Kraj

Nie kocham ksenofobów z parciem na szkło [polemika]

Kilka dni temu Maja Staśko po raz kolejny wywołała burzę swoim głośnym tekstem, do którego nawiązuję w tytule. Zazwyczaj bliskie były mi wyrażone przez Staśko poglądy, a jej walkę o prawa pokrzywdzonych uważam za nieocenioną, to jednak tym razem nie sposób było nie odnieść wrażenia, że zaszła jakaś pomyłka.

Staśko zaczyna swój tekst od cytatów z internetowych sław – Marty Linkiewicz, Totohoker, Maksyma Wołczyka i Kitty Tease – które na jego końcu nazywa „przedstawicielami czwartej fali feminizmu”. Problem w tym, że tylko jedna z osób wymienionych w nagłówku utożsamia się z feminizmem i jest nią Kitty Tease.

Kocham Totohoker i Kitty Tease. I Maksyma Wołczyka też

Maksym Wołczyk, który pojawia się w artykule wielokrotnie, po opublikowaniu tekstu Staśko udostępnił go na swoim Snapie, okraszając płaczącymi ze śmiechu emotikonami. Następnie stwierdził, że jest przeciwny feminizmowi. Jakiś czas później dodał na swój Snapchat wychwalający Trumpa artykuł autorstwa Blaire White, również zdeklarowanej antyfeministki, która feminizm postrzega jako „raka” i „wirusa”.

By się upewnić (być może Wołczyk zmienił zdanie od czasu pojawienia się artykułu Mai Staśko), postanowiłem po prostu się z nim skontaktować. Na pytanie o stanowisko na temat feminizmu i czy czuje się feministą, odpowiedział wprost i lakonicznie: „nie jestem”, „nie popieram, i tyle w temacie”.

Myślę, że to wystarczające powody, by Maksyma Wołczyka nie określać feministą – jakiejkolwiek fali. Owszem, może on dzielić z feministkami otwartość mówienia o seksie, ale to nie znaczy, że jest przedstawicielem nurtu skupionego na walce z opresją. On z tą opresją w żaden sposób nie zamierza walczyć ani nie jest nią nawet oburzony. Nierówności społeczne go nie zajmują.

Na traumę po kliencie swoim fankom poleca zakupy. By zaś w ogóle przetrwać w pracy, stale „dysocjuje”, czyli – jak sam mówi – odcina się, co opanować miał do perfekcji.

Wspomniane przez Staśko traumy, których doświadczył Wołczyk, on sam traktuje jako część zawodu – „raz trafiają się tacy klienci, a raz inni, większość jest w porządku”. Jeśli gwałt jest wpisany w ryzyko zawodowe, niezaprzeczalnie ulega normalizacji. A to chyba ostatnia rzecz, jakiej chciałyby osoby o feministycznych poglądach.

Nie chcę się już jednak skupiać na samej prostytucji czy – jak kto woli – pracy seksualnej. Ten spór zostawiam osobom bardziej kompetentnym. Chciałbym zwrócić uwagę na inny problem. Problem szukania polskiej reprezentacji dla poglądów bliskich szeroko pojętej lewicy. I właśnie to chyba fenomen Maksyma Wołczyka jest najjaskrawszym przykładem nośnika tego rodzaju pułapki. Bo wymienieni przez Staśko celebryci są reprezentantami konsumpcjonistycznego neoliberalizmu, w którym każdy ma tyle, ile sobie zarobi, bo przecież i o zarabianiu był tekst Staśko.

Seksworkerka: Dlaczego chcę pełnej dekryminalizacji usług seksualnych

Z Martą Linkiewicz wiązano mgliste nadzieje, że mogłaby – choćby w nieuświadomiony sposób – nieść swoją aktywnością feministyczny przekaz. Część jej dawnych postów można było w istocie zaliczyć do nurtu body positive. Ale od jej przemiany ślad po tym zaginął. Jedyne, co Linkiewicz oferuje swoim fanom, to reklamy kolejnych produktów. Nie prowadzi już pogadanek z fankami ani nie buduje w nich pewności siebie.

Warto przy tym wspomnieć o transfobii Linkiewicz, która do Rafalali kierowała słowa: „Po pierwsze, masz dick, chciałabyś mieć taką pussy jak ja”. W tym samym słowotoku misgenderowała Rafalalę wielokrotnie. Czy transfobia cechuje czwartą falę feminizmu? Raczej nie.

Na pytanie, czy czuje się feministą, odpowiedział wprost i lakonicznie: „nie jestem”.

Staśko, owszem, wyrzuca Linkiewicz jej rasizm, ale nie czyni tego samego wobec Wołczyka, który w swoich relacjach na okrągło nazywa przedstawicieli mniejszości etnicznych „turasami” i „brudasami”. Z „Murzynów” też czyni swego rodzaju kategorię, fetyszyzując ich ciała, czyniąc ich obcymi sobie i swojej kulturze. Jego Snapchat przesiąknięty jest tępym konsumeryzmem, obraźliwymi rasowo słowami. Zionie z niego duchową, mentalną i etyczną pustką. Jedyny rytm jego życiu nadaje cyrkulacja pieniądza i konsumpcja za jego pośrednictwem.

Co więc w istocie afirmuje Staśko w swoim tekście? Hiperkonsumeryzm, relatywizację gwałtu („Totohoker opowiada, jak została wykorzystana przez właściciela mieszkania, który przymusił ją do seksu, wiedząc, czym się zajmuje” – ileż tu eufemizmów!) czy wręcz robienie z niego lekcji („szkoda, że musiał doświadczyć gwałtu w pracy, żeby zdobyć wiedzę o seksie i o pracy”)Nie musiał. Wołczyk cieszy się na tyle wysokim kapitałem kulturowym – prowadzi dość popularny kanał na YouTube – by tego rodzaju informacje czerpać zewsząd, niekoniecznie z doświadczenia.

Artykuł Staśko powoduje, że zaczynamy się zastanawiać, czy aby prostytucja nie jest właściwie całkiem wartościowym zawodem, z którego, poza zarabianiem wielkich pieniędzy, możemy się nauczyć czegoś o samych sobie i relacjach międzyludzkich. Rzeczywistość jednak się z tym rozmija.

Usługi seksualne czy eksploatacja i niewolnictwo? [Polemika]

Rozgoryczeni pracownicy seksualni obrażają swoich klientów bądź odgrywają się na nich, publikując ich wizerunki – jak wspomniana tutaj Rafalala – a Linkiewicz kapitalizuje zwyczajnie to wszystko, co reszta aktorów na rynku medialnym sobą przedstawi, od purytanizmu po właśnie ultraekshibicjonizm internetowy.

Czy którakolwiek z tych postaw jest feministyczna? Należy do którejkolwiek z fal? Jest lewicowa czy antykapitalistyczna? Dla mnie – ani trochę.

**

Maciek Rutkowski (ur. 1996) – aktywista, antyfaszysta, dziennikarz amator; współpracował z i-D Polska, magazynem „Kontakt” oraz zinem internetowym Różowe Pantery.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać