Kraj

Muzułmanin z Syrii się nie zintegruje, ale chrześcijanin już tak? Bzdura!

Dotychczas Polska nie była piekłem dla imigrantów. Ale jeszcze może się nim stać.

Jakub Dymek: „Witajcie w piekle!” – tak brzmiało hasło przewodnie marszy antyimigranckich w Polsce. Nasz kraj jest piekłem dla uchodźców i migrantów?

Aleksandra Chrzanowska, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej: Dotychczas nie był. Ale jeśli antyimigranckie nastroje będą się pogłębiać, to granica między nienawistnym słowem a czynem się zatrze. Cały czas jednak mam nadzieję, że do najgorszego nie dojdzie. W Polsce uchodźcy są od lat 90. Od dekady mamy średnio 8 tysięcy wniosków rocznie o nadanie statusu uchodźcy. Nie wszyscy zostają…

Ale część tak. 

Tak, uchodźcy w Polsce żyją i stykają się z najróżniejszymi problemami – ekonomicznymi, społecznymi, językowymi, administracyjnymi. Jakoś sobie, lepiej lub gorzej, u nas radzą. Do tej pory Polska nie była więc piekłem, przeciwnie – dla wielu uchodźców i imigrantów była ziemią obiecaną. Ci, którzy uciekli ze swoich krajów pochodzenia z powodu konfliktów i prześladowań, dziś traktują Polskę jak drugi dom. Wśród nich najliczniejszą grupę stanowią Czeczeni – obywatelki i obywatele Federacji Rosyjskiej narodowości czeczeńskiej. Po 2010 roku dołączyli do nich Gruzini, a od niedawna Ukraińcy. Są też Syryjczycy, Afgańczycy, Irakijczycy – oni mają na ochronę większe szanse, ale w porównaniu z innymi grupami jest ich bardzo niewielu.

Czyli średnio ile osób rocznie Polska uznaje za uchodźców?

W sumie kilkaset. W ciągu ostatnich lat ok. 750 osób rocznie dostawało jakąkolwiek formę ochrony, z czego mniej więcej połowa ochronę międzynarodową (status uchodźcy lub ochronę uzupełniającą), a druga połowa pobyt ze względów humanitarnych.

Czym to się różni?

Ochrona międzynarodowa zrównuje uchodźcę w prawach z obywatelami kraju (poza prawem wyborczym). Pobyt ze względów humanitarnych umożliwia podjęcie pracy bez zezwolenia, ale nie daje prawa do udziału w programie integracyjnym i zapewnia jedynie bardzo ograniczony dostęp do pomocy społecznej. Człowiek od samego początku musi we wszystkim radzić sobie absolutnie samodzielnie, żeby przeżyć. To w wielu przypadkach trudne – zwłaszcza dla wielodzietnych rodzin z odległych kultur i bagażem traumatycznych doświadczeń.

To małe liczby. 

Tak, i pozostają względnie niezmienne – średnio 8 tysięcy wniosków, kilkaset decyzji pozytywnych. To są w skali kraju liczby wręcz niezauważalne. One zupełnie nie dają powodów do antyuchodźczej paniki, która teraz trwa. Spójrzmy na liczbę uchodźców, których Polska miałaby przyjąć w ramach unijnego systemu kwotowego. Chodzi o dodatkowe 7 tysięcy relokowanych i przesiedlonych w ciągu dwóch lat. Dodajmy to do 8 tysięcy wniosków, które rokrocznie wpływają teraz, i co nam wyjdzie? Nawet jeśli oznacza to podwojenie liczby uchodźców w naszym kraju, to startujemy z niemalże zerowego pułapu. To jest mniej niż promil całej populacji żyjącej w Polsce. Zupełne nic jak na 40-milionowy kraj. Ci, którzy do tej pory nie widzieli uchodźcy na własne oczy, raczej nie zetkną się z nim w najbliższej przyszłości.

