Kraj

Konarzewska: Spektakl heteronormy w szkole

„Dziewczęta! Wiem, że każda chce się podobać chłopcom, ale szkoła to nie wybieg”. Niech podniesie rękę, kto podobnego zdania nie pamięta.

Kiedy szłam do pierwszej pracy w szkole, miałam na sobie krótką spódnicę. Zaczepił mnie uczeń z klasy maturalnej i spytał, czy pójdę z nim na studniówkę. Daj spokój, powiedziałam, przecież ja jestem stara. Korytarz zatoczył się śmiechem. Chłopiec się nieco zarumienił, ale potem ponowił zaproszenie innego dnia, tym razem na randkę. Widziały to dwie młode nauczycielki i powtórzyły w „pokoju”. I tam także – zatoczyło się przaśnie. Śmiali się księża sponad Biblii kieszonkowych i gorliwe wielbicielki sprawdzianów znad pomazanych na czerwono kartek i kawy. Niektóre panie były na pokaz zazdrosne, niektórzy panowie także. Pan od wuefu zagwizdał, a bardziej leciwe koleżanki potraktowały mnie niczym pannę na wydaniu. „Idź z nim, idź”. Sarmacka atmosfera Zosinych zaręczyn. Trochę mnie wmurowało. Myślałam: „Z uczniami przecież się nie…”. W końcu dzwonek. Panie starsze, co wcześniej piły kawę, wstały. I poszły. Otrząsnęłam się. Głupia! Przecież „idź” (oraz ten cały na chwilę, tak w przerwie tylko, teatrzyk z epoki) to tylko żart. Mrugnięcie okiem.

Czy jednak na pewno – „tak na chwilę” i czy na pewno „tylko”?

Kilka lat później (po nauczycielskim coming oucie dostałam sporo e-maili i listów) pewna uczennica opowiedziała mi podobną historię. O niej samej i pewnej nauczycielce, która nie miała krótkiej spódniczki, lecz spodnie i bardzo krótkie włosy, na których „tańczyło słońce, gdy biegła po schodach”. Wpadły na siebie dość niezręcznie, co w filmach „z epoki” (gdyby pani była panem) byłoby zwrotną sceną romantyczną. „Pójdzie pani…?” – wcześniej uczennica widziała nauczycielkę na imprezie tylko dla kobiet. Być może też jest les?, tak jak ja?” – pomyślała. „Poszłaby pani…?”. Bardzo potrzebowała z kimś porozmawiać, zwierzyć się, zaufać. Czy to zauroczenie? Nie potrafiła tego oddzielić, rozpoznać. „Spotkamy się? Na spacer?”. Korytarz był pusty, nikogo. Na wszelki wypadek jednak nauczycielka rozejrzała się nerwowo. Słońce na włosach zgasło. „Wszystko zgasło” – pisała dziewczyna. Nauczycielka zbladła: „Jak ty się zachowujesz? Tak się nie…”. Nie dokończyła zdania, pobiegła. „Nigdy więcej się do mnie nie odezwała, unikała mnie. Nie widziałam jej też w tamtym klubie. Do ukończenia przeze mnie szkoły zostało kilka miesięcy. Potem znów ją spotkałam, przeprosiła, wyjaśniła, jak bardzo była przerażona. I że przeze mnie mogła stracić pracę. I żebym tak więcej nigdy… Do głowy by mi nie przyszło”.

To dwie paralelne historie, jak się wydaje. A jednak nie. To awers i rewers tego samego spektaklu. Co w nim odgrywamy? Heteronormę. I właśnie ta heteronorma, spektakl heteroseksualności, wydaje mi się istotniejsza w dyskusji o szkolnej homofobii niż homoseksualność.

Spektakl
 – Dzień–do–bry!
Co dzień to samo, w podobnych układach, trzeba pilnować, by nie wyjść z roli, by nie wyróżnić się obcym gestem. Krzesło blisko krawędzi ławki. Dziewczynki, nóżki razem. Chłopcy, po męsku, żołniersku, dziarsko:
– Dzień–do–bry!
– Dobrze. Siadajcie.
Czy szkoła to nie mały teatr? Czy „uczeń” to nie rola, nasza mała inscenizacja, którą trzeba odegrać jak najlepiej, a później szybko zapomnieć? A „nauczyciel”? Czy hetero to nie kostium dla każdej z tych ról?

„Aha” – podczas szkoleń rady pedagogicznej przytakiwałam i gryzłam skórki paznokci, ani na chwilę nie pozbywając się uczucia, że gram tu w jakiejś dziwnej, śmiesznej sztuce. Szkoła udaje, stroi się, kokietuje. Przebiera się za rzeczywistość – rynkową (przedsiębiorczość), wzniosłą (wszelkie apele, akademie), medialną (prezentacje i wystąpienia). Ponaśladujmy świat – mówi nam szkoła – będziemy biznesmenami, prezenterkami, naukowcami. I co najgorsze… ten spektakl naprawdę stwarza świat. Uczniowie i uczennice, nauczywszy się ról, odtwarzają je na zewnątrz.
Jeżeli wydaje nam się, że wszystko zależy od naszych (nauczycielskich) intencji, mylimy się.
Life is a cabaret – jesteś tu – grasz.

Samowite!

„Dziewczęta! Wiem, że każda chce się podobać chłopcom, ale szkoła to nie wybieg”. To zdanie zostało chyba wypowiedziane w każdej szkole, niech podniesie rękę, kto podobnego nie pamięta. „A wy, dwie, gdzie w czasie lekcji? Męża szukacie?”. Jasne! „Jak ty wyglądasz? Jak w worku”. […]. „Nie pyskuj! Z mężem też będziesz tak rozmawiać?”. I wreszcie moje ulubione. Podczas przygotowań do akademii na cześć AK nauczycielka – reżyserka do chłopca – aktora: „Jak ty mówisz! – za delikatnie. Ty masz mówić jak żołnierz, żołnierz, rozumiesz? Mężczyzna! Masz mówić tak, żeby laskom zmiękły kolana”.

Zabawne? Jeszcze bardziej, niż się wydaje. Nauczycielka nie miała pojęcia (i nie zakładała), że chłopak grający główne role w większości jej akademii (w tym te żołnierskie) niespecjalnie interesuje się kolanami „zmiękłych lasek”, ponieważ jest gejem.

Takie sytuacje powtarzają się w szkole codziennie. Domyślna heteronormatywność, umacniana w binarnie rozdanych rolach genderowych, to w szkole zasada. Jej reprodukcja jest zatem często niezależna od – często otwartych – poglądów nauczycielek i nauczycieli, czy od ich – często przyjaznych – intencji.

Posłuchajmy, co mówią o tym sami uczennice i uczniowie:
„Nauczyciele mają bardzo heteronormatywne podejście do świata i przekazują je uczniom”.
„Nauczyciele też są w gruncie rzeczy tolerancyjnie nastawieni, chociaż nie wszyscy wydają się rozumieć to zjawisko”.
„Nie usłyszałam od żadnego z nauczycieli jakiegokolwiek złego słowa o osobach LGBT. Jednak samo zjawisko jest traktowane jako ciekawostka”.

Tolerancyjni, ale heteronormatywni. Nie zło, ale ciekawostka – to właśnie haczyk. Ciekawostka, smaczek, pieprz – niesamowite wśród codzienności tego, co „nasze”, czyli normalne, samowite.

Niesamowite! – mówimy czasami, gdy zdarza nam się widzieć coś dziwacznego. Niesamowite, Wilde był homo. Ale cóż. Nosił też te swoje dziwaczne peleryny i goździki w butonierkach. Artyści bywają kontrowersyjni. Albo Komornicka – Włast. Ona też homo, no i kazała sobie usunąć niektóre zdrowe zęby, a potem co? Reszta życia w psychiatryku. („Bo artyści… Małgośka, schowaj błyszczyk, nie prowokuj mi tu chłopców na lekcji”). Komornicka – artystka była niehetero, ale Małgośka (i wszyscy prowokowani na lekcji chłopcy i nieprowokowane dziewczyny są hetero na bank). Samowite znaczy bezpieczne, codzienne. Niepodważalne i oczywiste. Nie podlega ani krytyce, ani żadnemu innemu intelektualnemu czy emocjonalnemu rozpoznaniu. Hetero w szkole takie właśnie jest.

„Nauczyciele mają heteronormatywną wizję świata. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek któryś poważnie stwierdził, że ktoś z nas może nie być hetero. Jeśli już się zdarzyło, to było to w formie żartu”– napisała niedawno jedna z uczennic w liście do KPH. Słyszałam wiele takich żartów. Nie zawsze są okrutne, bardzo rzadko złośliwe i w złych intencjach, one po prostu są takie „normalne” i „samowite”. I często nawet… no właśnie, śmieszne.

Ślub, czyli pik

Nie chodzi jednak o to, by kogoś (poszczególnych nauczycieli i nauczycielki) obwiniać, oskarżać o homofobię. Chodzi raczej o to, że… nie tylko o to tu chodzi. Niepoważna samowitość życia szkoły nie byłaby może taka niebezpieczna, gdyby nie zszywano jej z ideologią – poważną wiedzą podawaną na lekcjach i akademiach szkolnych. I na odwrót. Jak sądzę, to właśnie jest „to zjawisko”, którego – pisał autor cytowanego wyżej listu do KPH – „kadra nie rozumie”.
Zajrzyjmy do raportu KPH [1]. Już na wstępie autorzy piszą:

Prawie wszyscy rozmówcy [wśród nauczycieli] deklarowali, że ta tematyka [homoseksualność, homofobia] nie dotyczy ich szkoły i że to są zagadnienia, od których są wolni.

Pierwsza reakcja? To oczywiście nieprawda. Czy kadra kłamie? Niektórzy może tak, ale większość?

U nas nie ma takich przypadków; pytanie z góry zakłada, że problem musi w szkole istnieć; nikt w mojej szkole; nie ma takiej przemocy [homofobicznej] – odpowiadała kadra.

Nas to nie dotyczy, u nas tego nie ma – to stała kwestia. Pamiętam, jak razem z autorem raportu Janem Świerszczem (można to oglądać w jednym z wydań programu Uwaga!) dzwoniliśmy do szkół i pytaliśmy o chęć wzięcia udziału w warsztatach antyhomofobicznych organizowanych przez KPH. Dyrekcja odpowiadała nam często właśnie tak: „u nich” tego nie ma, zatem nie potrzebują i nie chcą się szkolić. Nie opuszczało mnie wrażenie, że ci ludzie nie mają pojęcia, o czym mówią (i wcale nie tylko dlatego, że wedle statystyk w każdej klasie jest średnio jedna osoba nieheteroseksualna).

Podobne wrażenie miałam po opublikowaniu w „Gazecie Wyborczej” diagnozy źródeł homofobii w polskiej szkole. Wiele osób zareagowało: „Bez przesady, tak źle to nie jest, szuka pani dziury w całym”. Szukam.

Czym jest bowiem dla nauczycieli „ta tematyka”? Czy rzeczywiście kadra udaje, że nie widzi problemu tam, gdzie on jest (geje i lesbijki uczęszczają do ich szkół), czy może raczej nie widzi problemu, ponieważ nie wie, gdzie on jest – nie w „gejach i lesbijkach”, lecz gdzie indziej. Nie szukając daleko, na przykład w tradycyjnym modelu patriotyzmu. To może wydawać się przesadą, ale płeć, seks i naród to kategorie, które się przenikają. W szkolnej edukacji patriotycznej następuje prosta wymiana (zszytych ze sobą) znaczeń, np. kobieta – matka, Polak – obrońca przed wrogą obcością itd. Pamiętamy chyba wszyscy, jak wiele miejsca zajmuje w szkole „wychowanie do patriotyzmu”, jak bardzo ten patriotyzm jest znacjonalizowany i jak wulgarnie upłciowiony (chodzi mi zarówno o program jawny – lektury szkolne, sposób nauczania historii, jak i program ukryty – akademie, wędrówki samorządu szkolnego ze sztandarem w miejsca narodowo-katolickiego kultu, scenografia tego kultu – porozwieszane po całej szkole godła, flagi i krzyże uzupełniające się pięknie ze sposobem interpretacji lektur).

Prawdopodobieństwo, że jakaś polonistka podczas wypełniania raportu KPH na temat homofobii pomyśli sobie: „Fakt! Patriotyzm, jaki wpajam przy omawianiu Potopu, jest mocno nacjonalistyczny, ksenofobiczny i nacechowany płciowo – to generuje postawę homofobiczną”, jest bardzo małe. I nie ma co się dziwić. Seks i patriotyzm na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego. A mimo to, niestety, „upolityczniona wrogość wobec seksualnej odmienności to stały składnik nacjonalizmu” – pisze Agnieszka Graff w Rykoszetem, a to zdanie to tylko błyskotliwe podsumowanie tego, co humanistyka eksploruje już od dawna.

Zatem „ta tematyka” to nie zawsze tylko konkretnie ta, o której akurat myślimy. Nie jest to nasze (nauczycielskie) pierwsze skojarzenie, lecz niezwykle często, gdy chodzi o płeć, chodzi o naród. A gdy chodzi o swojskość narodową, najczęściej chodzi też o swojskość seksualną. I na odwrót.

Kolejny przykład: raport podaje, że niemal 30 proc. chłopców, którzy są „podejrzewani o homoseksualizm”, a przez to narażeni na przemoc, nie interesuje się sportem bądź nie chodzi na wuef, a ponad 80 proc. „zachowuje się dziewczęco”. Wątpię jednak, by przy odpowiadaniu na kapehowskie pytania jakiś pan od wuefu pomyślał: „O rany, wciąż mówię do Jacka «grasz jak baba», to chyba uwaga genderowo nie na miejscu, w zasadzie homofobiczna, ja tu coś niecoś generuję chyba…”. Znów trudno się dziwić. Radykalnie „męska” narracja wokół sportu jest taka… samowita.

Nie chodzi mi tu naprawdę o dzikie wpajanie poprawności politycznej, wmawianie, że w szkole nic już nie można, nawet zażartować. Chodzi mi tylko o to, że na problem homofobii należy spojrzeć szerzej. To, co zszyte na poziomie znaczeń – za sprawą cytowania, inscenizacji, codziennej inskrypcji – staje się mocniejsze. Dlatego ideologiczny mariaż polonistki i pana od wuefu wzmacnia ideologie nacjonalistyczne, dyskurs władzy i męskiej dominacji. Oboje grają w tym samym spektaklu. Pani od polskiego działa w programie jawnym (przekazuje treści z podręcznika i podstawy programowej), pan od wuefu działa w programie ukrytym – „przy okazji” niejako przekazuje treści, których akurat (jawnie), jak to się w szkole mówi, „nie przerabia” – nie realizuje.

Trudne

Jeżeli chodzi o podręczniki i zapisaną w nich jawnie homofobię, należy domagać się zmiany.
Jeżeli chodzi o samowity spektakl, jedyne, co można zrobić, to w nim nie uczestniczyć. To trudne – wiem. Mnie samej nie zawsze się udawało.

Wróćmy do scenki z początku tego tekstu. Odgrywałam pięknie jak z nut spektakl o heteronormie. Weszłam w to jak po maśle, zdziwienie przyszło dopiero potem. „No coś ty, przecież ja jestem stara” – co to ma być?! Miałam 27 lat, wyglądałam na 20. To czystej wody kokieteria. Trudno mi dziś jednoznacznie powiedzieć, dlaczego sięgnęłam po pierwszy dostępny kostium kobiecy wśród kulturowych wzorców, najbanalniejszy rekwizyt w teatrze heterozalotów. „Nie chodzę na randki z uczniami” albo „marsz do klasy” zadziałałoby najlepiej, jednak (znów!) nie o to w tej scence chodziło. Wzorzec hetero i mus jego odegrania był tak silny, że układ nauczyciel – uczeń w tym momencie wzięliśmy w nawias. Nawias żartu, mrugnięcia okiem. To samo zrobili wszyscy obecni w pokoju nauczycielskim, to było tak urocze, tak wzorcowo słodkie, że nikt się nie oburzył. Publiczność zareagowała doskonale tak, jak się reaguje na komediach romantycznych – śmiechem i roztkliwieniem. Oraz gromadnym poparciem. Jakby wszyscy radowali się ślubem.

Z oczywistych powodów w homorewersie tej sytuacji (scenie na schodach opisanej mi przez uczennicę) jakiekolwiek pozytywne zakończenie jest niemożliwe. Tak jak bowiem nasza scenka wpisała się w heteronormatywny wzorzec, tak ich była koniecznym dla zaistnienia owego wzorca wypartym; jego nieobecność w społecznym repertuarze ról pokazuje moim zdaniem homofobię lepiej niż niejedna obelga.

Dla jasności przypomnę – ja też jestem lesbijką. Jednak w scence, która mi przypadła, złapałam się na rolę hetero, tamta nauczycielka – nie. Nasza nieobecność – moja maskarada, jej ucieczka – miały charakter symboliczny. Jednak wyparcie ze spektaklu działa także w sferze realnej. Jako wykluczenie.

Taką sytuację pokazuje wspomnienie pewnej dziewczyny, która w liście do KPH opisała swoją historię:

[Po coming oucie] zostałam wykluczona ze wszystkiego. Nie mogłam organizować żadnych akcji, prowadzić apelów czy innych wydarzeń tak, jak robiłam to dotychczas. Nie narzekałam, miałam więcej wolnego, nie musiałam uczyć się różnych tekstów na pamięć. Miałam więcej czasu dla siebie, dla mojej dziewczyny i nielicznej garstki tych prawdziwych przyjaciół, którzy nie odwrócili się ode mnie”. Jednak właśnie to wykluczenie (wykluczenie z tego, co spektakularne), jak pisała, bolało najbardziej.

It’s only a cabaret, old chum!

Słaby opór, dekonstrukcja. To moim zdaniem jedyna możliwa strategia pozytywnego nie-uczestnictwa, działania wbrew normie, która odbywa się na zasadzie wiecznego podważania systemu. Tak, widzę jej trudność – czasem zadziała mocno, czasem słabiej. Oto kilka przykładów:
przez lata nie przyjmowałam na przykład kwiatów na Dzień Kobiet. Nie zawsze jednak miałam czas to tłumaczyć. Kiedy akurat z jakąś klasą miałam tego dnia polski – tłumaczyłam i była dyskusja, czasem gorąca. Jednak po jakimś czasie uczniowie nauczyli się, że „ona to tak ma, jest feministką”, i nie dawali mi kwiatków, „bo feministki tego nie lubią”, a uczniowie, z którymi się nie znałam, myśleli często, że po prostu „jestem niemiła czy coś”. Samowite, feministki są niemiłe, nauczycielki bywają dziwne. Któraś norma (która pierwsza, ta lepsza) wchłaniała moje działanie. Mimo to jestem przekonana, że było warto, nawet dla tych kilku dyskusji, które samowite czyniły niesamowitym. Gdyby odbywały się one na większej liczbie lekcji, norma nie byłaby tak czytelna i przytłaczająca.

Kiedyś spróbowałam odwróconego spektaklu. To był ostry queer. Robiliśmy Balladynę, Goplana była drag queen, miała na sobie lazurowe futerko, a grał ją najfajniejszy sportowiec w szkole, bardzo „przystojny” i „męski”. Mężczyźni byli kobietami, polski dresiarz performatywnie unurzany w kobiecość – to było coś.
Na hospitacje przyszła dyrekcja.
Czy miałam w związku z tym nieprzyjemności? Ależ skąd! – sam cesarz się śmiał. Mój cały ostry spektakl denormatywizujący został wchłonięty przez normę i potraktowany półżartem jak amatorska wersja Poszukiwanego, poszukiwanej. Nie warto zatem? Warto! – polski dres (jako idea) unurzany w kobiecość i rozmowy o tym (nawet te krótkie, w czasie prób) to naprawdę jest coś.

W codziennej praktyce nie trzeba jednak wykonywać tak wyrazistych gestów. Najlepiej działają proste strategie pozytywne. Codzienne systematyczne poszerzanie normy. Kiedy dajemy na przykład do napisania list miłosny, dowolnie mieszajmy płcie autora i podmiotu wypowiedzi. Gdy pytamy wychowanka, który się nam zwierza, „czy chodzi o dziewczynę?”, spytajmy raczej, „czy chodzi o miłość? Dziewczynę czy tam chłopaka”. On się pewnie zdziwi, że tak pytamy. Jednak nie podtrzymujmy tego zdziwienia, czyńmy niesamowite samowitym. Zmieniajmy język, to działa.

I na koniec ostatnie spektakularne wspomnienie. Pamiętam pewną maturę. Zielone sukno, powaga. To był niesamowity dzień – tak wiele dziewczyn wybierało temat: „Kobieta anioł i kobieta fatalna”, że wyglądało, jakby się zmówiły. Komisja była znudzona. Brakowało już pytań do zadania „po prezentacji” – inwencja się wyczerpała. Najczęściej padało więc infantylne: „A ty, Małgosiu, którą z przedstawionych przez siebie kobiet chciałabyś być?”. Demon czy aniołek? – słaby wybór, ale jakoś szło. W końcu do sali wszedł chłopak. Rzut oka na spis. Nie do wiary: miał ten sam temat.
„Którą z przedstawionych przez siebie kobiet chciałbyś być?” – spytałam go więc zgodnie z przyjętą na dziś zasadą. Chłopak mrugnął do mnie i nagle zrozumiałam. Trafiłam. Małgosiowatość w ciele Jasia puściła mi oczko. „Właśnie, Jasio, z którą z tych kobiet chciałbyś być?” – dopowiedziała pani obok i popsuła całą zabawę. Jaś odpowiedział. Cokolwiek: plapla. A jego ciało, ciało queer, małgosiowate, mówiło: „It’s only a cabaret, old chum! Szkoła to spektakl, proszę państwa, to jest kabaret. And I love a cabaret”.

I prawie widziałam, jak idzie w górę srebrna kurtyna w cekiny. Ale taka przyjemność, old charm, zdarza się rzadko.

Przypisy:

[1] Kampania Przeciw Homofobii, „Lekcja równości. Postawy i potrzeby kadry szkolnej i młodzieży wobec homofobii w szkole”, Warszawa 2012.

Tekst pochodzi z „Edukacji. Przewodnika Krytyki Politycznej”.

Czytaj także:

Dorota Obidniak: Czy znajdzie się obrońca równości płci w szkole?

Sławomir Sierakowski: Gender Kościoła polskiego

Agata Bielik-Robson, Historie oka

Ewa Łętowska, Komisja karania kobiet (list otwarty)

Agnieszka Graff, Modern talking z małym genderowym wkładem

Elżbieta Korolczuk, Dyskusja o gender to łabędzi śpiew Kościoła

Ewa Łętowska, W Polsce prawo służy tylko silnym

Kinga Dunin, Wigilijne dziecko

Hanna Gill-Piątek, Bratkowska, usuń na plebanii!

Cezary Michalski, Liberalne minimum

Kinga Dunin, Adres do cara

Agnieszka Graff, Gender i polityka, ale ta prawdziwa

Anna Dryjańska: Pokazałyśmy hipokryzję Kościoła

Kinga Dunin, Kontrreformacja

Izabela Morska: Niektórzy z nas boją się niektórych z was, część I i część II

Magdalena Radkowska-Walkowicz: Czemu służy straszenie „ideologią gender”?

Tadeusz Bartoś: „Gender” służy jako hasło wojenne

Kinga Dunin, Gorsza od Hitlera


***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać