Kraj

Wystąpienie Natalii Broniarczyk w sejmie było jak otwarcie okna w dusznym pomieszczeniu

Sejm odrzucił projekt ustawy „Legalna aborcja. Bez kompromisów”. Nawet jeśli w kolejnym Sejmie zbierze się większość dla zmian w prawie do aborcji, to do 2025 roku sprawę zablokuje weto Dudy. A nawet jeśli po 2025 roku prezydentką zostanie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, to barierą dla praw kobiet będzie obsadzony przez pisowskich nominatów Trybunał Konstytucyjny.

Sejm odrzucił w pierwszym czytaniu obywatelski projekt ustawy „Legalna aborcja. Bez kompromisów”. Co oznacza, że do następnych wyborów kwestie przerywania ciąży najpewniej będzie regulował absurdalnie restrykcyjny stan prawny ustanowiony przez orzeczenie Trybunału Julii Przyłębskiej z jesieni 2020 roku.

Po debacie w sejmie i głosowaniu pierwsze słowo, jakie się nasuwa, to lekceważenie.

Debata została upchnięta jako ostatni punkt porządku dnia, w środku nocy ze środy na czwartek, tak że większość zainteresowanych osób nie mogła śledzić jej na żywo.

Poza ławami koalicyjnego klubu Lewicy sejm świecił pustkami, zwłaszcza po prawej stronie. PiS już wcześniej zadeklarował, że ustawę odrzuci w pierwszym czytaniu, partia nie udawała nawet, że jest skłonna wysłuchać argumentów komitetu obywatelskiego. Z rządzącego obozu, z wyjątkiem Janusza Kowalskiego z Solidarnej Polski, na debacie zostali tylko anonimowi posłowie i posłanki, reprezentujący trzeci i czwarty garnitur Zjednoczonej Prawicy.

Płód bez kontekstu nie istnieje

Tymczasem nawet pierwszy garnitur PiS powinien usłyszeć to, co w nocy ze środy na czwartek mówiły w sejmie przedstawicielki wnioskodawców, Marta Lempart i Natalia Broniarczyk. Ta druga wygłosiła jedno z najlepszych przemówień w Sejmie tej kadencji. Było w nim wszystko, co powinno być: liczby i statystyki sprowadzające debatę o przerywaniu ciąży na ziemię, przemawiające do emocji osobiste doświadczenie, konkretne informacje dla kobiet, jak w polskich warunkach można poradzić sobie z problemem niechcianej ciąży, łącznie z instrukcją, jak bezpiecznie przerwać ją w domowych warunkach, wreszcie polityczna energia i nadzieja na zmianę.

Stand-up z Ciemnogrodu

Wystąpienie Broniarczyk było jak otwarcie okna w dusznym, nieświeżo pachnącym pomieszczeniu, zwłaszcza na tle wystąpień posłów i posłanek prawicy. Zjednoczona Prawica i Konfederacja zaprezentowały się w debacie ze swojej najgorszej strony. Wiele wystąpień wyglądało, jakby zostało wprost wyjętych z kart Listów ciemnych mężów, Podróży do Ciemnogrodu czy podobnej satyry na konserwatywne intelektualne skostnienie.

Rekord pobił tu zwłaszcza poseł Piotr Kaleta z PiS, który bronił zakazu aborcji, powołując się na… wojnę w Ukrainie. Jak można zrozumieć argument posła, trzeba zakazać aborcji, bo jeśli dziś Polki usuną ciąże, to w przyszłości nie będzie kto miał bronić Polski przed agresją. Poseł bez żenady przywołuje wizję najmroczniejszych nacjonalizmów, postrzegających kobiety jako biologiczne maszyny mające dostarczyć wojsku rekruta. Ośmiesza się przy tym choćby z tego powodu, że Ukraina ma sensowne, progresywne ustawodawstwo w kwestii przerywania ciąży.

Kalecie dorównał poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz. Polityk będący ucieleśnieniem mema o korwinowskim kucu na obywatelski projekt odpowiedział silącym się na stand-up występem, gdzie próbował wyśmiać zapisy projektu. Sośnierz na komedii zna się niestety równie dobrze jak na gospodarce, próba przełożenia na język wystąpienia parlamentarnego memów z forum „wolnościowców” wyszła równie nieśmiesznie jak Mazurska Noc Kabaretowa. Zabawniejszy był jego klubowy kolega, Grzegorz Braun, który stwierdził, że w Sejmie odbywa się „na poły satanistyczny festiwal”.

Aborcja? Tylko w domu po kryjomu

Z mównicy sejmowej wielokrotnie padały dawno zużyte argumenty „aborcja to morderstwo”, „dziecko poczęte” ma prawo do życia itp. Sami przedstawiciele prawicy nie traktują ich poważnie. Gdyby traktowali, domagaliby się dokładnie takiej samej prawnej ochrony „życia poczętego” jak każdego innego, łącznie z karaniem przerwania ciąży jak zabójstwa. Tego postulatu nie podnoszą jednak nawet najwięksi aborcyjni fanatycy, przyjmując tym samym założenie, że życie w fazie prenatalnej podlega innej ochronie prawnej niż po urodzeniu.

Zgodnie z zapowiedziami, za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu głosował cały klub PiS, poza dwoma nieobecnymi posłami oraz głosującą przeciw Moniką Pawłowską – polityczką wybraną do Sejmu z listy Lewicy, która przeszła do Porozumienia Gowina, a następnie opuściła jego szeregi, by znaleźć się w klubie PiS.

Za wrzuceniem obywatelskiego projektu do kosza opowiedzieli się też wszyscy głosujący tego dnia konfederaci. Raz jeszcze potwierdzając, że „wolnościowość” tej formacji kończy się, gdy chodzi o sprawy kobiet.

Okrakiem na barykadzie

Nie jest to jednak nic, co by mogło kogokolwiek zaskoczyć. Wiadomo, że prawica z PiS i Konfederacji nie jest żadnym partnerem w dyskusji o sensownej regulacji kwestii przerywania ciąży, że obie te formacje są całkowicie odporne na argumenty i programowo pozbawione empatii dla kobiet. Trzeba je przegłosować, nie przekonywać. Znacznie ważniejsze było to, jak w sprawie projektu zachowała się opozycja. Bo to od poparcia dziś zasiadających w jej ławach partii będzie zależało to, czy w przyszłym Sejmie uda się uchwalić sensowne prawo aborcyjne.

Lewica, jak w prawie całej swojej historii w III RP, opowiedziała się za prawami kobiet do świadomego macierzyństwa. Platforma też, choć nie bez zastrzeżeń. Projekt obywatelski i Lewica chcą zaufać kobietom i pozostawić decyzję wyłącznie im. Platforma chce legalnej aborcji, ale po konsultacji z psychologiem i lekarzem, co jest znacznie bardziej zachowawczym stanowiskiem. Choć według sondażu Ipsos dla OKO.press z maja tego roku 88 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej zgadza się ze stwierdzeniem „kobieta powinna mieć prawo do przerwania ciąży do 12. tygodnia jej trwania”, to w klubie KO ciągle zasiadają konserwatywni posłowie, którzy wprost deklarują, że chcieliby powrotu do kompromisu z 1993 roku. Jedna z takich posłanek, Joanna Fabisiak, zagłosowała zresztą za odrzuceniem obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu. Piątka pozostałych, w tym Paweł Kowal i Paweł Poncyliusz, nie pojawili się na głosowaniu.

Niestety, na tym – nie licząc koła PPS – poparcie dla europejskich standardów regulacji przerywania ciąży kończy się na polskiej scenie politycznej. Za odrzuceniem obywatelskiego projektu głosowało aż 19 z 24 posłów PSL Koalicji Polskiej, w tym Władysław Kosiniak-Kamysz i Piotr Zgorzelski. Można zrozumieć konserwatywne podejście ludowców do aborcji – choć według tego samego sondażu Ipsosa legalną aborcję do 12. tygodnia popiera 54 proc. wyborców Koalicji Polskiej – ale trudno zrozumieć brak gotowości do dalszej pracy nad obywatelskim projektem.

Okrakiem na barykadzie usiadła także Polska 2050 Hołowni. Dwóch należących do jej koła posłów – Wojciech Maksymowicz i Paweł Zaleski – wysłało obywatelski projekt do kosza. Przemawiająca w Sejmie Joanna Mucha robiła wszystko, by jasno nie zadeklarować, gdzie jej partia stoi, jeśli chodzi o prawa reprodukcyjne kobiet. Przedstawiła za to plan zorganizowania referendum: z trwającym rok obywatelskim panelem układającym pytania itd. Nie wiadomo jednak, do jakiego głosowania partia wezwie swoich sympatyków. To skrajne kunktatorstwo dziwi w kontekście tego, że wspomniany sondaż Ipsos wskazuje, że aż 83 proc. wyborców Polski 2050 zgadza się, że kobieta powinna mieć prawo do przerwania ciąży do 12. tygodnia.

To kiedyś pęknie – ale niekoniecznie szybko

Wszystko to każe postawić pytanie: czy w przyszłym Sejmie zbierze się większość, by uchwalić przepisy o przerywaniu ciąży, przybliżające Polskę do europejskich standardów? Niestety, nie można na nie udzielić pozytywnej odpowiedzi.

Po debacie i głosowaniu widać doskonale, że liberalizacja przepisów aborcyjnych będzie bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa w następnej kadencji. Jeżeli większości w przyszłym Sejmie nie będą mieli Lewica i Koalicja Obywatelska – i to bez konserwatywnej części PO – to jedynym scenariuszem zmiany przepisów pozostanie referendum. A to, nawet z panelem obywatelskim układającym pytania, może rozstrzygnąć się różnie – referenda są nieprzewidywalnie, zwłaszcza w sytuacji silnej polaryzacji łatwo zmanipulować opinię publiczną do podjęcia nieprzemyślanej decyzji. Katolicka prawica posunie się do każdej manipulacji, by uzyskać pożądany przez siebie wynik. Wygrane przez stronę anty-choice referendum zablokowałoby sprawę liberalizacji przepisów aborcyjnych na lata.

Justynie grożą trzy lata więzienia za wsparcie w aborcji

Nawet jeśli w Sejmie zbierze się większość dla zmian, to do 2025 roku sprawę zablokuje weto Dudy. Konieczna do jego odrzucenia większość trzech piątych głosów nie zbierze się już na pewno. A nawet jeśli po 2025 roku prezydentką zostanie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, to barierą dla praw kobiet będzie obsadzony przez pisowskich nominatów Trybunał Konstytucyjny.

Wspomniany tu wcześniej sondaż Ipsos pokazuje, że większość popiera prawo do przerwania ciąży do 12. tygodnia – zgodziło się z tym aż dwie trzecie ankietowanych. Wśród młodych ta większość jest wręcz przytłaczająca. Zmiana kulturowa w myśleniu o aborcji już się dokonuje, ale niestety nie nadąża za nią polityka. Katolicka prawica z różnych partii, z obu stron podziału PiS-anty PiS, z Sejmu i Trybunału Konstytucyjnego (na długo zanim PiS wprowadził tam Przyłębską) zrobiła wiele, by przyjęcie sensownych rozwiązań aborcyjnych w Polsce było bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Gdy system polityczny w sprawie dotykającej spraw dosłownie życia i śmierci całkowicie rozmija się ze społeczeństwem, prędzej czy później czeka go reset, bardzo bolesny dla polityków, sędziów, liderów opinii znajdujących się po niewłaściwej stronie podziału. W końcu nastąpi on także w Polsce. Ale niestety niekoniecznie już po następnych wyborach.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij