Kraj

Bojkot Orlenu jako wiara w demokratyczny kapitalizm

Jacek Sasin, Mateusz Morawiecki i prezes Orlenu Daniel Obajtek. Fot. Krystian Maj/KPRM

Bojkot bazuje na fikcji, że kapitalizm to taki ustrój, gdzie każda złotówka jest niczym oddany głos. Chcecie walczyć o rynek mediów, który nie będzie psuty przez Orlen, to walczcie o władzę polityczną i postulat regulacji rynku mediów wymuście na własnych partiach. Pisze Galopujący Major.

Jednym z bardziej tragikomicznych widoków ostatnich dni jest powielany pomysł bojkotowania Orlenu w odwecie za przejęcie medialnej grupy Polska Press. Idea, aby bojkotować państwowego oligopolistę rynku paliw i tym samym zmusić go do ustępstw albo w jakiś inny sposób pogrążyć, jest o tyle zabawna, że stacje paliw od dłuższego czasu… nie zarabiają już na paliwie. Według niektórych międzynarodowych szacunków aż 75 proc. dochodów dostarczają usługi dodatkowe. Stąd stacje to dziś połączenie minimarketu, miniwiniarni z ministołówką. Jeśli ktoś chce rzeczywiście zemścić się na Orlenie, powinien w pierwszej kolejności odmówić sobie hot dogów, a nie tankowania paliwa, na którym marża sprzedawcy jest dosyć niska.

Problem jednak w tym, że nawet zupełne omijanie stacji Orlenu na wiele się nie przyda, bo przecież nikt nawet specjalnie nie udaje, że decyzja kupna upadającego modelu mediów lokalnych była decyzją biznesową. Toteż i straty aż tak boleć nie będą.

W Polsce, co też bardzo dużo mówi o wyobraźni i wartościach społeczeństwa, ogromna większość bojkotów to krótkotrwałe burze „ideologiczne”, dotyczące tego, co na lewicy roboczo nazywane jest nadbudową, a nie bazą ekonomiczną. Bojkoty są zapowiadane i są organizowane, bo właściciel okazał się homofobem albo produkt uraża uczucia religijne. Ale te akcje niekoniecznie się udają, jak np. zapowiadany przez prawicę bojkot Ikei, którego efektem były gigantyczne kolejki do sklepu na Targówku, i to w czasie epidemii.

PiS bierze media lokalne. Czarny dzień dla wolności słowa w Polsce

Bardzo rzadko za to zdarzają się zorganizowane akcje bojkotów z powodów wyzysku ekonomicznego pracowników czy warunków pracy. To z kolei sprawia, że bojkotowanym firmom stosunkowo łatwo jest wykorzystywać emocje skonfliktowanych ideologicznie grup, a nawet zawczasu się ustawić po jednej stronie, czego przykładem zarzuty o tzw. pinkwashing u współczesnych korporacji.

Złotówka jak oddany głos

Największym problemem jest jednak jakaś ślepa wiara w bojkot jako narzędzie do walki z usługodawcą w ramach istniejącego kapitalizmu, która bazuje na fikcji, że kapitalizm to taki ustrój, gdzie każda złotówka jest niczym oddany głos. A klient niczym wyborca głosuje swoim portfelem. Może więc niejako swoim portfelem polityka odwołać. Sęk w tym, że to założenie nie do końca działa nawet w przypadku demokracji, a co dopiero w przypadku kapitalizmu. Przy usługodawcach, których klienci idą w setki tysięcy, bojkot kilku czy kilkunastu jednostek nie ma znaczenia. Z kolei rozkręcenie bojkotu pochłania ogrom masy i energii, zwłaszcza gdy ma to trwać dłużej niż typowy, weekendowy oburz na fejsie. Bojkot udany oznacza natomiast niechybną konfrontację z przeciwnikiem, który dysponując ogromem sił i środków, potrafi się bronić w mediach i w sądach. Bojkotowanie w kapitalizmie ma więc mniej więcej takie same szanse powodzenia jak bojkotowanie kandydatów w wyborach: sukces można odnieść, tylko gdy pojedynczy głos bojkotującego dużo waży. A więc gdy stanowi stosunkowo duży odsetek klientów np. niewielkiego sklepu czy wyborców w małej gminie.

W tym sensie karmienie się skutecznością bojkotów jako narzędziem kontroli nad korporacjami jest wygodną dla nich ułudą. Gra w „nasz klient, nasz pan”, który obala korporacyjną dominację, kończy się zwykle, gdy zaczynają się poważnie straty. Dlatego to nie bojkot jest docelowym narzędziem, ale państwowe regulacje, które sprawią, że skarga konsumencka będzie znaczyła więcej niż rozkręcanie inby w internecie. Chcecie walczyć o rynek mediów, który nie będzie psuty przez Orlen, to walczcie o władzę polityczną i postulat regulacji rynku mediów wymuście na własnych partiach. Tylko jak do tej pory nikt nad tym się nie chciał pochylić, a teraz zdziwienie jest powszechne, że PiS przy pomocy Orlenu zrobił to po swojemu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij