Kraj

Stawmy czoła obcej ideologii, która zagraża dziś Polsce!

Język dzisiejszej prawicy coraz częściej przypomina przygotowane na kolanie napisy do seriali. Niby sens się zgadza, ale co jakiś czas trafia się na jakieś „plucie gwoździami”, które przypomina nam, że to jednak nie dzieje się w Polsce.

Politycy prawicy mają rację. Obca ideologia faktycznie jest dziś na bezprecedensową skalę importowana do Polski. Przemycana w niebezpiecznych książkach, sowicie finansowana przez sieć szemranych powiązań. Uwodzi młodzież i trafia do wyobraźni polityków ślepo zapatrzonych w swoich zachodnich kolegów.

To ideologia, która narodziła się za oceanem. Ideologia wspierana dziś przez Kreml szukający rozbicia i osłabienia Europy. Ideologia całkowicie obca polskiej tradycji i kulturze.

Zaślepieni nią nie mają nawet świadomości, że – niczym pacynki – powtarzają bezmyślnie scenariusze pisane w obcych stolicach. I to czasem z żenującymi błędami w tłumaczeniu. Jak wówczas, gdy poseł Dominik Tarczyński w TVN ogłosił, że jako pomocnik egzorcysty na własne oczy widział, jak osoby opętane „pluły gwoździami”. Nie wiem, panie pośle, w jakiej książce pan to przeczytał, ale to spit nails to idiom, który oznacza po prostu agresywne, wulgarne zachowanie. (Chociaż oczywiście nie wykluczam, że to ignorancja językowa szatana, a nie pańska).

14 rzeczy, których zabronił Duda, zakazując propagowania LGBT

Ideologia, o której mowa, to amerykańska alt-prawicowa kontrrewolucja. Opiera się na kilku prostych przesłankach. Przyjmuje chrześcijański (w zasadzie: protestancki) porządek świata jako ideał, a biblijną retorykę jako schemat myślenia. Głosi, że najważniejsze wojny to zawsze wojny kulturowe. Gospodarka, bezpieczeństwo, ochrona zdrowia – to wszystko kwestie wtórne wobec wojny o duszę. Podstawowym pojęciem tej ideologii jest… „ideologia”. Wszystko, co nowe, podważające status quo albo po prostu związane z politycznymi przeciwnikami, staje się wyrazem jednej, złowrogiej ideologii.

A zatem żeby zrozumieć, co, u diabła, przez ostatni tydzień dzieje się w Polsce, nie wystarczą politologiczne dociekania o tym, co tam komu wyszło z wewnętrznych sondaży. Trzeba zajrzeć za Atlantyk, bo mamy tu do czynienia z importem, a może nawet przemytem.

Wycieczka za ocean

Biblioteka nowej, alt-prawicowej kontrrewolucji jest obszerna. Amerykańskiej prawicy (i jej polskim odpowiednikom) sporo można zarzucić, ale raczej nie brak oczytania. Żeby zrozumieć związki kontrrewolucji np. z etyką samodoskonalenia, warto zajrzeć do Jordana Petersona. Wiekowe już Culture Wars Davisona Huntera dobrze wprowadza w klimat „ideologicznej wojny o przetrwanie”.

Jordan Peterson. Wielki coach alt-rightu

Ale najlepszym chyba przewodnikiem po ostatnich wyczynach polskiej (!) prawicy jest mało u nas znany Dinesh D’Souza. Właśnie ukazała się jego nowa książka pod złowrogim tytułem United States of Socialism, którą zachwala sam Donald Trump. Trumpa z D’Souzą łączy zresztą znacznie więcej. Niedawno prezydent ułaskawił publicystę, skazanego za złamanie w 2014 roku przepisów związanych z finansowaniem kampanii. Ale to już materiał na zupełnie inną historię.

Na razie powiedzmy tylko, że D’Souza to postać interesująca. Zasymilowany, jak sam uwielbia podkreślać, imigrant z Indii, współpracownik konserwatywnych think tanków, autor wielu popularnych książek, m.in. Illiberal Education (o tzw. „poprawności politycznej”) oraz What’s So Great About America i What’s So Great About Christianity, których tytuły mówią chyba same za siebie.

D’Souza długo zajmował się relacjami państwa i gospodarki. Mniej więcej od zamachów na WTC jego publicystyka skręciła nagle w rejony teorii spiskowych. Podkreślał związki lewicy z terroryzmem, tropił w łonie Partii Demokratycznej spisek mający na celu stopniowe faszyzowanie USA. Przez jakiś czas takie poglądy skazywały go na marginalizację w debacie publicznej. Teraz znowu jest w centrum zainteresowania. Nie dlatego, że zmienił poglądy. Przeciwnie. W ciągu dwóch dekad w USA zaszły dramatyczne zmiany, które sprawiły, że głoszona przez niego wizja dziejów znalazła się nie na marginesie, lecz w samym centrum tego, o czym się mówi, pisze i myśli.

W nowej książce D’Souza przestrzega przed złowrogą ideologią „socjalizmu tożsamościowego”. Punktem wyjścia jest dla niego klasyczna definicja Josepha Schumpetera, według którego z socjalizmem mamy do czynienia, gdy poczynania ekonomiczne społeczeństwa należą do sfery publicznej, a nie prywatnej. Dziś, pisze D’Souza, nawet najbardziej fanatyczni socjaliści nie żądają upaństwowienia gospodarki. W nowym socjalizmie pojęcie „wspólnej własności” przeniosło się z ekonomii na tożsamość. Przedstawiciele tej ideologii roszczą sobie prawo, by „dotować jedne style życia kosztem innych, ograniczać prawo do posiadania broni lub ją konfiskować oraz zabraniać obywatelom «mowy nienawiści»”.

Oczywiście, pisze D’Souza, większość socjalistów nie zamierza przejąć pełnej kontroli nad twoim życiem, tak samo jak większość z nich nie postuluje zabrania ci całych oszczędności, poprzestając na narzuceniu 80 czy 90 proc. podatku. Ale zasada jest jasna: „nawet to, co ci pozostaje, zostawione jest ci tylko na mocy łaskawości większości. Mogliby, gdyby tylko chcieli, zabrać ci wszystko i zostawić cię z niczym”.

Do realizacji swoich planów nowi socjaliści używają chytrych sztuczek takich jak rzekoma dyskryminacja mniejszości czy zmiany klimatu. (D’Souza jest zwolennikiem ekonomicznego dowodu na fałszywość tez o zmianach klimatu. Skoro ceny posesji na wybrzeżu nie spadają, to znaczy, że poziom wód się nie podniesie, bo przecież rynek nie może się mylić).

Marks planował nastawić przeciwko sobie robotników i ich pracodawców – pisze D’Souza. Jego współcześni następcy również mają podstępny plan. „Dziel i rządź” jest dziś strategią Demokratów, którzy planują „zwrócić czarnych i brązowych przeciw białym, kobietę przeciw mężczyźnie, gejów, lesbijki i osoby transseksualne przeciw «heteronormatywności».” (Wiedząc, że Trump zachwyca się D’Souzą, łatwiej zrozumieć jego reakcje na to, co właśnie dzieje się w USA).

Jaki jest cel tego planu? Otóż według D’Souzy wykracza on poza konfiskatę prywatnych pieniędzy, a nawet przejęcie władzy. Celem jest, by „tradycjonalistycznie nastawieni Amerykanie czuli się obcokrajowcami we własnym państwie” [foreigners in their own country]. (To sformułowanie nie przypadkiem jest tak bliskie „obcym we własnym kraju” Arlie Russell Hochschild! Jej książka doskonale pokazuje, dlaczego idee D’Souzy i podobnych mu myślicieli trafiają dziś na tak podatny grunt.)

Socjaliści zamierzają – znowu dokładny cytat! – „zmienić obcych [foreigners] w tutejszych [natives], a tutejszych w obcych. Nowa, złowroga ideologia tożsamościowego socjalizmu służy temu, by „zmienić narodowe DNA”. D’Souza myśli nie tylko o metaforycznym „kulturowym DNA”, Świętym Graalu speców od marketingu. Myśli o całkiem dosłownym, biologicznym DNA: oto bowiem socjaliści „importują nielegalnych [import illegals], którzy wnoszą – w całkiem dosłownym sensie – nowe DNA”.

Oto świat, w którym żyje D’Souza i jego czytelnicy, w tym urzędujący prezydent USA. Tajemniczy „oni” chcą zmienić Amerykę, zastępując wartości antywartościami i odbierając wam 90 proc. wolności, a także smak życia.

Z powrotem do Polski

Jeżeli z tą wiedzą wrócimy teraz do usłyszanych w ostatnim tygodniu wypowiedzi polityków obozu rządzącego, ujawni się wiele istotnych podobieństw.

1. Naszym przeciwnikiem nie są ludzie, lecz ideologia

D’Souza i podążający za nim politycy na każdym kroku podkreślają, że nie mają nic przeciwko poszczególnym czarnym, imigrantom czy gejom. Na poparcie swoich tez mają argumenty znacznie silniejsze niż „kieszonkowy gej przyjaciel” wyciągany przy tej okazji przez polską prawicę. D’Souza z lubością powtarza, że sam jest imigrantem, ale takim dobrym, bo „legalnym” i „zasymilowanym”. Milo Yiannopoulos, inna gwiazda alt-prawicy, przedstawia się z kolei jako „niebezpieczny pedzio” (dangerous faggot), zarazem odżegnując się od „instytucjonalizacji” ruchu LGBT.

LGBT to ludzie. To nasi przyjaciele, współpracowniczki, sąsiedzi, współobywatelki

2. Prawdziwa wojna toczy się o granice prywatności

Gdy minister Piotr Gliński mówi, że „piękno naszej kultury polega na tym, że właśnie te kwestie są tabu, to jest coś istotnego. W każdej kulturze są takie tajemnice, które są bardzo ważne dla trwania tej kultury” – odnosi się właśnie do podziału między sferą prywatną a publiczną, który stanowi oś wykładu D’Souzy. Ten sam argument, rozmieniony na drobne, przewija się w tysiącach tweetów, postów i komentarzy mówiących o tym, że przecież gejom nikt do sypialni nie zagląda i chodzi tylko o to, żeby się ze swoją seksualnością nie obnosili po ulicach. Upublicznienie tego, co prywatne, to podstępny plan socjalistów.

3. Istnieje coś takiego jak narodowe DNA

Gliński mówi o „naszej kulturze”, „w naszej narodowej tradycji szczególną rolę ma i nadal powinna mieć rodzina tworzona przez kobietę, mężczyznę i ich dzieci, stanowiąca mocną podstawową komórkę naszej wspólnoty narodowej” – pisał z kolei Jarosław Kaczyński w opublikowanym tydzień temu liście do członków PiS. Rodzina służy budowie narodu. Istnieje „narodowy”, a więc właściwy, model rodziny.

Atmosfera pogromowa. Level: wybory prezydenckie w Polsce

4. Ich świat jest „światem na opak”

Zarówno amerykańscy krytycy lewicy, jak i ich mniej lub bardziej udolni polscy naśladowcy, przedstawiają świat „tych drugich” jako proste odwrócenie własnego. Tam, gdzie po naszej stronie znajdują się wartości (Bóg, honor, ojczyzna albo prawda, piękno, dobro) – oni mają antywartości, a więc sztandar antychrysta, hańby i internacjonalizmu; kłamstwo, brzydotę i zło.

Kto pluje gwoździami?

A więc mamy tu do czynienia z tłumaczeniem. I to często słabym.

Język dzisiejszej prawicy coraz częściej przypomina przygotowane na kolanie napisy do seriali. Niby sens się zgadza, ale co jakiś czas trafia się na jakieś „plucie gwoździami”, które przypomina nam, że to jednak nie dzieje się w Polsce.

Jakie płyną z tego wnioski dla tych, którzy nie podzielają lęków opisywanych przez prawicę?

Otóż po pierwsze i najważniejsze, z całą pewnością strategia „schowania gejów i lesbijek do szafy” i niewspominania o tym trudnym temacie na czas kampanii, kadencji albo dopóki Polacy „nie będą gotowi”, nie ma sensu. Geje, lesbijki i transseksualiści, których boją się konserwatywni wyborcy i politycy, to naprawdę nie są rzeczywiści ludzie (tutaj, moim zdaniem, poseł Żalek i spółka mówią szczerze). To są obrazki, które zobaczyli w zagranicznych mediach, książkach i broszurach. W ich wyobraźni wojna kulturowa o dusze Polaków i tak będzie rozdzierać świat. Zderzanie ich z rzeczywistymi ludźmi, którzy się kochają, kłócą, chcą wychowywać dzieci, załatwiać formalności i zwyczajnie żyć w naszym przepięknym kraju, może tylko poprawić sytuację.

Po drugie, obraz „przeciwników”, który wyłania się z nowej prawicowej publicystyki, jest, oczywiście, karykaturalny. Ale sądzę, że mimo wszystko lewica może się z niego nauczyć czegoś ważnego. Skoro „socjalizm tożsamościowy” definiowany jest wyłącznie przez kategorie negatywne (czego chcą zabronić, co ograniczyć lub zniszczyć), to warto we własnym dyskursie dociążyć warstwę pozytywną, by utrudnić takie etykietowanie. Wiadomo, że walka toczy się przeciw rasizmowi, wyzyskowi, nierównościom, dyskryminacji. Ale o co dokładnie?

Po trzecie, wygląda na to, że lewica niepotrzebnie oddała pole w kilku ważnych obszarach. Gdybym miał coś doradzać, w pierwszej kolejności zawalczyłbym o rodzinę. Jakim cudem lewica dała sobie odebrać to pojęcie? Jak doszło do tego, że można uchwalać dyskryminujące prawa jako „obronę rodziny”? Przecież, na najbardziej dosłownym poziomie, walka o prawa do małżeństw homoseksualnych jest walką o prawa rodzin. Podobnie jak walka o najsłabszych na rynku pracy, walka o prawa lokatorskie, o przedszkola i wiele, wiele innych kwestii, w których lewica ma wiele do zaproponowania.

Ale to już materiał na kolejny tekst. Chętnie napiszę.

Po co lesbijkom małżeństwo? Żeby mogły się rozwieść

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Marcin Napiórkowski
Marcin Napiórkowski
Semiotyk kultury, mitologiawspolczesna.pl
Semiotyk kultury, zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną. Autor książek Mitologia współczesna (2013), Władza wyobraźni (2014), Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014 (2016) i Kod kapitalizmu. Jak Gwiezdne Wojny, Coca-Cola i Leo Messi kierują twoim życiem (2019). W latach 2013 i 2014 stypendysta programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, w latach 2014-2016 laureat stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych naukowców. Autor bloga „Mitologia Współczesna” poświęconego semiotycznej analizie zjawisk kultury pełniących dziś funkcję mitów (www.mitologiawspolczesna.pl).
Zamknij