Kinga Dunin czyta

Dunin: Czy kobiety piszą gorsze kryminały niż mężczyźni?

Zgodnie z logiką kryminałów należy zapytać: kto zabił, a kto zyskał?

Schemat: jest trup, a teraz dowiedzmy się, kto zabił, sprawdza się w literaturze od tysięcy lat. Od czasów Ajschylosa i Sofoklesa, od historii Edypa próbującego rozwikłać zagadkę śmierci Lajosa. (Jak widać pomysł, aby detektyw okazał się zabójcą, nie jest aż tak oryginalny. I to nie Agatha Christie wpadła na niego pierwsza.) Później wymyślono jeszcze mnóstwo innych wariantów fabularnych prowadzących od trupa do wykrycia sprawcy, a kryminał stał się dobrze utrwaloną konwencją i nic nie wskazuje na to, aby miała nam się znudzić. Można ją dalej rozwijać, bawić się nią, wykorzystywać w literaturze wysokoartystcznej, ale zawsze odnosi się do pewnego znanego wzorca.

Co robią z nim kobiety? Radzą sobie, czy raczej powinny ten gatunek pozostawić mężczyznom?

Kiedy internetowa około-literacka żulerka postanowiła trochę pognębić Kaję Malanowską, trudno było zarzucić jej powieści kryminalnej Mgła brak znajomości tej konwencji, oczywiste błędy, nielogiczności czy niedopatrzenia, które pozwoliłyby złapać autorkę za rękę. Przyznawano też, chętnie lub mniej, że książka „wciąga”, co chyba jest najważniejsze przy ocenie literatury w swoim zamierzeniu popularnej. Trudno było przyczepić się też do tego, jak zbudowane są postacie – przekonująco, z realizmem psychologicznym i wrażliwością znaną z poprzednich powieści autorki, ale też z niezbędną dozą ekscentryzmu pani komisarz prowadzącej śledztwo. Jej dziwactwa i splatające się z rzeczywistością sny stworzyły z niej charakterystyczną postać, bez czego żaden porządny kryminał nie może się obejść. Policjanci pochwalili realizm opisu pracy policji. Pojawiły się cenione w innych kryminałach (np. u Miłoszewskiego) ważne i aktualne tematy – uchodźcy, religijna sekta chroniona przez władze… Pod względem języka i stylu Mgła jest lepsza od większości polskich kryminałów. Nie można też niczego zarzucić jej konstrukcji.

Intrygujący w tym kontekście wydał mi się zarzut, że autorka doskonale zna i realizuje konwencję powieści powieści kryminalnej, ale jej „nie rozumie” (WTF?).

Wiara w nieuchwytnego „ducha kryminału” wydaje mi się czysto metafizyczna. O jakie kryteria tu w istocie chodzi?! Takie, których nie da się wypowiedzieć?

Właściwie jedyny zarzut jaki można postawić autorce jest taki, że stworzyła produkt aż nazbyt idealny, podczas gdy spodziewaliśmy się po niej większego odlotu. Ponieważ jednak nie raz zwracałam uwagę na rozmaite niedoróbki u naszych najbardziej cenionych twórców kryminałów, uważam że perfekcyjne rzemiosło należy docenić. Jak wszystko, co jest niezwykle rzadkie.

Poza duchem oczywiście istnieje jeszcze rynek i to on podobno weryfikuje autorów popularnych, decyduje, która książka jest „dobra”. Po prostu ludzie chcą ją kupować i prawdopodobnie czytać, nagradzając autorów kasą i sławą. Tak przynajmniej pouczano Malanowską, kiedy upomniała się o materialne zabezpieczenia dla pisarzy.

W innych sytuacjach nie jesteśmy jednak tak naiwni. Każdy wie, że między produktem a popytem znajduje się jeszcze marketing i reklama, która ma też swoje odnogi internetowe, środowiskowe, szeptane i rozsyłane. Jak często autor będzie wspominany, wywiadowany, jakie oceny będą dominowały, nie jest tylko i wyłącznie funkcją jakości tego, co napisał.

Ta sfera pośrednicząca między pisarzem a czytelnikami jest w pewnym przynajmniej zakresie objęta rozmaitymi tabu. Interesy, zależności, układy towarzyskie, środowiskowe mity dotyczące roli pisarza… I bardziej konkretne działania, np. opłacanie pozytywnych opinii na portalach czytelniczych. Promocyjne pompownie tego, co już zaczęło się dobrze sprzedawać – bez względu na jakość.

Nie sprowadzając wszystkiego do „walki płci”, zaryzykuję jednak tezę, że są to mechanizmy częściej sprzyjające mężczyznom. A przeciwko kobietom bywają uruchamiane odruchy seksistowskie, o czym przy okazji Mgły pisała Eliza Szybowicz. Chociaż nakłada się tu na siebie wiele czynników, w efekcie jednak to mężczyźni mają lepiej, nie tylko dlatego, że lepiej piszą, bo wcale tak nie jest, ale choćby dlatego, że mają więcej kolegów, którzy w dużym nakładzie są w stanie napisać felieton o tym, jak wspaniałe kryminały pisze mój przyjaciel.

I nie jest to też żadna teoria spiskowa, po prostu facetom autentycznie mogą bardziej podobać się kryminały pisane przez facetów, a tak się składa, że to oni częściej są decydentami. Gust może i jest sprawą indywidualną, ale może być też w jakiejś mierze genderowy.

W każdym razie lektura np. powieści Marka Krajewskiego nie sprawia mi żadnej przyjemności, a nawet wręcz przeciwnie. I wydaje mi się, że jest to odruch wynikający z pewnego typu wrażliwości, którą dzielę przynajmniej z niektórymi kobietami i gejami.

No dobrze, a Bonda? Królowa polskiego kryminału? Naprawdę, daleko jej do ideału, ale świetnie się sprzedaje, a jej twórczością zajmują się pisma z wyższej półki. Przypomnijmy jednak, że między dziełem a czytelnikiem znajduje się coś więcej niż księgarnia. Bonda napisała całkiem sporo książek zanim została dostrzeżona. Wieść gminna niesie, że wydawnictwo, wprowadzając na rynek nowy jej produkt, zatrudniło profesjonalną agencję reklamową. Promowano intensywnie i książkę, i autorkę z jej atrakcyjną dla mediów prezencją i ciekawą historią – zabiła człowieka! Z niczego nie da się zrobić bestsellera (chyba, że będzie to Gombrowicz), ale ze średniej literatury już tak.

Postanowiłam więc poszukać jeszcze innych kobiecych autorek. Może jednak warto o ich istnieniu wiedzieć – w razie przeciągającej się grypy, podróży pociągiem czy innych podobnych okoliczności. Znawcy pewno je znają (a nawet nagradzają), ale okazjonalni czytelnicy już niekoniecznie.

Jeżeli zapytać o polskich twórców kryminałów ludzi, którzy mniej więcej wiedzą „co się czyta”, choć może nie są gorącymi fanami tego gatunku, wymieniają Bondę oraz kilku panów. Nikt z moich znajomych – wiem, że nie jest to próba reprezentatywna – nie znał np. Marty Guzowskiej.

Jest ona autorka trzech kryminałów: Ofiara Polikseny, Głowa Niobe, Wszyscy ludzie przez cały czas. Są to kryminały „archeologiczne” – miejsca akcji to archeologiczne wykopaliska w Troi, na Krecie i konferencja naukowa o tematyce historycznej. Przy okazji najwięcej jednak dowiadujemy się o stadiach rozkładu zwłok. Zbrodnie mogą czasem budzić wątpliwości co do realizmu motywów, do rozwiązania nie zawsze prowadzi krystaliczna droga dedukcji, ale akcja toczy się wartko. Łącząca wszystkie powieści postać prowadzącego śledztwa to światowej sławy antropolog Mario Ybl. Na miejscu zbrodni znajduje się przez przypadek, a zagadkę rozwiązuje jakby od niechcenia. Jest to postać rodem z czarnych kryminałów – samotny, depresyjny, nadużywający i palący. Cham, seksista i dziwkarz. Inteligentny, złośliwy i przekorny. Właściwie jest parodią takich postaci. Zakochany na zawsze w tej samej kobiecie, pięknej pani archeolog, z którą nie umiał sobie ułożyć życia, ale będzie jej życie ratował. Poza tym boi się ciemności, które przyprawiają go o napady panicznego lęku i wtedy to jego trzeba ratować. No i ta jego arogancja jest taka infantylna! Tak naprawdę to słodki i zabawny kogucik. Kobiety miewają słabość do takich typków, choć żyć się z nimi nie da. Wbrew pozorom jest to więc postać stworzona raczej dla czytelniczek niż czytelników.

Jak to bywa w czarnych kryminałach, wykrycie sprawcy nie musi oznaczać, że sprawiedliwość zwycięża. Policja nie jest pomocna, a środowisko naukowców wcale nie jest takie święte, szczególnie kiedy w grę wchodzi pozycja zawodowa albo granty. (Jest to zatem także kryminał uniwersytecki, odmiana: badania terenowe, konferencje wyjazdowe.)

Marta Guzowska jest archeolożką podobnie jak Marta Giziewicz, która zadebiutowała właśnie kryminałem historycznym Kareta. Można by je łatwo pomylić, ale to zupełnie inna bajka.

Akcja Karety toczy się w połowie XIX wieku w Warszawie, realistycznie opisywanej przez bohaterów powieści, a więc w staroświeckiej dykcji. W istocie nie jest to jednak realistyczny kryminał – to horror kryminalny, a wampiryczne bezczeszczenie zwłok może się okazać bardziej istotne dla sprawy niż morderstwa kobiet. To naprawdę smakowita historia, zapowiadająca cykl powieści o Konradzie Masternowiczu, zastępcy carskiego policmajstra. To Polak urodzony w Anglii, dla tutejszych patriotów jest wstrętnym kolaborantem, którego najchętniej by zamordowali i na chęciach nie poprzestają. Delikatny, szlachetny, dobrze wychowany, czasem jednak robi rzeczy, które dzisiaj nie przyniosłyby chwały stróżom porządku. Największą jednak zaletą Karety jest dla mnie przenikający ją „duch czasów”, gdzie konwenanse i rozmówki prawie jak z Henry’ego Jamesa maskują chciwość oraz zgodę na przemoc i bezprawie. Blichtr i nędza, kolonialne zależności… I żadnej nostalgii za starą, dobrą Warszawą.

Nawet jeżeli detektywami w powieściach obu pań są panowie, to towarzyszy im ważna postać kobieca. U Guzowskiej archeolożka z charakterem albo obarczona życiem rodzinnym policjantka, u Giziewicz córka lekarza, która ze spokojem wykonuje sekcje zwłok.

Natomiast Trzewiczki Matki Boskiej Joanny Sokolińskiej to kryminał komiczny, taki z tradycji Chmielewskiej, więc główną bohaterka jest kobieta nieco zwariowana. Orientalistka poszukująca pracy w zawodzie, która – kiedy w końcu ją znajduje – odkrywa, że jest w zagrożonej ciąży. I jest to źródłem wielu komicznych sytuacji – naprawdę! Jej mężem jest filozof dorabiający w zakładzie pogrzebowym, ojciec zaś to złodziej, podobno już niepraktykujący, ale kto wie. Oczywiście są też tajemnicze zbrodnie i tajemniczy pies, którego rola nigdy się nie wyjaśni, oraz trzy spiskujące starsze panie – cwaniary? A także wiele informacji o roślinach, którymi można kogoś otruć. Całkiem pospolitych roślinach, więc wiedza ta może okazać się przydatna. Intryga kryminalna, powiedzmy, że jest nieco wydumana i nie zawsze wszystko trzyma się kupy, ale książka sympatyczna i zabawna.

Trujące rośliny występują też – kobiety widać to lubią – w Zapłacie Małgorzaty Rogali. To poprawny i poprawnie napisany kryminał z mieszaną parą śledczych i istotnymi wątkami romansowymi. Z uroczą podejrzaną łączy ich przyjaźń i miłość, ale kto powiedział, że sympatyczni ludzie nie mordują?

Czy zatem pisane przez kobiety kryminały różnią się od tych męskich? Jest w nich więcej kobiet, więcej wdzięku, psychologii i romantyzmu, no i więcej humoru. Są trochę inne niż te męskie, ale na pewno nie gorsze.

Jednak kiedy przychodzi do dzielenia rynkowego tortu czy medialnego podziwu, to wydaje się, że kobiety dostają mniejszy jego kawałek. Zgodnie z logiką kryminałów może należy zapytać cui bono?

**Dziennik Opinii nr 338/2015 (1122)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kinga Dunin
Kinga Dunin
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco