Kraj

Niektórzy z nas boją się niektórych z was (1)

Osoby hetero uznają list pasterski Episkopatu za absurdalny i zabawny. Trzeba być homo, by poczuć grozę.

Chcę napisać o tym, jak to jest spędzić święta ze świadomością, że list pasterski na Niedzielę Świętej Rodziny, który za dwa dni zostanie odczytany z polskich ambon, przypieczętuje zmiany, których się już dokonały, i da początek innym. Mam nadzieję, że uda mi się skończyć tę opowieść, w przeciwieństwie do innej, wiosennej, o tym, jak to było znaleźć się w klaustrofobicznie małej sali wykładowej Uniwersytetu Gdańskiego z wrzeszczącą Młodzieżą Wszechpolską na pokładzie tego, co miało być debatą, a przypominało samolot porwany przez terrorystów. Jak i do późniejszej, jesiennej opowieści o tym, jak to było udać się tego lata pod Moskwę, do okolicy „wypoczynkowej”, gdzie moskiewscy bogacze cieszyli się życiem w swoich daczach, by przebywać w świetnie wyposażonym ośrodku naukowym, podczas gdy wokół nas bandy nacjonalistów polowały na nastoletnich gejów, żeby ich torturować i zamieszczać nagrania ze swych dokonań na internecie.

Ostatecznie jednak to, co powstało, nie jest wspominkowe. Wyszedł mi raczej osadzony w emocjach tekst krytyczny. Ma otworzyć pole do interpretacji ostatnich wydarzeń, wykazując, że Polsce bliżej jest do wprowadzenia ustawy „zakazującej homoseksualizmu”, niż nam się zdawało, przynajmniej niektórym z nas – przynajmniej do ogłoszenia przez Konferencję Episkopatu Polski najnowszego listu pasterskiego. Jego tytuł pomijam z szacunku dla samej siebie.

Przeglądając na stronie Episkopatu Polski tytuły listów pasterskich dwadzieścia pięć lat wstecz, łatwo możemy dostrzec, iż żaden nie zawiera porównywalnego ładunku agresji. Są pojednawcze, upominają („Rodzina szkołą trzeźwości”), negocjują („Problemy uwłaszczenia i prywatyzacji”), wskazują („Abyśmy nie ustawali w drodze”, „Dialog warunkiem pokoju). Baza danych zaczyna się listem „Uświęcenie czasu pracy i wakacji w Duchu Świętym” z czerwca 1998 roku. Uderzający jest brak potępienia komunizmu, jak i współczesnego nam pracowniczego wyzysku.

Mam zaszczyt przynależeć w Gdańsku do niewielkiej organizacji LGBT (te literki to n i e  s ą cztery płci – odnoszą się raczej do nieobecnego w liście pasterskim słowa tożsamość), której trzon stanowią katolicy, ludzie głęboko wierzący. Oprócz radości obcowania z nimi doświadczeniu temu towarzyszy wrażenie déjà vu. Otóż poczynając od jesieni 1980 roku po stan wojenny, a potem przez kolejny rok wiele wieczorów spędziłam w kościele. Było to Duszpasterstwo Akademickie „Górka” przy kościele Dominikanów w Gdańsku, gdzie spotykała się młodzież antykomunistyczna, a zarazem szukająca duchowej podstawy do tego sprzeciwu. Odbywały się zatem modlitwy, śpiewy przy gitarze, czytanie zakazanych książek Gombrowicza czy Orwella, dyskusje oraz romanse (hetero), odbieranie darów z Niemiec i ostentacyjne odmawianie środków antykoncepcyjnych dołączonych do tych paczek, bo przecież to by oznaczało, że katolickie dziewczęta pozwoliły sobie na „zbyt wiele”.

Panował nastrój „oazowy”: dużo sympatii, wsparcia, śmiechu i życzliwości, którym towarzyszyła pełna izolacja od reszty społeczeństwa, zwłaszcza po stanie wojennym. Nie mieliśmy przy tym wrażenia, że hierarchia kościelna nas wspiera. „Nasz ksiądz” sporą część naszej aktywności zwyczajnie ukrywał przed zwierzchnikami, przeciwnymi takiemu kształceniu młodzieży w duchu sprzeciwu wobec rządu, takiej radykalizacji młodzieży w kościele. Nieraz baliśmy się, że zostanie nam odebrany, przeniesiony gdzie indziej. Wpadaliśmy w panikę.

Podobieństwo między dominikańską „Górką” sprzed trzydziestu lat a współczesną Wiarą i Tęczą, organizacją skupiającą polskich chrześcijan (nie tylko katolików), którzy wierzą, że Bóg ich, jako gejów, lesbijki i osoby trans, kocha i akceptuje, jest uderzające.

Podobna jest konieczność „chronienia” swoich księży przed kościelnymi hierarchami. Podobna jest idea czerpania siły z kręgu – dyskusyjnego, modlitewnego czy kręgu wsparcia. Podobne jest to, że przewodzą chłopcy (Gdańsk zdaje się wyjątkiem), bo geje znajdują się w hierarchii kościelnej łatwiej niż lesbijki. Struktura mszy katolickiej w polskich kościołach wciąż bardziej odpowiada na duchowe potrzeby tych pierwszych, a nie tych ostatnich (mówię o braku ministrantek i w ogóle kobiet w pobliżu polskich ambon). Miejsce wierzących gejów i lesbijek w Kościele jest niepewne, ale to, co mają, wystarcza, żeby dodać im otuchy. Antykomunistyczna młodzież akademicka pomiędzy kościołem Dominikanów a św. Brygidy miała całkiem podobnie.

Podobne jest też emanowanie przekonaniem, że „Bóg jest z nami”. Choć zachowania polskiej hierarchii kościelnej dziś są krzywdzące, to jutro będzie inaczej, a tymczasem z Biblii i naśladowania Chrystusa biorą siłę, żeby je znieść. Nie jest to moje podejście. Nie trwałabym w strukturze, która mnie odrzuca. Kiedy dzieje się krzywda, zmiana jest zalecana pod względem psychologicznym i ma zastosowanie prawne. Kościół, synagoga czy pogańska świątynia są dla mnie podobnie ważne, o ile są dla społeczności miejscem skupienia (w dwojakim sensie). Moje potrzeby duchowe wypełnia spacer i czytanie literatury. Nie jestem więc tradycyjnie wierząca, ale moja narzeczona jest (tu uwewnętrzniona Młodzież Wszechpolska niczym chór grecki wydaje z siebie rechot). Jest chrześcijanką, ale nie katoliczką, a mieszkając w Polsce odkryła, że ludzie o bliskich jej poglądach mogą być tylko ateistami. W Szwecji, Szkocji i Kalifornii ludzie potrafią i mogą łączyć postępowość społeczną i politykę równościową (w tym dżender) z wiarą. Wiara wręcz ich do polityki równościowej motywuje. Naśladują Chrystusa, który miał nietypowych przyjaciół i sprzeciwiał się skostniałym hierarchiom. Boże Narodzenie dla nich to nadzieja na nowe, a nie okazja do pouczeń.

Pierwsze linki do listu pasterskiego pojawiły się na Facebooku w piątek wieczorem. Ponieważ sobotę i niedzielę musiałam przeznaczyć na pracę, mogłam się spodziewać, że przez najbliższe dwa dni świat potoczy się do przodu, pojawią się artykuły i petycje protestujące przeciwko odczytaniu tego listu w kościołach.

Spodziewałam się, że inni napiszą to, co wydaje się aż nazbyt oczywiste: ten list daje zachętę, carte blanche dla przemocy wobec gejów, lesbijek i osób transseksualnych.

Dzieci, które wysłuchają go w kościele, znajdą w nim pobudkę, by prześladować co bardziej delikatnych kolegów i wyzywać się nawzajem od pedałów. Nastolatkowie – nie tylko typu „betonowa młodzież” – znajdą w nim zachętę do rozważań, czy i jak wlepić nieznanemu im przechodniowi za różowe spodnie. Podpalacze tęczy poczują się dowartościowani, bo to nie oni, nacjonalistyczni radykałowie, zostali potępieni, tylko ofiary ich napaści (symbolicznej, na razie). Rodzice osób homoseksualnych dostaną bodziec, żeby rozpaczać (wersja: matka) lub dziecko zrugać, pobić i wyrzucić z domu (wersja: ojciec ze starszym bratem). Dziwny to prezent od Episkopatu – dzielenie rodzin na święta.

Przez tydzień jednak panowała cisza. Owszem, pojawił się artykuł w „Tygodniku Powszechnym” (niewątpliwy dla postępowych katolików dowód odwagi Błażeja Strzelczyka), proponujący księżom, żeby nie czytali swojego listu z ambon, napisany z punktu widzenia nowoczesnych katolickich konsumentów. Przesłanka jest zdroworozsądkowa: przecież „my” mamy rodziny, mamy dzieci, spłacamy kredyty i należy nam się na święta przyjazna światu homilia, a nie jakieś apokaliptyczne strachy na lachy. Uderza brak śladu refleksji nad tym, że ktoś żyjący obok autora może się poczuć tym listem zagrożony.

Oprócz tego, że ludzie przez święta zajmują się tym, czym powinni, czyli rodzinami, cisza mogła wyniknąć też z osłupienia (list jest tak agresywny, że trudno go przeczytać do końca, a potem nie bardzo wiadomo, co powiedzieć). Ludzie religijni a urażeni listem mogli uznać, że ponieważ Bóg jest po ich stronie, to wystarczy poczekać, a ta prawda zostanie objawiona. Za to ateiści wyrażali wręcz perwersyjną przyjemność z tego, że list zostanie odczytany. „To woda na nasz młyn”, powiedział mój przyjaciel. Jak młyn, pytam się, gdzie ten młyn? Bo chyba nie w Komisji Kodyfikacyjnej ani w Ministerstwie Sprawiedliwości, jak poświadcza to niedawny wywiad z Ewą Łętowską. „Niech Kościół do reszty się skompromituje”, uznał inny.

Tylko że Kościół wcale się nie kompromituje. A to tuszuje skandale pedofilskie na łonie samego Kościoła, a to umacnia swoją więź z PiS-em, jak argumentuje Agnieszka Graff, na mocy dość ewidentnego porozumienia. A kiedy PiS dojdzie do władzy, to się kościołowi odwdzięczy. Czym? Na przykład ustawą o zakazie propagandy homoseksualnej, do złudzenia naśladującą tę rosyjską. A co na to powie Unia Europejska? Cokolwiek powie, jestem pewna, że PiS znajdzie i na to jakieś twórcze rozwiązanie. Będzie to zależało od aktualnej konstelacji ekonomicznej – od tego, na przykład, jak bardzo wystąpienie Polski z EU może zagrozić zawaleniem się rynku euro i jak bardzo będzie można grozą takiego wystąpienia EU zaszantażować. A jak nie tym, to czymś innym.

Co ma jednak list pasterski polskiego Episkopatu do kalki rosyjskiej ustawy o zakazie „propagandy homoseksualnej” – nawet gdyby istotnie miała ona zostać za rok wprowadzona?

Autorzy listu w drugim akapicie powołują się na Jana Pawła II. Nie mogliby się powołać na Franciszka po jego dobitnym stwierdzeniu, iż nie wolno mu osądzać (a co za tym idzie, insynuować desakrację ołtarza, usuwać z Kościoła i tak dalej) księdza, który jest gejem. Papież Franciszek został mianowany Osobą Roku magazynu „The Advocate”, wyprzedzając Edie Windsor, kobietę, dzięki której udało się znieść blokadę prawną uniemożliwiającą wprowadzenie małżeństw homoseksualnych w poszczególnych stanach USA – bo komisja nominacyjna uznała Windsor, raczej niesłusznie, za bohaterkę lokalną, ważną tylko dla Amerykanów.

Tymczasem ostatnie wypowiedzi Franciszka sugerują nowy kurs Watykanu. Nie jest to widocznie kurs wybrany przez polski Episkopat. Ostatni list pasterski to zatem początek prywatnej inicjatywy polskiego episkopatu. Trudno, żeby Franciszek czytał wszystkie listy pasterskie na świecie. Ciekawe, co episkopat uczyni, gdy drogi między Watykanem a Polską ostatecznie się rozejdą.

Chyba że się nie rozejdą. Może być i tak, jak pisze Bielik-Robson, że episkopat planuje Franciszka „przeczekać”. Może być jeszcze straszniej – tak, że Franciszek zostawił polskiemu Episkopatowi Polskę na wyłączność. Stąd oddalenie skargi Lemańskiego. Zbyt klaustrofobiczna to wizja, żeby się chciało długo nią zajmować. Milej jest poczytać, jak Jaś Kapela uprzejmie proponuje Episkopatowi zwrot dotacji przyjętych na wprowadzanie zasad konwencji przeciwko przemocy oraz wyjazd na misję do krajów nietkniętych gender studies – uznając, nie do końca słusznie, że jest takich krajów wiele. To znaczy dokąd? Indie – tknięte, Afganistan – tknięty. Na konferencji na uniwersytecie Abdelmalek Essaadi w Tangerze na początku czerwca oglądałam Psychosis 4.48 Sarah Kane po francusku w wersji marokańskiej. Tam też to mają.

Zgadzam się z Episkopatem w kwestii zasadniczej. Ja też nienawidzę słowa dżender. Gender studies to kalka językowa, ponieważ ich inicjatorką była ekonomistka z drewnianym uchem do polskiego. Tymczasem gender to po angielsku po prostu rodzaj. Jak w Biblii czy gramatyce. Pojęcie „refleksja nad tożsamością płci” też istnieje w języku polskim (ale wymaga użycia słowa tożsamość). Zapewnia zestaw narzędzi do dyskusji toczącej się w polskim piśmiennictwie od roku 1820.

Dwieście lat rozmyślań na temat miejsca i doświadczeń kobiet oraz ich relacji z mężczyznami w życiu społecznym i w kulturze polskiej powinno wystarczyć, by uznać, że to jest tradycja. 

Episkopat nie przez tradycję jednak czuje się atakowany, tylko przez ideologię. A to jest słowo z dekalogu marksistowskiego. Episkopat nie jest Slavojem Žižkiem. Nie śmiem kpić – sytuacja jest zbyt poważna. Zauważam tylko, że bardziej zrozumiałe byłoby, gdyby Episkopat czuł się atakowany przez jakiś rodzaj grzechu.

Ideologia to zafałszowanie rzeczywistości poprzez ukrycie jej konfliktów, ich retusz, cofanie czasu, powrót do mitu początków, idealizowanie przedawnionych wartości wcześniejszego systemu, żeby „bronić późniejszego systemu, który w praktyce podważa materialną bazę tych wartości” (to tylko moje wolne tłumaczenie kilku zdań z Ideologii niemieckiej Marksa). Stylistycznie ideologia opiera się na błędach logicznych. Od poszukiwania ich trzeba więc zacząć. Na przykład zdanie z pierwszej wersji listu (która to, w swej niezakłóconej postaci, lepiej posłuży analizie): „Chrześcijańska wizja objawia najgłębszy, wewnętrzny sens człowieka i rodziny”, w połączeniu z kolejnym: „Odrzucanie tej wizji prowadzi nieuchronnie do rozkładu rodzin i klęski człowieka” to secundum quid (pospieszne uogólnienie), chociaż ktoś inny mógłby argumentować, że jest to raczej post hoc ergo propter hoc (po tym, a zatem z powodu tego).

Nie, nie odprawiam właśnie zaklęcia w gender. W polskich szkołach wciąż nie uczy się logiki – choć, jak pamiętam, nasz górkowy, młodzieżowo-akademicki radykalizm z wczesnych lat 80. wskazywał na brak logiki jako przedmiotu nauczania jako na jeszcze jeden dowód edukacyjnej ciasnoty totalitaryzmu. Episkopatowi nie chodzi wszak o to, żeby obrażać rodziny żydowskie i buddyjskie (czy inne mniejszości religijne zamieszkujące Polskę), które wszak chrześcijańską wizję odrzucają. Pośpieszny wniosek, iż „nieliczenie się z wolą Boga” ma „negatywne demograficzne skutki” daje nam non sequitur (czyli „absurd!” w potocznym języku czytelników). Pozostaje w świetle cytowanego właśnie listu ustalić, dlaczego Polkom za granicą rodzi się dwa razy więcej dzieci, chociaż w Anglii jest co najmniej dwa razy więcej dżenderu.

Mnożenie błędów logicznych, utrwalanie mitu zagrożenia, odwołanie do przeszłości i umieszczanie w niej rodziny jako ideału wolnego od konfliktów, wymagającego ocalenia – to jest właśnie ideologia. Natomiast „podważanie materialnej bazy tej wartości” to nie tylko konieczność zwrotu unijnych dotacji z powodu niewdrożenia konwencji o przemocy. To także wykluczenie realiów, czyli tego, że na dzietność negatywnie wpływają zamrożone pensje, z których rodziny w żaden sposób nie mogą się utrzymać. Słowa wykluczone z listu to są zarazem te słowa, o które rozbiłaby się zawarta w nim ideologiczna konstrukcja. A zatem: pensje, tożsamość, Franciszek.

Papież Franciszek, który wymienił listy z grupą chrześcijan LGBT Kairos z Florencji, a następnie ich pobłogosławił. Florenccy działacze odwołali się do realiów. Zbyt wiele, powiedzieli, obserwują wokół siebie samobójstw we własnym środowisku. Zainspirowana tym przykładem, w lutym 2013 roku Grupa Polskich Chrześcijan LGBTQ Wiara i Tęcza napisała analogiczny list do biskupów polskich. Działacze zaprotestowali przeciwko podziękowaniom, jakie polscy biskupi złożyli posłom polskiego Sejmu głosującym przeciwko ustawie o związkach partnerskich. Odwołali się do chrześcijańskiego współczucia, podając, że „65 proc. nastolatków homoseksualnych ma myśli samobójcze”. Zapytali, „skąd młodzież homoseksualna ma czerpać akceptację i dobre wzorce dla swojego pełnego i prawidłowego rozwoju”. Dodali: „W naszej grupie są pięknie żyjące pary i rodziny, wiele osób jest głęboko wierzących”. Zaapelowali do biskupów „w imię Boga, który stworzył nas wszystkich, a każdego w wyjątkowy sposób”. Nigdy nie doczekali się odpowiedzi.

A raczej oto ich odpowiedź. Wszak LGBTQ wyjęte z nazwy Wiary i Tęczy to owe sławetne już „pięć płci” z listu pasterskiego – coś pomiędzy cyrkiem a apokalipsą: „Człowiek ma ponadto prawo do spontanicznej zmiany dokonanych już w tym zakresie wyborów w obrębie pięciu płci, do których zalicza się: gej, lesbijka, osoba biseksualna, transseksualna i heteroseksualna”. Wystarczyło usunąć tożsamość, by pojawiła się bestia. Za zlikwidowanie tej bestii odbędą się w niedzielę modły, może nie pierwsze z wielu. Na pewno nie ostatnie.

Być może polski Episkopat planuje odłączyć się od Watykanu i założyć własny Kościół. W państwie, które PiS odłączy od Unii Europejskiej. 

Aktywiści z Wiary i Tęczy nie mają co liczyć na to, iż w listach pasterskich i kazaniach będą umieszczani gdzie indziej niż pomiędzy aborcją a eutanazją. Nawet jeśli to zestawienie boli. Nawet jeżeli to wstrząsa, że konwencja Rady Europy przeciwko przemocy wobec kobiet została przez Episkopat skreślona jako „pozornie służąca ochronie, bezpieczeństwu i dobru obywateli” tylko dlatego, że przy okazji dokonuje prezentacji „niestereotypowych ról seksualnych”, a jej głęboka ingerencja „w system wychowawczy nakłada obowiązek edukacji i promowania m.in. homoseksualizmu i transseksualizmu”. Śmiem twierdzić, że gdyby tego obowiązku nie nakładała, to nie byłoby i listu pasterskiego.

Zauważam, że osoby hetero czytające ten list pasterski uznają go za dziwaczny, absurdalny, zabawny. Widać trzeba być homo, by poczuć grozę, czytając o tym, jak sprawiający na pozór miłe wrażenie wychowawcy mogą wnieść ze sobą do szkół „wielkie zagrożenie”, nauczając, że „geje i lesbijki mają prawo do zakładania związków będących postawą nowego typu rodziny, a nawet do adopcji i wychowywania dzieci”.

Pytanie, jak temu zaradzić? Czujnością i modlitwą.
Ale jaki będzie następny, konieczny krok, jeśli ani czujność, ani modlitwa nie pomogą?
Zapewne trzeba będzie poradzić się ekspertów.

O ekspertach napiszę w drugiej części tego eseju.

Czytaj część II: Niektórzy z nas boją się niektórych z was (2)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać