Konfederacja znów opowiada o mieszkaniach tak, jakby głównym problemem polskiej mieszkaniówki był „dziki lokator”, a nie drogi najem, słaby zasób komunalny, przeludnienie i chroniczny brak dostępnych mieszkań. Do Sejmu trafił jej poselski projekt zmian w ustawie o ochronie praw lokatorów. Według sejmowego opisu ma on„poprawić ochronę prawa własności do lokalu mieszkalnego, ograniczyć nadużywanie praw przez lokatorów oraz ułatwić wypowiedzenie umowy”. Już ten język pokazuje kierunek: nie chodzi o naprawę rynku mieszkaniowego, tylko o dalsze przesunięcie środka ciężkości na rzecz właścicieli.
Projekt jest przedstawiany jako odpowiedź na plagę cwaniaków żyjących na cudzy koszt. W praktyce dotyka jednak dużo szerszej grupy: zwykłych najemców, którzy spóźnią się z opłatami, przegapią korespondencję, stracą pracę albo po prostu nie będą mieli dokąd pójść po rozwiązaniu umowy.
W polskim prawie istnieje zasada, zgodnie z którą pismo uznaje się za doręczone, nawet jeśli adresat faktycznie go nie odebrał. Skutek jest poważny, bo od tej chwili mogą zacząć biec terminy na odpowiedź, odwołanie albo podjęcie innych działań procesowych. Zgodnie z opisami projektu Konfederacja chce rozszerzyć tę fikcję doręczenia także po wygaśnięciu najmu i objąć nią również pisma z sądu oraz od komornika.
Konfederacja chce także umożliwić właścicielowi wypowiedzenie najmu z sześciomiesięcznym terminem, gdy chce sam zamieszkać w lokalu albo wprowadzić tam bliskich; ułatwić kierowanie eksmitowanego do noclegowni lub lokalu socjalnego na terenie całego województwa; zdjąć z właściciela ciężar opłacania mediów po ustaniu umowy; a także skrócić termin wypowiedzenia przy zaległościach czynszowych nawet do jednego pełnego okresu płatności.
Mocno akcentowany jest pomysł dotyczący doręczeń. Brzmi niewinnie: lokator ma nie uciekać przed listonoszem. Problem w tym, że fikcja doręczenia nie odróżnia cwanego kombinatora od człowieka pracującego zmianowo, starszej osoby, migranta, osoby w kryzysie psychicznym czy kogoś, kto po prostu musiał się wyprowadzić, bo nie było go już stać na dotychczasowy adres. W takim modelu państwo mówi: nie odebrałeś pisma, ale uznajemy, że je odebrałeś.
Konfederacja przedstawia to jako porządkowanie procedury, ale w praktyce chodzi o jedno: skrócić drogę do eksmisji przez ograniczenie realnej możliwości obrony. To rozwiązanie wygodne dla właściciela i dla aparatu państwa, lecz ryzykowne dla lokatora, który w sporze o mieszkanie może przegrać nie dlatego, że nie miał racji, ale dlatego, że nie zdążył się obronić. Co znamienne, od 1 stycznia 2026 roku z systemu ePUAP dla obywateli zniknęła fikcja doręczenia, więc w państwie cyfrowym uznano ją za narzędzie zbyt ryzykowne. W sporze mieszkaniowym ma się ona nagle stać wzorem sprawności.
Drugi ważny element to wypowiedzenie najmu mieszkania z powodu zamiaru zamieszkania w nim właściciela albo jego bliskich. Dziś takie uprawnienie już istnieje, ale ustawa wiąże je z warunkami ochronnymi: gdy właściciel nie zapewnia lokalu zamiennego, a najemca nie ma dokąd pójść, termin wypowiedzenia wynosi co do zasady trzy lata; krótszy, półroczny termin działa wtedy, gdy lokator ma tytuł do innego lokalu albo właściciel dostarcza lokal zamienny. Konfederacja chce z tego mechanizmu wyciąć obowiązek zapewnienia lokalu zamiennego i wymóg wykazania, że najemca ma gdzie mieszkać. Innymi słowy: z przepisu, który miał godzić własność z ochroną przed bezdomnością, ma zostać sama własność.
Warto tu zatrzymać się przy zasadniczej sprawie: polskie prawo już dziś nie jest jakąś rajską konstytucją lokatora. Od lat istnieją instrumenty takie jak najem okazjonalny i najem instytucjonalny, stworzone właśnie po to, by ułatwić właścicielowi odzyskanie mieszkania. W obu przypadkach najemca składa notarialne oświadczenie o poddaniu się egzekucji; najem okazjonalny jest przeznaczony dla prywatnego właściciela nieprowadzącego działalności w zakresie najmu, a instytucjonalny dla podmiotów prowadzących taką działalność. Ministerstwo Rozwoju kilka lat temu pisało wprost, że to narzędzie ma pozbawiać parasola ochronnego niesumiennych najemców i umożliwiać uproszczoną drogę eksmisji. Opowieść, że właściciel w Polsce jest całkowicie bezbronny, jest więc bardziej politycznym produktem niż opisem stanu prawnego.
To zresztą typowe dla tej skrajnej prawicy: wyjątek przedstawia się jako regułę, a potem pod ten wyjątek projektuje prawo dla wszystkich. Oczywiście, spory z niepłacącym najemcą bywają dla właścicieli kosztowne i długie. Tyle że państwo nie powinno odpowiadać na ten problem przez osłabianie zabezpieczeń przed bezdomnością, tylko przez sprawniejszy wymiar sprawiedliwości, rozwój mediacji, publiczny zasób mieszkań i interwencję socjalną. Konfederacja wybiera odwrotną drogę. Bierze realny kłopot części właścicieli i używa go jako taranu przeciw całej idei ochrony lokatora.
Szczególnie groźny jest wątek noclegowni i skali terytorialnej eksmisji. W opisach projektu powtarza się, że komornik ma móc skierować osobę eksmitowaną do noclegowni lub lokalu socjalnego na terenie całego województwa, a nie tylko jednej gminy. Na papierze wygląda to jak techniczne usprawnienie. W praktyce chodzi o coś innego: ma być łatwiej wyrwać człowieka z miejsca, w którym żył. Po eksmisji ma być bardziej mobilny niż jego praca, szkoła dziecka, lekarz czy ludzie, na których dotąd się opierał. To nie jest polityka mieszkaniowa, tylko logistyka biedy. Noclegownia nie jest mieszkaniem, a wywózka problemu dalej od oczu nie jest żadnym rozwiązaniem.
Do tego dochodzi prosty fakt społeczny: Polska nie cierpi na nadmiar ochrony lokatorskiej, tylko na chroniczny deficyt bezpiecznego i dostępnego mieszkania. Według danych GUS w NSP 2021 było w Polsce ponad 15,2 mln mieszkań, a około 1,79 mln pozostawało niezamieszkanych. Jednocześnie według wskaźników raportowanych przez statystykę publiczną około 34 proc. mieszkańców Polski żyje w przeludnionych lokalach. To nie jest obraz kraju, w którym najpilniejszym zadaniem państwa powinno być dalsze przyspieszanie eksmisji. To obraz kraju, w którym mieszkanie stało się dobrem inwestycyjnym, a część klasy politycznej chce jeszcze mocniej potraktować je jako zwykły towar.
Co ważne, nie tylko Konfederacja próbuje dziś przesunąć prawo w stronę większej kontroli nad lokatorami. Równolegle rząd w osobie wiceministra Lewandowskiego z Nowej Lewicy proceduje własny projekt zmian dotyczących lokali komunalnych. Zakłada on między innymi wygaszanie umowy po śmierci najemcy lokalu z publicznego zasobu, pozostawienie bliskim tylko roszczenia o zawarcie nowej umowy po spełnieniu dodatkowych warunków, szerszą weryfikację dochodów i majątku, możliwość przeglądania ksiąg wieczystych przez gminy oraz sankcje za podnajmowanie lokali komunalnych.
Związek Powiatów Polskich poparł część tych propozycji, ale ostrzegł też, że projekt opiera wiele skutków prawnych na upływie terminów i sankcjach, choć nie precyzuje jasno zasad zawiadamiania lokatorów. Dodał przy tym, że proponowane trzykrotne odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu może nie rozwiązać problemu, tylko szybciej powiększać długi ludzi już zadłużonych. To ważny kontekst: władza i opozycja różnią się językiem, ale obie coraz częściej myślą o mieszkalnictwie jak o systemie selekcji i dyscypliny.
Dlatego spór o projekt Konfederacji nie dotyczy tylko tego, czy właścicielom ma być łatwiej. Dotyczy odpowiedzi na pytanie, czym w ogóle jest mieszkanie: czy wyłącznie przedmiotem własności, z którym można zrobić wszystko szybciej i taniej, czy jednak dobrem podstawowym, od którego zależy szkoła dziecka, leczenie, praca, bezpieczeństwo i możliwość normalnego życia? Polska konstytucja nie gwarantuje rentierowi świętego spokoju, tylko nakłada na władze publiczne obowiązek prowadzenia polityki sprzyjającej zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli.
Problem w tym, że łatwiej napisać ustawę o tym, jak sprawniej usuwać ludzi, niż zbudować system, w którym nie trzeba ich usuwać do noclegowni.









Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.