturą. Jak to możliwe, że nie razi ich widok czerwonych i zielonych kawałków plastiku, śmietnika, który zostawili na stawach przy drodze wojewódzkiej numer 177?

*
Stawy Zatorskie niedaleko Oświęcimia słyną z hodowli ryb, ale to także jedna z najcenniejszych ostoi ptaków w południowej Polsce. Z tej przyczyny są wraz z najbliższą okolicą objęte ochroną. To obszar Natura 2000 Dolina Dolnej Skawy. W rozległych trzcinowiskach lęgną się rzadkie gatunki kaczek, na zarośniętych wyspach znajdują się największe w kraju kolonie lęgowe ślepowronów, niewielkich czapli, które prowadzą nocny tryb życia. Ale na Stawach Zatorskich, w prawdziwym ptasim raju, znajduje się również obwód łowiecki numer 99. W ostatnich latach ginie tu około dwóch tysięcy „dzikich kaczek” i łysek rocznie. Jeżeli spojrzymy szerzej, to okolica należąca do Natury 2000 jest podzielona między obwody łowieckie numer 79, 100, 117, 123, 124 i w niewielkim stopniu również 78, 80 i 116. Rocznie ginie tam kolejne tysiąc osiemset łysek i „dzikich kaczek”. Najwięcej strzela się więc na Stawach Zatorskich, kaczki, które uciekną spłoszone hukiem wystrzałów, mają szansę wlecieć pod lufy myśliwych polujących w okolicy.

Myśliwi, nikt was już nie lubi!

W latach 2008–2014 na Stawach Zatorskich przeprowadzono badania nad przyczynami śmiertelności ptaków. W trzcinach, na wodzie i na groblach znaleziono dwieście sześćdziesiąt zastrzelonych ptaków. Niemal 40 procent należało do gatunków ściśle chronionych. Wiele z nich nie przypominało specjalnie łownych kaczek, łysek ani gęsi. Najliczniej zabijanym ptakiem była mewa śmieszka. Zginął bielik, ślepowron, zginęły łabędzie. Ginęły ptaki względnie pospolite i bardzo rzadkie. Łącznie aż osiemnaście chronionych gatunków. Ptaki zabijano przez cały rok, choć w sezonie łowieckim ofiar było najwięcej. Strzelał niedouczony myśliwy czy kłusownik? Dlaczego strzelano? Palec, który naciskał na spust, dygotał z podniecenia czy był spokojny i pewny? Strzelał dla adrenalinowego haju czy w poczuciu gospodarskiego obowiązku, w przekonaniu, że szkodniki i chwasty, wszystko, co nie poddaje się władzy człowieka, musi zginąć?

W Polsce i wielu europejskich krajach rozwija się ruch antyłowiecki. Podczas jesiennych polowań w sezonie 2018 na Stawach Zatorskich myśliwym po raz pierwszy patrzyli na ręce ornitolodzy prowadzący społeczny monitoring. Na zdjęciach udokumentowano moment zestrzelenia chronionej cyranki. Ornitologów nie dopuszczono na teren polowania, do czasu przyjazdu radiowozu myśliwi prawdopodobnie wyrzucili gdzieś zabitego ptaka. Kartę pamięci z dokumentacją zdarzenia zabezpieczyła policja. Do końca sezonu ornitolodzy wypatrzyli na tym terenie osiemnaście niepodjętych po polowaniu ptaków.

Bardzo trudno jest złapać kogoś za rękę, łowy odbywają się najczęściej na stawach rybnych zamkniętych dla postronnych. Świadkowie mówią, że w niektórych miejscach strzela się po prostu do wszystkiego, co leci. Jakąś cząstkę wiedzy o problemie dostarczają portale społecznościowe. W 2018 roku media obiegło zdjęcie dwóch uśmiechniętych kobiet pozujących z zastrzelonymi kaczkami. Polowanie odbyło się na zachodzie kraju. Jedna z nich trzymała martwą cyrankę, gatunek chroniony. Sprawę umorzono – podobno nie dało się ustalić, kto faktycznie zabił ptaka. Śrutu nie da się przypisać do konkretnej broni, a więc uczestnicy polowań zbiorowych mogą czuć się bezkarni.

Pokotu nie będzie

W sierpniu 2019 roku myśliwy z województwa zachodniopomorskiego pozował z zastrzeloną krakwą. Dopiero kiedy koledzy zwrócili mu uwagę, usunął zdjęcie z portalu społecznościowego. To jasne, że nie potrafił rozpoznać chronionego gatunku, nawet kiedy trzymał go w ręce.

Od czasu ujawnienia kompromitujących zdjęć i nagrań (na przykład znęcania się nad konającym jeleniem) władze PZŁ zaapelowały do członków o niepublikowanie w internecie materiałów z polowań. Myśliwi częściej chwalą się swoimi osiągnięciami w zamkniętych grupach i w zaufanym towarzystwie.

*
Późnym latem i jesienią na groblach między stawami aż grzechocze od łusek. Wielu myśliwych nie sprząta po sobie, uważają się bowiem za stróżów zupełnie innego porządku. Za stróżów tradycji, a ludzie z taką misją nie muszą się schylać po śmieci. Parę kroków od czerwonej leży zielona. Włoska amunicja Cheddite, 34 gramy, pojedyncza śrucina ma 3,5 milimetra. Blaszka już trochę podrdzewiała, pewnie leży tu od zeszłego roku. Kto strzelał? Notable z powiatowego W. na dawnej granicy zaborów? Może pan D., właściciel hurtowni? Może któryś z dewizowych gości pani S., organizatorki polowań? A może właściciel firmy T., który kupił synowi H. na urodziny wiatrówkę? Niech się młody uczy męskości. Ten myśliwy zakradł się tu o świcie czy strzelał wieczorem, kiedy ledwie widział podrywające się ptaki?

Pewne jest jedno. Palec nacisnął spust, iglica uderzyła w spłonkę, zapalił się proch, a gazy prochowe wyrzuciły z lufy przeszło sto trzydzieści śrucin. Tyle mieści się w takiej właśnie łusce Cheddite. Po 35 metrach strumień śrutu pokrywa powierzchnię o średnicy blisko 2,5 metra. 35 metrów wynosi maksymalna dopuszczalna odległość strzelającego od celu. Kto jest taki aptekarski w terenie, kiedy adrenalina gra w żyłach? Po 50 metrach rozrzut sięga 4 metrów. Jeżeli myśliwy strzela w podrywające się z wody kaczki, może trafić przynajmniej kilka ptaków. Jeden, może dwa spadną do wody, reszta odleci, unosząc w ciele kawałki ołowiu. Dziesiątki kulek zatoną w wodzie albo spadną na brzeg czy groblę. Aby zabić jednego ptaka, myśliwy potrzebuje średnio sześciu do dziesięciu naboi.

Zenon Kruczyński: Za zło czynione przyrodzie przyjdzie w końcu zapłacić

Najczęściej śrut zalega w piersiach i skrzydłach. Jedna mała drobinka to wyrok. Ptak umrze, bo nie będzie w stanie uciec drapieżnikowi albo zwyczajnie powoli zatruje się ołowiem. Ale nie trzeba dostać kulki, by się zatruć. Ptaki wodne połykają śrut zalegający na brzegach i dnie zbiorników – mylą go z drobnymi kamykami, tak zwanymi gastrolitami, które w żołądku jak żarna ścierają pokarm. Na południu kontynentu najwięcej śrutu zjadały rożeńce – ponad połowa badanych ptaków. Należą one do grupy tak zwanych kaczek właściwych, co znaczy, że przy żerowaniu zanurzają tylko połowę ciała. Problem połykania ołowiu dotyka jednak w większym stopniu kaczek nurkujących (grążyc), które poszukują pokarmu na większej głębokości. Badania na północy Europy wykazały, że średnio najwięcej ołowiu w trzewiach nosiły gągoły i czernice – kilkanaście procent badanych. Rekordowe wartości odnotowano u czernic – śrut znaleziono u 80 procent ptaków na jednym ze stanowisk w Hiszpanii i u 58 procent w Finlandii.

Są gatunki, które trują się ołowiem niejako przy okazji. Ptaki drapieżne, padlinożerne zjadają śrut w mięsie ofiar czy w padlinie. Pierwszy artykuł na ten temat powstał już pod koniec XIX wieku, według najnowszych ustaleń śrut trafia do żołądków stu trzydziestu gatunków ptaków. Amunicja ołowiana w padlinie była główną przyczyną śmiertelności krytycznie zagrożonego kondora kalifornijskiego. Dziś liczebność gatunku, obejmująca ptaki dzikie i żyjące w niewoli, wynosi około pięciuset osobników. W 2008 roku na obszarze występowania kondora kalifornijskiego zabroniono polowania śrutem ołowianym.

*
Myśliwi często mówią, że polowanie na kaczki to dla nich sposób na zdobycie zdrowego mięsa „bez chemii”. Zaznaczają z dumą, że karmią nim swoje rodziny. Ciekawe informacje przyniosły badania stężenia ołowiu i kadmu w ciałach krzyżówek i łysek zastrzelonych na Stawach Zatorskich. U jednej trzeciej badanych osobników poziomy zawartości pierwiastków we krwi przekraczały unijne normy dopuszczalności do spożycia przez ludzi. Ptaki były zatrute długotrwałym kontaktem ze śrutem. Trudno powiedzieć, ile z nich żyło na stawach, mogły najeść się ołowiu gdzie indziej i przywędrować tu w sezonie jesiennej migracji. Badanie uświadamia raczej, jak powszechnym zjawiskiem jest zatrucie ptaków wodnych metalami ciężkimi. Szacuje się, że na Stawach Zatorskich ilość śrutu wynosi mniej więcej trzy śruciny na metr kwadratowy. To nic w porównaniu z ekstremalnymi koncentracjami spotykanymi na przykład w Hiszpanii. Na jednym ze stanowisk w delcie Ebro doliczono się niemal dwustu siedemdziesięciu śrucin na metrze kwadratowym. Śmiertelność w wyniku zatrucia ołowiem wśród zimujących tam krzyżówek sięga 37 procent.

Brudno jak w polskich rzekach

*
Problemem jest nie tylko ołów, lecz także sama idea polowania na ptaki. W 2019 roku w Polsce zabito ich legalnie sto osiemdziesiąt trzy tysiące. Dane nie obejmują jednak setek tysięcy ptaków ranionych, tych, które wpadły w trzciny i nie zostały podjęte przez myśliwych. Nie sposób policzyć tych, które umierają ze stresu, wypłoszone z kryjówek padają ofiarą drapieżników czy wreszcie osieroconych młodych, które nie radzą sobie bez rodziców. Polski Związek Łowiecki zapewnia, że polowania obejmują zaledwie promil populacji. W oświadczeniu twierdzi, że myśliwi troszczą się o gatunki łowne, a ich populacje co roku się odnawiają.

Trudno powiedzieć, na jakich przesłankach związek opiera swoje zapewnienia. Myśliwi nie prowadzą żadnych inwentaryzacji, żadnej oceny lokalnej populacji gęsi i kaczek, które w planach łowieckich zawsze figurują bez podziału na gatunki. Nie liczy się też łysek i słonek. Polski Związek Łowiecki nie może twierdzić, że populacja łownej gęsi białoczelnej się odnawia, bo najbliższe tereny lęgowe tych ptaków znajdują się w słabo zaludnionych ostępach podbiegunowej tundry Nienieckiego Okręgu Autonomicznego. Plany łowieckie wyznaczane są na oko. Zrównoważona idylla przedstawiona w oświadczeniu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Przez lata nie doceniano wpływu polowań na środowisko. Bardziej alarmujące wydawały się inne problemy ekologiczne: przekształcenia środowiska, niszczenie siedlisk, chemizacja rolnictwa. Parę lat temu ukazał się wstrząsający raport organizacji Bird Life International, z którego wynikało, że kłusownicy co roku zabijają w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej nawet trzydzieści osiem milionów ptaków. Okazuje się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. W 2018 roku Committee Against Bird Slaughter (CABS) przyjrzał się danym dotyczącym legalnych polowań. Okazało się, że tylko w krajach Unii Europejskiej (a także Norwegii i Szwajcarii) co roku, w majestacie prawa, z ustalonymi limitami zabija się blisko pięćdziesiąt trzy miliony ptaków.

Czemu tylko myśliwi? Wpiszmy polskich szmalcowników na listę UNESCO!

Legalne polowania są w dużej mierze niezauważane przez opinię publiczną i nikt nie ośmiela się kwestionować ich zasadności. W krajach Unii można polować łącznie na osiemdziesiąt dwa gatunki ptaków. Regulacje krajowe różnią się w tym względzie: w Polsce strzela się do trzynastu gatunków, we Francji do sześćdziesięciu siedmiu. Jaskrawy przykład niszczycielskiego wpływu polowań na populacje ptaków? Co roku zabija się półtora miliona turkawek, gatunku według Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody zagrożonego wyginięciem. Przez ostatnie trzydzieści lat światowa populacja turkawki skurczyła się o 80 procent.

Bulwersującym problemem jest notoryczne naruszanie punktu 1 artykułu 7 dyrektywy ptasiej przez niektóre państwa członkowskie. Przepis zastrzega, że polowanie nie może niweczyć wysiłków podejmowanych dla ochrony gatunku na obszarze jego występowania. Gwałcenie przepisów na poziomie międzynarodowym wygląda tak, że kiedy w Polsce chroni się za unijne pieniądze kulika wielkiego, we Francji można na niego polować. Na przykład w sezonie zimowym 2013–2014 na francuskim wybrzeżu zastrzelono siedem tysięcy tych ptaków. To dane oficjalne, oczywiście mogło być ich więcej.

W Polsce kurcząca się populacja kulików szacowana jest na dwieście pięćdziesiąt par. Nasze ptaki również giną we Francji. Pod koniec sierpnia 2019 roku logger GPS młodego kulika z obrączką J64 przestał wysyłać sygnał w okolicy Saint-Valery-sur-Somme. To teren, na którym istnieje rozbudowana infrastruktura myśliwska – czatownie i poldery wykopane, by zwabić żerujące nad morzem ptaki. Nie ulega wątpliwości, że kulik został zastrzelony. Podzielił los ptaków, których loggery ucichły w poprzednich latach. A tylko niewielka część polskiej populacji jest monitorowana tą kosztowną metodą. Nie wiemy, ile kulików zaopatrzonych jedynie w plastikowe obrączki ginie co roku we Francji.

Wątpię, by francuski myśliwy miał pojęcie, ile zachodu kosztuje odchowanie jednego polskiego kulika. Co roku, wczesną wiosną, ornitolodzy wynajdują gniazda i ogradzają je płotami elektrycznymi. Równocześnie dogadują się z rolnikami, by ci nie kosili łąki za wcześnie. Kiedy pojawią się jajka, ornitolodzy wybierają je i wkładają do inkubatora. Na miejsce prawdziwych do gniazd trafiają drewniane, pomalowane na oliwkową zieleń, nakrapiane atrapy. Jeżeli sztuczne jaja uszkodzą drapieżniki i dorosłe ptaki opuszczą gniazdo, pisklęta zostaną wychowane w wolierze przez człowieka i wypuszczone już po osiągnięciu lotności. Zabity we Francji kulik J64 pochodził właśnie z woliery. Odzyskał wolność w połowie lipca 2019, niedaleko rodzinnego gniazda w dolinie Górnej Biebrzy. Jeżeli atrapy nie zostaną naruszone, tuż przed kluciem podmienia się je na prawdziwe jaja, tak by pisklęta przyszły na świat już na wolności. A potem jeszcze długie sześć tygodni trzymania kciuków, by młodego, jeszcze nielatającego kulika nie zjadł lis. Jeżeli przeżyje, pierwszą zimę spędzi na wybrzeżach zachodniej Europy. Pozostaje się modlić, żeby nie wybrał francuskiego wybrzeża.

Gzyra: W byciu weganinem nie ma nic heroicznego

*
Patrzę pod nogi, więc nie patrzę przed siebie. Co chwila wpadam w wielkie, rozpięte w poprzek ścieżki pajęcze sieci. Od paru dni nikt tu chyba nie przechodził. Przy brzegu walają się rozwleczone pióra czapli siwej. Kawałki skrzydła. Pewnie do truchła dobrał się lis, ale kto odebrał jej życie? Na grobli między stawami leży kilkanaście łusek. Rzucają się w oczy, bo właściwie nie ma tu innych śmieci. FAM Pionki 28, 30, 32, 34 gramy. Śrut w trzcinach, pniach drzew czy pod wodą będzie się rozkładać nawet trzysta lat. Co roku w krajach Unii myśliwi pozostawiają na polach, w lasach i wodzie nawet 50 tysięcy ton ołowiu. W Stanach Zjednoczonych i w Europie amunicję myśliwską uznaje się za najważniejsze, niekontrolowane źródło przenikania tego toksycznego pierwiastka do środowiska.

Ze stawu niesie się w ciszy wariacki chichot perkozka. Kto wie, może i on nosi pod skórą kawałki śrutu? Cierpliwe, nieubłagane i zabójcze. Zatrucie ołowiem jest stare jak świat i znali je już starożytni. W II wieku przed naszą erą Nikander, grecki poeta i lekarz, opisywał efekty działania bieli ołowianej: wysuszone gardło, skołowaciały język, dreszcze, kolki (objawy nieznanej jeszcze wtedy ołowicy, zwanej saturnizmem). Architekt Cezara, twórca maszyn bojowych Witruwiusz ostrzegał, że ołowiane rury na akweduktach podobno szkodzą zdrowiu.

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pojawiała się nawet dość brawurowa teoria, że Cesarstwo Rzymskie upadło przez powszechne podtrucie ołowiem. W ołowianych naczyniach gotowano defrutum, syrop winogronowy, którym słodzono kwaśne wino, ołów był składnikiem kosmetyków i leków. Na jego działanie, zdaniem profesora Jerome’a Nriagu, były szczególnie wystawione rzymskie elity. Przez wiele wieków substancja upośledzała ich zdolności rozrodcze, inteligencję, zapewne odpowiadała też za rozmaite dziwactwa. Czytaliśmy o legendarnych zboczeńcach i patologicznych okrutnikach. Czy Kaligula i Heliogabal byli ofiarami ołowicy? Rzym idiociał, aż podbili go jacyś barbarzyńcy? Teoria profesora Nriagu powtarzana jest dziś raczej w formie ciekawostki. Ale ołowica w starożytnym Rzymie szalała z całą pewnością i faktycznie, zatrucie ołowiem jest dziedziczne. Podniesiony poziom pierwiastka we krwi wykryto między innymi u inuickich noworodków, których rodzice żywili się upolowanym ptactwem.

*
Na stronie Światowej Organizacji Zdrowia czytamy, że ołów atakuje ośrodki układu nerwowego, ale również wątrobę i nerki. Kumuluje się w kościach i zębach, podczas ciąży uwalnia się do krwiobiegu i wpływa na rozwój zarodka. Jest szczególnie niebezpieczny dla dzieci, ponieważ młody organizm wchłania cztery do pięciu razy więcej substancji niż dorosły. Zatrucie ołowiem dzieci powoduje upośledzenie rozwoju mózgu i zaburzenia w zachowaniach społecznych. Zachodzące zmiany są często nieodwracalne. W wielu krajach głównym źródłem zatruć jest wdychanie oparów z wytopu i niewłaściwego recyklingu ołowiu. Pierwiastek trafia do organizmu również przez układ pokarmowy – razem z zanieczyszczoną glebą i pyłem, przez naczynia na żywność i wodę dostarczaną ołowianymi rurami. WHO uważa ołów za jedną z dziesięciu najbardziej niebezpiecznych substancji chemicznych. Nie istnieje poziom ołowiu we krwi uznawany za bezpieczny. W 2016 roku pierwiastek doprowadził do śmierci pół miliona ludzi.

Dzieci znikały w prewentorium, byłe wykreślane z dziennika, a potem wracały

*
Słońce chowa się za drzewami. W ciszy nieśpiesznie przelatuje czapla biała, jak duch na tle ciemniejącego lasu. Kaczki chowają dziób pod skrzydłem i zapadają w czujny sen. Stulecia mijają, a ołów wciąż ma się nieźle. Pb, numer 82 na tablicy Mendelejewa. A przecież w ciągu kilkunastu lat, od kiedy skończyłem szkołę średnią, zjawiły się jakieś nowe, egzotyczne pierwiastki, choćby kopernik, moscovium, tennessin. Zniknęła z naszego kraju benzyna ołowiowa, farby z bielą ołowianą, ale amunicja śrutowa, podobnie jak myśliwska tradycja, trwa. Mimo że istnieją równorzędne, nietoksyczne, tanie zamienniki, jak choćby śrut stalowy. Na tych małych, nieuczęszczanych stawach znalazłem dziewiętnaście łusek ze śrutem o różnej wadze i średnicy. Dziewiętnaście – zdawałoby się niewiele, ale mieściły w sobie jakieś trzy i pół tysiąca ołowianych kulek. Czym jest polowanie ołowianym śrutem, jeśli nie usankcjonowanym zaśmiecaniem środowiska neurotoksyną? Dziwne. Prawda, a brzmi jak prowokacja.

*
Fragment Książki o śmieciach Stanisława Łubieńskiego, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora. Przypisy umieszczono w hiperlinkach, a część pominięto. Tytuł od redakcji.

**
Książka o śmieciach Łubieński fragmentStanisław Łubieński – z wykształcenia ukrainista i kulturoznawca. Współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor reportażu historycznego Pirat stepowy. Za zbiór esejów Dwanaście srok za ogon otrzymał Nagrodę Nike Czytelników 2017, a także nominacje do Paszportu „Polityki” 2016 oraz Nagrody Literackiej Gdynia 2017. Prowadzi spacery przyrodnicze i blog Dzika Ochota. Mieszka w Warszawie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać