Kraj

Korolczuk: Dyskusja o gender to łabędzi śpiew Kościoła

Kościół wie, że traci poparcie, i jest w stanie zrobić wszystko, żeby utrzymać hegemoniczną pozycję.

Agata Szczerbiak: Od wielu lat działasz na rzecz praw kobiet w Polsce, współorganizujesz warszawskie Manify, uczysz na gender studies i prowadzisz badania poświęcone m.in. macierzyństwu. W jakim punkcie, twoim zdaniem, jest dzisiaj polski ruch feministyczny?

Elżbieta Korolczuk: To zależy, do czego go porównamy. Na tle amerykańskiego feminizmu czy ruchu feministycznego w zachodniej Europie lat 60. i 70. – które są dla nas punktem odniesienia , bo to tam zaszły głębokie i obejmujące całe społeczeństwo zmiany – wypadamy  blado. Ale inaczej nie możemy wypaść. Tamten ruch był wypadkową fermentu całego społeczeństwa, który obejmował różne grupy społeczne i płcie.

Jeżeli patrzymy z perspektywy tego, co dzieje się w regionie, polski ruch kobiecy jest niezwykle aktywny, widoczny w sferze publicznej i odnosi ogromne sukcesy. Poza tym posługuje się różnymi strategiami: „partycypacyjnymi” i „transakcyjnymi” (jak to określili Petrova i Tarrow). Używamy różnych strategii zależnie od kształtu „struktury możliwości politycznych”. Wychodzimy na ulice, lobbujemy poprzez instytucje, działamy we współpracy z pełnomocniczką ds. równego traktowania. Chodzimy do mediów, zajmujemy się robotą edukacyjną, oddolną, wspieramy działania na rzecz pomocy poszkodowanym przez pracodawców, a oprócz tego standard, czyli gender studies i działalność badawcza. Dla porównania: w Czechach praktycznie nie ma działań partycypacyjnych, ruch kobiecy jest zredukowany w dużej mierze do NGO-sów. W ciągu ostatnich 20 lat dwa czy trzy razy podjęto tam próbę zorganizowania demonstracji.

Dla mnie np. kwestia 35-procentowych kwot, czyli tego, co ostatecznie stało się z parytetem, jest jednak sukcesem. Nie tylko w sensie politycznym (choć na jego efekty trzeba będzie trochę poczekać), ale również w sensie zmiany sposobu myślenia i charakteru debaty. Jeszcze 10 lat temu idea równości na listach wyborczych była traktowana jako dziwactwo, coś nienaturalnego, co zniszczy podstawy chrześcijańskiej cywilizacji. Ostatecznie poparła ją większość społeczeństwa. Oczywiście ten sukces wynika nie tylko z działania ruchów feministycznych, ale też ogromnego rozczarowania polityką. Jednak ruch feministyczny był w stanie wykorzystać to rozczarowanie i zaproponować coś, co ludzie zaakceptowali.

Uważasz to za osiągnięcie ruchu feministycznego, a nie środowiska Kongresu Kobiet?

Według mnie ruch kobiecy obejmuje i Kongres Kobiet, i Porozumienie Kobiet 8 Marca, i grupy, które zajmują się np. prawami pracowniczymi. Możemy dyskutować, czy i na ile uczestniczki Kongresu są feministkami, część z nich rzeczywiście się w ten sposób nie identyfikuje. Ale moim zdaniem one również są częścią ruchu kobiecego i feministycznego, bo większość ich postulatów ma charakter feministyczny. Nie ma co do tego wątpliwości.

To wszystko brzmi jak pasmo sukcesów…

Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało, ale nie chciałabym również popadać w defetyzm i twierdzić, że ruchu feministycznego w Polsce nie ma, że cały czas tylko się bronimy i siedzimy w okopach.

Nie podzielasz tej opinii?

Nie – ani jako uczestniczka ruchu feministycznego, ani jako socjolożka, która bada ruchy społeczne w Polsce. Mówię to też z perspektywy osoby, która ma możliwość porównania sytuacji w Polsce do tego, co dzieje się w innych krajach, ale też w obrębie innych ruchów społecznych. Z badań, które prowadzę od kilku lat na uniwersytecie w Södertörn, a obecnie także na uniwersytecie w Göteborgu, wynika, że na tle aktywizmu społecznego w Polsce ruch kobiecy, także ta część, którą można uznać za feministyczną, ma się jednak bardzo dobrze. Działamy i jesteśmy w stanie osiągać sukcesy. To nie oznacza, że jest cudownie – oczywiście nie jest i ogrom energii, jaką się wkłada w aktywizm, nie przekłada się do końca na konkretne efekty. Ale w ogóle w przypadku ruchów społecznych wszędzie na świecie rzadko osiąga się imponujące efekty w szybkim tempie.

Z drugiej strony mija już 25 lat od przełomu ’89 roku. Czy rzeczywiście tzw. środowiska kobiece zrobiły wszystko, żeby wszyscy w tym kraju zrozumieli, że równość jest nam naprawdę potrzebna, że warto o nią walczyć?

Nie wiem, czy wszystko, pewnie nie, jak zawsze. Ale biorąc pod uwagę warunki, w których funkcjonujemy, zrobiły bardzo wiele. Często słychać głosy, że „środowiska feministyczne” nie przekonały tzw. zwykłych kobiet, bo nie znalazły odpowiedniego języka. Albo nie były w stanie przekonać do siebie większości społeczeństwa. To jest narracja zdroworozsądkowa, świetnie się sprzedaje, bardzo łatwo jest wydać taki osąd, tylko że to jest pogląd, a nie analiza sytuacji. Nikt nie zrobił porządnych ogólnokrajowych badań poświęconych temu jak odbierane są konkretne postulaty feministyczne, oraz sam ruch, bardzo przecież zróżnicowany.

Wizja tego co ludzie myślą o feministkach, opiera się często na czytaniu komentarzy na forach internetowych.

Co do postulatów, to niektóre z nich, jak dostęp do aborcji, są popierane przez blisko połowę społeczeństwa, inne, jak parytety, przez zdecydowaną większość. A gdyby zapytać, czy kobiety powinny być dyskryminowane tylko z powodu płci, okazałoby się, że ogromna większość jest zdecydowanie przeciwna, czyli mamy w Polsce szerokie poparcie dla feminizmu. Biorąc pod uwagę trendy globalnie, polską politykę partyjną i to, co się dzieje w mediach, uważam, że ruchy kobiece osiągnęły stosunkowo dobrą pozycję – mimo wszystko są traktowane jako ważny głos w debacie.

Ale jak to ma się na przykład do obecnej „wojny dżenderowej”?

Biorąc pod uwagę tabloidyzację mediów, która osiągnęła nieprawdopodobny poziom, i upolitycznienie Kościoła katolickiego, ruchy kobiece zrobiły bardzo dużo, żeby zmienić debatę o równości. To między innymi dzięki działalności Porozumienia Kobiet 8 Marca i Manifom nastąpiło przejście od mówienia w Dniu Kobiet o pięknych paniach, które dostawały rajstopy i tulipan, do informowania o tym, ile kobiety zarabiają, o tym, że są dyskryminowane na rynku pracy i częściej padają ofiarami przemocy.

Natomiast dyskusja na temat gender jest dla mnie łabędzim śpiewem Kościoła. Poziom emocjonalnego zaangażowania, pogubienia i propagandowej manipulacji to dla mnie dowód na to, że Kościół wie, że traci poparcie, i jest w stanie zrobić wszystko, żeby utrzymać swoją hegemoniczną pozycję. Ale ta strategia to kopanie sobie grobu, na którym, mam nadzieję, zatańczymy.

Ilość kłamstwa, jaka wylewa się z kościołów, alienuje dużą grupę osób, które chciałyby czuć się z Kościołem związane, ale nie chcą Kościoła integrystycznego, zacietrzewionego, który mówi głosem Nycza czy Pieronka.

Czyli według ciebie postawa Kościoła wynika z tego, że równościowy projekt zaczyna mieć wpływ na rzeczywistość?

Tak, ale nie tylko. Moim zdaniem to wynik kilku różnych procesów. Z jednej strony to jest proces laicyzacji, który trwa w wielu rozwiniętych krajach, ale chodzi  też o zmiany dotyczące funkcjonowania rodziny w Polsce. Zauważmy, że leitmotivem całej tej dyskusji jest kwestia rodziny. Że gender niszczy rodzinę…

…i polski naród.

Element nacjonalizmu w dyskursie kościelnym jest obecny właściwie w każdym obszarze, czy to dotyczy in vitro, aborcji, czy edukacji równościowej. Tylko że to jest kategoria, która traci w obecnym świecie znaczenie, jakie można było jej nadać w XIX wieku czy jeszcze w latach 80. XX wieku. W tym sensie Kościół odwołuje się do takich narracji i emocji, które są w stanie zmobilizować najbardziej konserwatywną część społeczeństwa.

A polskie społeczeństwo w praktyce nie jest, wbrew pozorom, tak konserwatywne, jak deklaruje. Pokazują to wszystkie badania socjologiczne – owszem, deklarujemy miłość do rodziny, przywiązanie do wartości konserwatywnych, ale w praktyce podejmujemy decyzje, które są już zupełnie oderwane od tych deklaracji: uprawiamy seks bez ślubu i niekoniecznie z jedną osobą, używamy środków antykoncepcyjnych (jeśli nas na to oczywiście stać), coraz więcej osób nie decyduje się na dzieci, które podobno tak wszyscy kochamy, coraz więcej dzieci rodzi się poza małżeństwem. Jak to się ma do deklaracji? Nijak. Polska hipokryzja działa w dwie strony, a ostatecznie większość ludzi wybiera to, co wymaga od nich mniej wysiłku.

Bo na postawy deklarowane wpływa kościelna indoktrynacja.

Właśnie. Kościół rzeczywiście za pomocą dyskusji o gender z jednej strony chce zablokować procesy związane z wejściem do Unii Europejskiej, np. wprowadzanie gender mainstreaming czy edukacji równościowej, które na poziomie instytucjonalnym wprowadzają formalną równość jako uwzględnianie potrzeb i interesów kobiet i mężczyzn. A z drugiej strony – to reakcja na widoczność i siłę środowisk takich jak Kongres Kobiet, które nie pojawiły się przecież z księżyca, tylko na bazie wieloletniej działalności feministek. Ale jest to również reakcja na zmiany w obrębie rodziny, które Kościół ma nadzieję zahamować za pomocą wzbudzania lęku przed ostatecznym rozpadem cywilizacji.

I to jest dość ciekawe – według księży to nie ludzie decydują o tym, że coraz więcej dzieci rodzi się poza związkami sakramentalnymi, że jest coraz więcej związków, których Kościół nie zatwierdza, że tworzą się nowe formy rodziny, związki homoseksualne itd. Nie oni, tylko „gender make you do it” – „to gender sprawia, że to robicie”. Jest w tym wiara, że jeżeli powstrzymamy gender, to wrócimy do ideału heteroseksualnej, nuklearnej rodziny, który notabene nigdy nie był ani jedyny, ani tak powszechny, jak się często myśli. Ten rodzaj narracji nie uwzględnia faktu, że to jednak konkretni ludzie ostatecznie wybierają takie, a nie inne formy funkcjonowania rodzinnego – nie dlatego, że są zindoktrynowani przez gender, tylko dlatego, że kontrola społeczna sprawowana przez Kościół, rodzinę i lokalne środowiska w nowoczesnym świecie już nie działa tak sprawnie. Nie jestem optymistką dlatego, że wierzę w linearną narrację postępu, bo nie wierzę – wydaje mi się, że jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak postęp, to jest to raczej amplituda. Natomiast wierzę w to, że ludzie, jeżeli tylko mogą, wybierają rozwiązania łatwiejsze i przyjemniejsze.

Kilka lat temu Ewa Charkiewicz zarzucała części środowiska feministycznego, że „polski dyskurs feministyczny posługuje się bardzo uproszczoną siatką pojęciową. W jej skład wchodzi formalna równość, dyskryminacja i stereotyp. Feminizm w tym wydaniu to walka ze stereotypem. Zamknięcie feminizmu w tych ramach w żaden sposób nie podważa panującej władzy, można być akceptowaną na salonach feministką, mieć ciastko i zjeść ciastko”. Jak się do tego odniesiesz?

Uważam, że Ewa Charkiewicz ma dużo racji. A przynajmniej wtedy ją miała. Paradoksalnie, ona też nie uwzględniła i nie uwzględnia do dzisiaj tych głosów, które mają o wiele bardziej rewolucyjny charakter i są zakorzenione w zupełnie innym rodzaju krytyki, jak np. krytyka postkolonialna, ale nie przebijają do mainstreamowych mediów, a często też nie są w stanie przebić się w dyskusji wewnątrz środowiska. Choć dla mnie równie ważnym problemem jest to, że nie umiemy znaleźć języka, który byłby językiem emocji, za pomocą którego byłybyśmy w stanie przekazać, dlaczego to, co robimy, jest tak ważne. Nie potrafimy, albo rzadko potrafimy przekonać ludzi, że to walka o sprawiedliwość, równość i brak przemocy są motorem naszego działania, nie potrafimy też przekonać innych, jak ważne jest, by stały się one motorem funkcjonowania naszego społeczeństwa.

Ale dlaczego nie jesteśmy w stanie tego przekazać?

Moim zdaniem dlatego, że nie ma takiej przestrzeni publicznej w Polsce, w której moglibyśmy dyskutować i uznać, że nasze racje są równe. Öffentlichkeit nie istnieje. Możemy jedynie próbować osiągać kompromisy, które nie będą zgniłymi kompromisami (jak aborcyjny). Moim zdaniem to nie jest specyfika naszego ruchu kobiecego, ale ruchów społecznych w ogóle, nie tylko polskich. Hasła, którymi posługiwano się w latach 60. czy 70., nie dają się w oczywisty sposób przełożyć na dzisiejszą rzeczywistość społeczną czy polityczną i trzeba im nadać odpowiednią formę.

W przypadku feminizmu wydawało się, że taką formą jest gender mainstreaming, który łatwo daje się wprowadzić w sferę instytucjonalną. I rzeczywiście, język, którym posługuje się Kongres Kobiet, czyli język formalnej równości i walki ze stereotypami, który Ewa Charkiewicz krytykuje, jest skuteczny. Tylko że za pomocą takiego języka daje się wyodrębnić jedynie określony rodzaj problemów, wyrazić interesy czy potrzeby tylko pewnej określonej grupy kobiet, głównie tych należących do klasy średniej. Nie da się za jego pomocą wyrazić upokorzenia kobiet, które są zbyt biedne na aborcję, albo tych, które pracują za grosze i nie mogą za to przeżyć. Nie da się nim opowiedzieć czy zrozumieć za jego pomocą sytuacji kobiet, których byli mężowie nie płacą alimentów, a którym anonimowi internauci mówią: jak jesteś za biedna na dziecko, to się wysterylizuj. To język nienawiści i głębokiej pogardy związanej nie tylko z płcią, ale i z klasą, na który gender mainstreaming nie pomoże.

W takim razie czy używanie tego języka służy sprawie?

Służy części sprawy. Nie sądzę, żeby istniał jakikolwiek uniwersalny język feministyczny, który trafi do wszystkich ludzi na Ziemi. I moim zdaniem my go wcale nie potrzebujemy.

Potrzebujemy widoczności i słyszalności różnych głosów, potrzebujemy wewnętrznej debaty na temat relacji między feminizmem a neoliberalizmem, dyskusji dotyczącej tego, na ile feminizm jest i powinien być lewicowy. Moim zdaniem musi być lewicowy, bo inaczej nie ma żadnego sensu.

Chodzi ci o debatę wewnątrz środowiska?

Tak, ale ona częściowo rozlewa się na zewnątrz. Debata między Kongresem Kobiet a częścią środowisk lewicowych w obrębie feminizmu odbywa się częściowo w sferze publicznej, np. w „Gazecie Wyborczej”. To, co mnie irytuje i boli, to fakt, że osoby, które mają hegemoniczną pozycję w tej debacie, które mają dostęp do sfery publicznej, nie próbują podjąć tej rozmowy jako debaty ideologicznej, debaty o wartościach, strategiach, tylko traktują to często jako dyskusję personalną. I to jest cecha specyficzna dla polskich ruchów społecznych, polskiej sfery publicznej. Nie prowadzi się dyskusji światopoglądowych, tylko debaty o charakterze spersonalizowanym. Przedstawia się je w formie konfliktu między panią A i panią B, a nie sporu wizji feminizmu jako sprzymierzeńca neoliberalnych reform z wizją feminizmu jako opcji lewicowej, która powinna bronić przede wszystkich najsłabszych, w tym ekonomicznie najsłabszych.

Na czym miałaby polegać stratega emocjonalna, o której mówiłaś?

To jest dokładnie to, co próbowała zrobić Kasia Bratkowska, upolitycznienie doświadczenia i związanych z nim uczuć. Bratkowska mówiła o emocjach kobiet, które chcą lub muszą dokonać aborcji, i próbowała przebić się z tym indywidualnym doświadczeniem przez rytualny dyskurs przedstawiający aborcję jako zło konieczne albo zabijanie dzieci nienarodzonych. Niestety, problem polega na tym, że media z chęcią podchwyciły wątek osobisty i indywidualny,  umieszczając całą dyskusję z powrotem w sferze prywatnej. Dyskusja skoncentrowała się na tym, czy Bratkowska jest w ciąży, czy nie, czy używała środków antykoncepcyjnych…

… oraz oczywiście na tym, czy dokona aborcji w Wigilię.

Więc osoby takie jak Dominika Wielowieyska poczuły się obrażone tym, że kobiety ośmielają się przeprowadzać aborcję w Wigilię, i na dodatek ogłaszać to publicznie. Ta strategia jest trudna do przeprowadzenia i niebezpieczna, bo to, z czym mamy do czynienia w sferze publicznej i w mediach, to indywidualizacja problemów społecznych i emocjonalizacja problemów politycznych.
Chodzi też o to, żebyśmy jako osoby zaangażowane w ruch społeczny były w stanie przekazać ludziom, dlaczego to robimy i z jakiego powodu jest to takie ważne. Chodzi o przekazanie poczucia wspólnoty, które wiąże się z działaniem na rzecz zmiany i z byciem feministką. Nie robimy tego dlatego, że lubimy nieustannie walczyć z ludźmi typu pan Oko. Mamy z tego wiele pozytywnych emocji, np. poczucie bliskości z innymi ludźmi, robienia dobrej roboty, otwierania przestrzeni dla kobiet i mężczyzn, w której oni mogą być po prostu szczęśliwsi i przestać bać się tego, co powiedzą o nich inni.

Tylko nie wiadomo, jak to się dzieje, że jesteśmy wszyscy razem 8 marca, ale na co dzień zostajemy z poczuciem, że prawie na nic w tym kraju nie mamy wpływu.

Mamy wpływ. Choćby na to, co się dzieje w naszym otoczeniu. Identyfikując się od 20 lat jako feministka, wywieram wpływ np. w mojej rodzinie, w otoczeniu, wśród moich znajomych, przyjaciół.

Chodzi mi o wpływ na władzę, na politykę parlamentarną. O to, że co jakiś czas dowiadujemy się o różnych dziwnych i uwsteczniających pomysłach, czując się w tej sytuacji zupełnie bezbronne.

Te dwie przestrzenie są powiązane. W Polsce w ogóle jest problem z zaangażowaniem w kwestie publiczne czy działanie na rzecz innych, także dlatego, że mamy poczucie, że to jakiś rodzaj misji czy powołania, wielka rzecz, a tymczasem to po prostu życie.

Czego wymaga takie zaangażowanie?

Moim zdaniem wiary nie tylko w to, że jesteśmy w stanie zmienić coś na poziomie politycznym, np. ustawę antyaborcyjną. Musimy wierzyć też w to, że nasze działanie jest dla nas dobre, że coś nam dobrego na co dzień daje, po prostu. Jeżeli mamy to poczucie, jest nam o wiele łatwiej zaangażować się w długotrwałe i trudne działania, które mają przynieść konkretne efekty polityczne. Te dwa poziomy są ze sobą bezpośrednio powiązane. Wiem, jak to zabrzmi, ale moim celem, także jako feministki, nie jest przecież jakaś abstrakcyjna wartość pod tytułem „równość płci”, tylko poczucie spełnienia, szczęścia. Mam wrażenie, że środowisko feministyczne podtrzymuje racjonalistyczną wizję ludzkiego funkcjonowania, w ramach której trzeba przekonywać innych do pewnego rodzaju światopoglądu obiektywnym językiem, na podstawie badań itd. Oczywiście musimy to robić, ale nie możemy zapominać o tym, że ludzie angażują się, bo czegoś potrzebują, bo coś czują, czegoś pragną. W tym sensie ruchy prawicowe są skuteczniejsze nie tylko dlatego, że operują uproszczoną wizją świata, ludzkiego funkcjonowania czy aintelektualnym aparatem pojęciowym…

…np. lękiem przed zmianą…

…ale również dlatego, że odwołują się do pozytywnych emocji, które wynikają z bycia razem. Oczywiście nie chcemy uruchamiać tego rodzaju wspólnoty, która wynika jednak przede wszystkim z poczucia zagrożenia i lęku, ale nie możemy o tym zapominać.

Jeżeli  mogłybyśmy się czegoś nauczyć z doświadczeń lat 60. czy 70., to być może właśnie tego, jak przekazać ludziom pozytywne emocje wynikające z działania na rzecz zmiany, z bycia razem.

Kolejna kwestia to problem języka przekazu, strategii medialnej. Przeprowadziłyśmy kiedyś dyskusję dotyczącą aborcji i zadałyśmy sobie pytanie: czy powinnyśmy próbować podobnych strategii, jakie stosuje druga strona, czy powinnyśmy odwoływać się do lęku? Czy jeśli oni mają na sztandarach szczątki płodu, to my powinnyśmy mieć kobiety, które zmarły wskutek nielegalnej aborcji w podziemiu? Moim zdaniem powinnyśmy. Można by przypomnieć w ten sposób np. historię młodej kobiety z Piły, której lekarze odmówili pomocy, bo uznali, że uskarżając się na bóle w ciąży, próbuje wymusić aborcję.

Tylko musimy zdawać sobie sprawę z tego, z jakimi niebezpieczeństwami to się wiąże. Taki przekaz łatwo może być pożarty i przeżuty przez tabloidy. Co gorsza, może jeszcze bardziej zawęzić pole debaty i używany w niej język już tylko do emocji, indywidualnych przypadków i tragedii, wskutek czego może zginąć w tym wymiar polityczny i społeczny całego problemu. To ogromne ryzyko, ale nie wiem, czy mamy inne wyjście.

Jeżeli tylko rodziny poszkodowanych godzą się na to, to moim zdaniem naszym obowiązkiem jest mówienie o realnych kosztach obowiązującego prawa, które te kobiety poniosły. Naszym obowiązkiem – feministek, które rzadko bywają ofiarami tego prawa ze względu na dostęp do różnych kanałów pomocy, sieć wsparcia itp. – jest mówienie o tych kobietach, które tego wszystkiego nie miały. Po to to wszystko robimy. Żebym pomagać tym, którzy nie mają uprzywilejowanej pozycji, jaką my mamy w sensie ekonomicznym, wiedzy, wykształcenia.

To, jak to zrobić, jest pytaniem otwartym. Na pewno ostrożnie. Nie możemy wykorzystywać tych historii, tych osób, tragedii, nie możemy nimi manipulować tak jak środowiska „cywilizacji lęku” manipulują życiem kobiet. Ale jest to jeden z niewielu sposobów na to, by pokazać, czym jest to prawo, do czego ono prowadzi. Bo to, co próbowała pokazać Kasia Bratkowska, to jest właśnie ta potworna hipokryzja, w ramach której Dominika Wielowieyska oburza się, że ktoś chce w Wigilię usunąć ciążę, a nie zastanawia się nad tym, co przeżywają kobiety, które chcą czy muszą to zrobić, ale nie mają pieniędzy, znajomych, kontaktów. One są sprowadzone do parteru przez uprzywilejowane paniusie, siedzące w swoim wygodnym foteliku i mówiące: „ach, poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz”. Te osoby nie zastanawiają się, jak się czują kobiety, którym codziennie ktoś daje w twarz, nie pozwalając im podejmować podstawowych decyzji dotyczących ich życia ani polepszyć statusu ekonomicznego, żeby np. mogły sobie kupić to, na co panią Wielowieyską stać, czyli wolność.

Dla dotychczasowego języka, jakim się posługiwałyśmy – naukowego, racjonalnego – właściwie nie ma miejsca w mediach. Trafia w próżnię.

Dr Elżbieta Korolczuk – socjolożka, badaczka na Södertörns University w Sztokholmie, współredaktorka (z Renatą E. Hryciuk) książki Pożegnanie z Matką Polką? Dyskursy, praktyki i reprezentacje macierzyństwa we współczesnej Polsce, członkini Porozumienia Kobiet 8 Marca.

 

Czytaj także:

Ewa Łętowska, W Polsce prawo służy tylko silnym

Kinga Dunin, Wigilijne dziecko

Hanna Gill-Piątek, Bratkowska, usuń na plebanii!

Cezary Michalski, Liberalne minimum

Kinga Dunin, Adres do cara

Agnieszka Graff, Gender i polityka, ale ta prawdziwa

Anna Dryjańska: Pokazałyśmy hipokryzję Kościoła

Kinga Dunin, Kontrreformacja

Izabela Morska: Niektórzy z nas boją się niektórych z was, część I i część II

Magdalena Radkowska-Walkowicz: Czemu służy straszenie „ideologią gender”?

Tadeusz Bartoś: „Gender” służy jako hasło wojenne


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.