Tygodnik „WSieci” donosił, że Ewa Kopacz „potajemnie” zgodziła się na przyjęcie 100 tysięcy uchodźców. Powołują się na „anonimowe źródła” w Brukseli. Myślisz, że to możliwe?

Nie wiem, skąd biorą się te plotki. Ewa Kopacz, póki mogła, z całych sił wykręcała się od zobowiązujących deklaracji w sprawie systemu kwotowego. Negocjacyjną mantrą pani premier było „tyle osób, na ile nas stać” i „tylko uchodźcy, a nie migranci ekonomiczni” – cokolwiek to znaczy. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby naprawdę wynegocjowała coś radykalnie odmiennego od linii, którą prezentowała publicznie.

Ci, którzy protestowali przeciwko Ewie Kopacz, tak naprawdę powinni bić jej brawo. Polski rząd zgodził się na przyjęcie dużo mniejszej liczby uchodźców, niż nakazuje przyzwoitość. Polska sprzeciwia się mechanizmowi kwotowemu, który moim zdaniem w obecnej sytuacji jest absolutnie konieczny. Gdybyśmy sami poczuwali się do solidarności, to może kwoty w ogóle byłyby niepotrzebne. Ale tak nie jest; większość europejskich państw odwraca się plecami i udaje, że to nie ich problem; traktują ludzi potrzebujących pomocy jak gorący kartofel, który trzeba szybko podrzucić komuś innemu, najlepiej bogatym Niemcom, którzy sami sobie powinni radzić. Nacjonaliści mogą premier Kopacz szczerze dziękować za jej zachowawczość. Ale rozumiem, że im nie chodzi o to, żeby cokolwiek z Unią negocjować, tylko nie przyjmować nikogo i już. A przed wszystkimi, którzy nie są białymi chrześcijanami, zamknąć drzwi.

Ale załóżmy, że nawet byłoby te 100 tysięcy uchodźców w Polsce. Co to jest?

Ukrainek i Ukraińców mieszka w Polsce więcej…

Tak, wielu naszych wschodnich sąsiadów przyjeżdża do Polski do pracy, na studia, z powodów rodzinnych i innych – jedni kursują, inni się osiedlają. Bardzo nieliczni ubiegają się o ochronę międzynarodową. Od początku 2014 roku, czyli od czasu walk na Majdanie, jedynie ok. 4500 osób złożyło wnioski o status, ale prawda jest taka, że tylko kilka osób z Ukrainy uznaliśmy w ostatnich latach za uchodźców. A tam jest naprawdę wojna.

Logika tych decyzji wynika z prawa azylowego, a ono mówi, że jeżeli w jakimś kraju konflikt toczy się jedynie w określonym regionie i mamy do czynienia z wewnętrznie przesiedlonymi – np. z Doniecka – to w tym samym kraju powinni oni otrzymać ochronę i zabezpieczenie ich bytu. Polska odrzuca więc wnioski mieszkańców Krymu czy Ukrainek ze wschodu kraju, bo uważa, że Kijów sam powinien o tych ludzi zadbać. Tylko że to się nie dzieje – mamy masę raportów organizacji międzynarodowych, że Ukraina nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa wszystkim wewnętrznie przesiedlonym. Sam rząd w Kijowie to przyznaje. No ale skoro nie chcemy Ukraińców uznawać za uchodźców, to musimy przekonywać, że to migranci ekonomiczni. Może na potrzeby Polski należałoby przedefiniować konwencję genewską – bo nie wiem, czy jeżeli komuś w kraju pochodzenia grozi śmierć z głodu czy zimna, to możemy udawać, że nic złego się mu nie dzieje. Że ucieczka przed głodem to dobrowolna migracja za lepszymi zarobkami.

Ale w powszechnej świadomości z Ukraińcami i tak jest lepiej, bo są nam „bliżsi kulturowo”.

Takie kryterium mamy prawo stosować w polityce migracyjnej wobec dobrowolnych migrantów, których np. chcemy dodatkowo zachęcić do przyjazdu do Polski. Nie ma nic złego w tym, że jeśli mamy pewne luki na rynku pracy i chcemy ściągnąć pracowników zagranicznych, to zwracamy się ku naszym wschodnim sąsiadom – bliskim nam pod względem językowym i kulturowym – którzy niemal natychmiast się zaadaptują. W ciągu ostatnich kilku lat Polska zliberalizowała przepisy umożliwiające podjęcie u nas pracy obywatelom Ukrainy, Białorusi, Rosji, Mołdawii, Gruzji i Armenii.

Jeśli jednak mówimy o uchodźcach, to nie ma opcji, żeby zastanawiać się, czy ktoś jest nam bliski kulturowo, czy daleki. Tu chodzi o zagrożenie życia oraz podstawowych praw i wolności – tylko tym powinniśmy się kierować, rozważając, czy kogoś przyjąć, czy nie. A jeśli uchodźcy pochodzą z odległych kultur, to naszym obowiązkiem jest tworzyć takie programy integracji – zarówno dla nich, jak i dla społeczeństwa przyjmującego, żeby jak najszybciej się tu odnaleźli.

Przez długi czas miałam problem ze zrozumieniem tego uporu: „przyjmiemy Syryjczyków, ale tylko chrześcijan, a nie muzułmanów”.

Mówi się, że chrześcijanie to swoi, a muzułmanie obcy; że chrześcijanie się zintegrują szybciej – co to jest za bzdura!

Pod względem możliwości adaptacji w Polsce nie ma żadnej różnicy między syryjskim chrześcijaninem i syryjskim muzułmaninem. Jakie znaczenie ma religia? I muzułmanin, i chrześcijanin z Syrii będzie miał takie same trudności z pokonaniem bariery językowej, z polską obyczajowością, z oporem życia codziennego czy rynku pracy – bez względu na to, do kogo się modli.

Może dlatego ma być im łatwiej, że chrześcijanie w Syrii też obchodzą Boże Narodzenie?

Tak, i na pewno mają taki sam kult maryjny, taką samą choinkę i pisanki. Formy religijności też wynikają z lokalnej kultury i obyczajów. Religia jest naprawdę ostatnim czynnikiem wpływającym na zdolność do zaadaptowania się do życia w odmiennym społeczeństwie – o ile oczywiście sami nie chcemy zrobić z religii przeszkody w integracji.

Niedoszła posłanka, Miriam Shaded, mówi, że w przypadku Syryjczyków chodzi o różnicę między ofiarami i oprawcami. 

To niewiedza albo celowe pomieszanie pojęć. Ofiarami w Syrii są i chrześcijanie, i muzułmanie. Nie ma sensu przerzucać się liczbą ofiar, ale przemoc w Syrii dotyka wszystkich, bez względu na wyznanie. A ci, którzy stamtąd uciekają, rzeczywiście chcą się u nas schronić przed terrorem, o którym mówi pani Shaded. Nie wiem jednak, czemu ona uważa, że jedni mają prawo do ochrony, a inni nie.

Bo „muzułmanie to terroryści”?

Oczywiście, wszyscy muzułmanie to terroryści, a wszyscy chrześcijanie to krzyżowcy [śmiech].

Zresztą, wcale nie wydaje mi się, żeby większość Polek i Polaków uważała muzułmanów za terrorystów. Jest pewna ekstremalna grupa radykalnie przeciwna uchodźcom – a po drugiej stronie grupa, powiedzmy, bezkrytyczna. Ale większość znajduje się pośrodku. Do naszego Stowarzyszenia Interwencji Prawnej cały czas piszą i dzwonią ludzie z całej Polski, którzy chcą pomóc, oddać jakieś rzeczy, wynająć uchodźcom mieszkanie.

Uchodźców w Polsce do tej pory było bardzo mało, dlatego ten temat w ogóle nie był polityczny. Czasem nas to nawet wkurzało, bo trudno było się przebić z nim do polityków. Władze pozostawały głuche na nasze rekomendacje dotyczące polityki migracyjnej, w tym zwłaszcza integracyjnej. A mówiliśmy, że jesteśmy w idealnej sytuacji: uchodźców jest u nas niewielu, ale tylu, żeby wiedzieć, jakich rozwiązań i programów integracji potrzebujemy. Mamy badania, ekspertyzy, opracowane metody – mówiliśmy. Tylko że prawie nikt nie słuchał. Jedyną zaletą tej sytuacji było to, że uchodźcy byli traktowani jako problem marginalny, więc nie dawali pożywki dla populizmu. Teraz wszystko się odwróciło w najgorszy sposób: uchodźcy w Polsce, wbrew stanowi faktycznemu, wydają się olbrzymim problemem. Rozdmuchano to do tego stopnia, że na ekspertyzy i rozsądny dialog nikt nie marnuje czasu, bo liczy się tylko populizm. Wcześniej więc nie było idealnie, ale dzisiejsza sytuacja to ziszczenie się naszych koszmarów.

A co się zmieniło poza debatą publiczną?

Stoją dwie Czeczenki w chustach na przystanku autobusowym, podchodzi do nich ktoś zupełnie obcy i każe im wynosić się z Polski, wyzywa od terrorystek. Dzieci imigrantów teraz boją się dojeżdżać do szkoły koleją podmiejską, bo nie czują się już bezpiecznie. Córka naszej klientki, której teraz pomagamy, została niedawno pobita, bo wygląda jak muzułmanka; po prostu miała chustę. To nie jest tak, że wcześniej nie było w ogóle mowy nienawiści czy przestępstw na tle rasistowskim, ale obecnie to jest na porządku dziennym. Do tej pory kobiety – w przeciwieństwie do mężczyzn – nie spotykały się też raczej z przemocą fizyczną ze strony Polaków, to była raczej agresja słowna, a teraz coraz bardziej obawiają się napaści, które się zresztą zdarzają. To jest szokująca zmiana. Ostatnio słyszałam nawet o kilku przypadkach pobić Polaków, których napastnicy wzięli za Syryjczyków, bo mieli ciemniejsze włosy i oprawę oczu…

Czyli na słowach się nie kończy?

Agresja dziś idzie dużo dalej. Niedawno w Warszawie mężczyźni pijący piwo pod sklepem zaczepili kilku niepełnoletnich uchodźców, którzy rozmawiali w swoim języku. Standardowe wyzwiska, „cyganie wypierdalać” i tak dalej. Doszło do bójki. Zaatakowany chłopak był górą: najpierw położył pierwszego napastnika, potem kolejnego. Ale za chwilę pojawił się kolejny mężczyzna, tym razem z bronią i postrzelił go z pistoletu.

Postrzelił?!

Strzał nie był śmiertelny, ale niewiele brakowało. To nie były żadne gangsterskie porachunki, ale „zwyczajna” napaść na tle rasowym w okolicach ośrodka dla uchodźców, gdzie są nie tylko młodzi chłopcy, ale kobiety i dzieci. Chłopak, który przeżył, powiedział mi, że już nie może udawać, że tych zaczepek nie słyszy; nie może się bać i potulnie tego słuchać, bo zaraz wezmą się za jego rodzinę. On chciał się bronić, został agresywnie zaczepiony, a potem postrzelony – bo nie dał się poniżać na ulicy.

Rozmawiałam z nim dopiero jakiś czas po pierwszym przesłuchaniu, które odbyło się w szpitalu, w dniu zdarzenia. Policja, która go przesłuchała, nie zakwalifikowała tego zdarzenia jako napaści na tle rasowym. Prowadzący sprawę stwierdził, że nic mu nie wiadomo o wyzwiskach, jakie padały. Właściwie nic w tym dziwnego: jeżeli ktoś jest postrzelony i czeka w szpitalu na operację, to być może nie jest najlepszym rozmówcą. Na kolejne przesłuchanie poszłam razem z nim, tym razem został przesłuchany bardzo szczegółowo. Policjant, który prowadził rozmowę, wykazał się rzetelnością i to daje nadzieję, że doprowadzi do prawidłowego odczytania tej napaści jako rasistowskiej.

Zazwyczaj zaczepki i napaści na tle etnicznym i rasowym są dla ofiar tak upokarzające i wstydliwe, że nie spieszą się, żeby o nich opowiadać. Dlatego jako Stowarzyszenie Interwencji Prawnej musimy nierzadko sami zadbać o to, żeby policja odnotowała wszystkie okoliczności i szczegóły. I widać pewien postęp, ale dalej się zdarza, że funkcjonariusze uznają, że winna była sprzeczka czy alkohol, a nie pochodzenie ofiary napaści.

Z czym, oprócz prośby o pomoc prawną, zwracają się do was uchodźcy?

Masa rzeczy… Pomoc w ubieganiu się o status uchodźcy albo w legalizacji pobytu. Problemy z dyskryminacją: w pracy, w dostępie do usług publicznych, w szkole czy przy wynajmie mieszkania. Przychodzą ci, którym odmówiono wpisania na listę oczekujących na mieszkanie socjalne, mimo że spełniają wszystkie kryteria, by móc się o takie mieszkanie ubiegać. A to nie jest decyzja administracyjna, więc nie ma jak się od niej odwołać. Trzeba więc wykazać, że do odmowy doszło bezprawnie; sprawy trafiają do sądów i nierzadko wloką się latami. Nie chcę popaść w przesadę: coraz więcej uchodźców zdobywa w Warszawie prawo do lokali, coś się zmienia, ale w skali Polski wciąż nie jest idealnie.

Jak opublikujemy ten wywiad, to w komentarzach przeczytasz, że dla Polaków brakuje mieszkań, więc dlaczego mają się znaleźć dla uchodźców?

Pewna pula mieszkań dla uchodźców powinna być wydzielona tak czy inaczej; to chyba oczywiste, że nie da się zacząć życia w obcym kraju, jeśli nie ma się szansy na dach nad głową. Czy trzeba to komuś tłumaczyć? A uchodźcy są w gorszej sytuacji niż Polacy, bo nie mają cioci, babci ani brata czy kuzyna, u których można przemieszkać, gdy robi się naprawdę źle. Nam jest jednak trochę łatwiej, prawda?

Ale fakt, że problem braku dachu nad głową jest tak samo dotkliwy dla Polaka i dla uchodźcy, wynika z nieudolnej polityki społecznej, a nie z tego, że za dużo już rozdaliśmy mieszkań i uchodźcy pozajmowali wszystkie. Uregulowanie problemu mieszkalnictwa komunalnego na wynajem jest konieczne i pomoże wszystkim. A uchodźcy w Polsce zgodnie z prawem mają równe prawa do otrzymania takiego świadczenia.

I znowu: „Do pracy, a nie zasiłki brać!”

Uchodźcy i migranci pójdą do pracy, jeśli ktoś im zechce ją dać, a wcześniej ktoś ich, przynajmniej językowo, do tego przygotuje. Uchodźcy są traktowani preferencyjnie względem innych grup cudzoziemców z dość jasnego powodu: w przeciwieństwie do studentów czy pracowników sezonowych mają zapewniony dostęp do świadczeń bez względu na to, czy pracują, czy nie, bo nie są tu z własnej woli. Oni nie chcieli ze swojego kraju wyjeżdżać ani nie mieli często czasu, żeby się do wyjazdu przygotować; nie zakładali w ogóle, że podejmą w Polsce pracę, bo są na przykład straumatyzowani, chorzy albo niepełnosprawni w wyniku działań wojennych w ich krajach. Dlatego szczególnie w początkowej fazie pobytu trzeba im zagwarantować możliwość adaptacji. Potrzeba też czasu: uchodźcy muszą na przykład nostryfikować dyplomy albo się przekwalifikować, żeby otrzymać pracę, bo to, co robili w swoich ojczyznach, nie zawsze przystaje do realiów polskiego rynku pracy.

A ile „biorą” uchodźcy?

W ramach programów integracyjnych dla uchodźców te kilkaset osób uznawanych przez Polskę co roku dostaje maksymalnie przez 12 miesięcy ok. 1200 zł miesięcznie. Jeśli są samotni, bo rodziny dostają odpowiednio mniej w zależności od liczby osób – w rodzinach 4-osobowych i liczniejszych jest to po ok. 600 zł na osobę miesięcznie. Jest to czas, kiedy dzięki tym świadczeniom mogą przeżyć bez natychmiastowego podjęcia pracy w pełnym wymiarze godzin – powinni uczyć się polskiego, aktywizować zawodowo, uczyć się poruszać w nowej rzeczywistości. Tyle że rok to bardzo krótko, na ogół za mało, by mogli się usamodzielnić, w sytuacji gdy – choćby w związku z barierą językową (ciężko perfekcyjnie opanować zupełnie obcy język w ciągu zaledwie roku) – maja szanse jedynie na kiepsko płatną i często tylko dorywczą pracę, a cały dochód pochłania wynajmowanie mieszkania na wolnym rynku.

Jeszcze mniej „biorą” osoby, które dopiero ubiegają się o nadanie statusu uchodźcy. Dla tych, którzy znajdują się w ośrodkach i mają tam zapewniony wikt i opierunek, „kieszonkowe” wynosi około 70 zł miesięcznie. Świadczenie dla każdej kolejnej osoby w rodzinie to 12 zł 50 gr na „osobo-dzień”. Policz to sobie i sprawdź, czy utrzymasz czteroosobową rodzinę za 1500 zł. Dla tych, którzy znajdują się w ośrodkach i wciąż czekają na procedurę azylową, „kieszonkowe” wynosi około 70 zł miesięcznie.

Tyle co bilet miesięczny.

Dużo mniej. Jeśli jednak zrezygnujesz z miejsca w ośrodku i zdecydujesz się poszukać mieszkania na własną rękę, to otrzymasz zapomogę w wysokości 750 zł miesięcznie (25 zł dziennie dla osoby samotnie gospodarującej). Może uda ci się pokój za to wynająć gdzieś na obrzeżach Warszawy. I nic więcej nie dostaniesz ponad to! Ta kwota także zmniejsza się na głowę w zależności od liczby osób w rodzinie. A w większości przypadków nie masz jeszcze prawa do pracy. Tak właśnie „rozpieszczamy” uchodźców, takie to zawrotne kwoty im dajemy. A potem, jak im nie starcza na życie, zaczynają dorabiać nielegalnie.

Państwo wypycha ich do szarej strefy?

Oczywiście. Przecież wszyscy wiedzą, że za takie pieniądze nie można się utrzymać, nawet w najniższym standardzie. Od 2005 roku tych kwot nie waloryzowano, choć środowiska pozarządowe regularnie zwracają na to uwagę. Ostatnim razem przypominaliśmy rządowi w październiku, bo wróciła kwestia znowelizowania ustawy o udzielaniu ochrony cudzoziemcom na terenie RP. Urzędnicy z departamentu pomocy socjalnej Urzędu ds. Cudzoziemców doskonale zresztą zdają sobie sprawę, że wysokość świadczeń generuje problem. Ale ewentualne zmiany blokuje Ministerstwo Finansów.

No i przychodzą do nas czasem uchodźcy wykorzystywani przez szefów firm, w których pracują. Idzie trzeci miesiąc, a oni nie widzieli jeszcze wypłaty, tylko obietnice. Często mają problem, żeby powiedzieć, co i jak. Nie mają umowy, nie znają nazwiska szefa; mówią, że oszukali ich „u pana Jarka w Wołominie”. Nie mają dowodów ani narzędzi, żeby walczyć o swoje. Ale czasami wystarczy telefon do pracodawcy z naszej strony…

…i pieniądze się nagle znajdują?

Tak. Może to być pisemne wezwanie, może być postraszenie Państwową Inspekcją Pracy. Jeśli są wystarczające dowody, pomagamy też cudzoziemcom dochodzić ich praw w sądzie. Ale to działa tylko w przypadku, gdy osoba wykorzystywana przez pracodawcę podejmuje pracę legalnie albo przynajmniej ma prawo do pracy w Polsce – wtedy to jest wyłącznie odpowiedzialność pracodawcy, że nie podpisał umowy, że nie dopełnia ustalonych warunków. A jeśli swoich praw chce dochodzić cudzoziemiec, który podjął zatrudnienie nie mając prawa do pracy – czyli większość osób w trakcie postępowania o nadanie statusu uchodźcy – to musi się liczyć z tym, że nie tylko pracodawca, ale także on sam zostanie ukarany. Nie każdy chce ryzykować.

A ile to wszystko kosztuje Polskę?

Utrzymanie uchodźców w ośrodkach jest droższe niż świadczenia poza ośrodkiem. Nawet jeśli zwiększymy kwoty świadczeń do przyzwoitego poziomu, to dalej nie będzie nas to kosztować więcej niż ośrodki. Dlaczego by też nie umożliwić uchodźcom podejmowania pracy od początku procedury azylowej? Te dwie rzeczy łącznie to dla skuteczności integracji uchodźców w Polsce świetny pomysł. Im szybciej zamieszkają poza ośrodkiem, zintegrują się z lokalnymi społecznościami i będą szukać legalnego zatrudnienia, tym szybciej się usamodzielnią i zaczną normalnie w naszym społeczeństwie funkcjonować. Za dużo wydajemy na ośrodki i deportacje, za mało na integrację.

A deportacje odbywają się w pełnej zgodzie z procedurami i przy poszanowaniu prawa?

Ciekawostka: nie ma już decyzji wydaleniowych, dziś mówimy o „zobowiązaniach do powrotu”. Jak już zostanie wydana decyzja o odmowie przyznania ochrony międzynarodowej, to cudzoziemiec ma określony czas na wyjazd, a jak nie wyjedzie, straż graniczna na pewno mu w tym pomoże wszczynając tzw. postępowanie powrotowe. Więc tak, wszystko odbywa się zgodnie z procedurami, a organizacje pozarządowe raczej nie zgłaszają zastrzeżeń. Ale już postępowanie, które prowadzi do wydania decyzji o zobowiązaniu do powrotu, to inna sprawa.

Straż Graniczna ma obowiązek sprawdzić, czy nie ma przesłanek, które umożliwiałyby pozostanie w Polsce ze względów humanitarnych – to życie rodzinne, dobro dziecka, sytuacja zdrowotna. A nie zawsze to robi. Sprawy, w których Stowarzyszenie Interwencji Prawnej jest pełnomocnikiem, niejednokrotnie to pokazują. We wrześniu głośna była sprawa rodziny Kirgizów, których reprezentował nasz prawnik Adam Chmura. Odmówiono im przyznania ochrony międzynarodowej, choć w naszej opinii spełniali przesłanki – byli prześladowani w ojczyźnie przez władze i mieli na to dowody. Po ostatecznej decyzji odmownej sprawa toczy się przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym. Niezależnie od tego wszczęte zostało wobec nich postępowanie „powrotowe”. Byliśmy pewni, że pobyt ze względów humanitarnych mamy w kieszeni – mieszkają w Polsce kilka lat, dzieci mówią lepiej po polsku niż w rodzinnym języku i bardzo dobrze się uczą. Szkoła zabierała głos w ich sprawie, zaświadczając, że są świetnie zintegrowani i wydalanie ich w tym momencie to katastrofa dla dzieci, które tak dobrze odnajdują się w Polsce.

Zostali odesłani?

Nie, choć zobowiązanie do powrotu zostało wydane. My interweniowaliśmy, pisaliśmy odwołania, Adam Chmura bombardował Straż Graniczną telefonami, pismami i materiałami dowodowymi, ale dopiero po tym jak sprawę na naszą prośbę opisała Joanna Klimowicz w „Dużym Formacie”, w ciągu tygodnia przyznała rodzinie zgodę na pobyt ze względów humanitarnych. Tutaj się udało, walczymy o inne podobne przypadki. Mnie jednak przeraża, że analogicznych historii, o których nie wiemy, bo ludzie do nas nie trafiają, jest zapewne dużo więcej i mam wszelkie podstawy, by sądzić, że nie zawsze kończą się one pozytywnie.

Czyli najlepiej uchodźcom w Polsce nie jest.

My dopiero powinniśmy zacząć naprawdę pomagać tym ludziom, zamiast się chować za Ukraińców. „Tylu jest u nas biednych Ukraińców, że nie możemy przyjąć nikogo więcej”. Co z tego, że prawie 65 tysięcy Ukraińców ma w tej chwili ważne karty pobytu? Większość z nich jest wydawanych w związku z pracą, także ze studiami czy z powodów rodzinnych. Czy straciliśmy z tego powodu jakieś pieniądze? Przecież za karty pobytu i zezwolenia na pracę jeszcze się płaci! A potem Ukraińcy podejmują pracę i odprowadzają podatki. Obcokrajowcy, z krajów byłego ZSRR i nie tylko, którzy chcą u nas studiować, też za te studia płacą. To nie jest pomoc, ale obopólny interes Polski i jej sąsiadów. Pomoc uchodźcom to będzie, jak solidarnie z innymi krajami Europy odpowiemy na aktualny kryzys. Nie mieszajmy tych dwóch spraw! Mieszała je wcześniej Ewa Kopacz, a teraz dalej miesza je minister Waszczykowski.

Politycy mówią też, że jesteśmy krajem tranzytowym, więc po co mielibyśmy tworzyć lepsze warunki dla uchodźców, skoro ci i tak nie chcą tu zostać?

Przy takim założeniu to można nawet starać się pogorszyć te warunki. Wtedy już na pewno nikt tu nie będzie chciał przyjeżdżać i problem z głowy. Jeśli nie wyleczymy się z takiego myślenia, to ludzie, którzy tu będą napotykać kolejne bariery, rzeczywiście w końcu będą chcieli z Polski wyjechać. Ale odpowiedzialność za to jest po naszej stronie – na własne życzenie możemy wyrzucać pieniądze na wznoszenie kolejnych ośrodków detencyjnych, uszczelnianie granic i na deportacje, jeżeli uważamy, że tak jest w porządku.

Jeśli sami jesteśmy przekonani, że Polska nie jest miejscem do życia, to możemy zrobić też z niej miejsce nie do życia dla innych.

Ale to jest błędna strategia i droga donikąd. Zdesperowani ludzie poszukujący bezpieczeństwa i tak będą przyjeżdżać.

Ale nic nie jest za darmo. Także godziwa pomoc uchodźcom.

Przyzwoitość kosztuje nas dziś grosze. Może nie dosłownie, ale w skali polskiego budżetu naprawdę nie mówimy o wielkich pieniądzach na integrację uchodźców i zapewnienie im bezpiecznego bytu w Polsce. A w porównaniu z krajami, skąd do nas przyjeżdżają – od Czeczenii przez Syrię po Somalię i Erytreę – to my w Polsce naprawdę mamy raj.

Aleksandra Chrzanowska pomaga uchodźcom i migrantom w Stowarzyszeniu Interwencji Prawnej jako doradczyni integracyjna i międzykulturowa. Jest absolwentką kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, laureatką VIII edycji (2015) nagrody im. J. Zimowskiego przyznawanej za działalność na rzecz grup społecznych znajdujących się w sytuacjach ekstremalnych 

Działanie Stowarzyszenia Interwencji Prawnej można wspómoc fundując bezpłatną poradę prawną dla uchodźców za pomocą akcji crowdfundingowej na stronie Wspieram.to

 

**Dziennik Opinii nr 334/2015 (1118)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco