Kraj

Duve: Jeść przyzwoicie

Większość ludzi z miasta myśli, że krowy produkują mleko non stop. Powtarzam im: nie ma takiego zwierzęcia jak „krowa mleczna”, jest po prostu krowa.

Gospodarstwo Butenland znajduje się w północnych Niemczech, na północ od Nordenham. Stąd jest już bardzo blisko do wybrzeża Morza Północnego. Wjeżdżam na zarośniętą boczną drogę, która odbija od szosy w mało widocznym miejscu. Zwisające nisko gałęzie ocierają się o dach samochodu. Wreszcie docieram do szerokiej bramy. To, co zastaję po drugiej stronie, wygląda jak sielski obrazek na nalepce opakowania jaj klasy zero. Malownicze gospodarstwo skąpane w promieniach słońca, ściany z czerwonej cegły, drewniane, pomalowane na niebiesko drzwi. Po podwórzu spacerują grupami śnieżnobiałe kury, każdej grupie dumnie przewodzi kogut. W trawie leży duży pies i w zamyśleniu przygląda się kurom.

Za tą bramą kończy się system wartości społeczeństwa, dla którego zwierzęta są środkami produkcji i biologicznymi maszynami, poddanymi zasadzie wydajnego funkcjonowania. W gospodarstwie Butenland zwierząt się nie zarzyna, nie doi ani nie tuczy. Już bardziej prawdopodobne jest to, że świnia, która trafi tu z nadwagą, zostanie poddana diecie odchudzającej. Krowy leżą na pastwisku, żują trawę i nie dają ani kropli mleka.

– Większość ludzi z miasta myśli, że krowy produkują mleko non stop – mówi Jan Gerdes, drapiąc pod brodą czarno-białą sukę o imieniu Trine. Stoimy na podwórzu, wokół nas zwierzęta, a nad nami bezkresne północnoniemieckie niebo. Wiatr ma lekki posmak soli. – Powtarzam im: nie ma takiego zwierzęcia jak „krowa mleczna”, jest po prostu krowa. Jak wszystkie ssaki, daje mleko wyłącznie po urodzeniu potomstwa i tylko po to, by je wykarmić.

Tyle że cielę po urodzeniu zazwyczaj nie dostaje ani kropli matczynego mleka. Najczęściej – gwoli ścisłości dodajmy, że w biogospodarstwach wcale nie dzieje się inaczej niż w hodowlach tradycyjnych – zaraz po urodzeniu młode zostają oddzielone od matki. Czasami krowa i cielę nie zdążą się nawet obwąchać. Matka nie może oblizać swojego dziecka, ani nawet choć raz go nakarmić. Ze zdrowotnego punktu widzenia to mocno wątpliwa praktyka, ponieważ tylko mleko matki zawiera istotną dla rozwoju młodego ssaka siarę. Hodowcy bydła podejmują jednak to ryzyko, ponieważ cielęta niedługo po urodzeniu i tak są zarzynane.

W najlepszym razie hodowcy doją krowę i karmią cielę jej mlekiem osobno, z butelki. Żeby nie wysłuchiwać zwierzęcych lamentów. Jan Gerdes dobrze wie, o czym mówi. Swego czasu sam hodował krowy. (…)
– Robiliśmy całkiem przyzwoitą goudę – dodaje rzeczowo Jan Gerdes.

Po urodzeniu cielę zostawało z matką przez dwa tygodnie. Gdy je oddzielano, zaniepokojona krowa zaczynała ryczeć w poszukiwaniu dziecka, a cielę, słysząc ją, odrykiwało. Potem z kolei wołało cielę, a krowa odpowiadała. Te nawoływania było słychać nawet w domu. Do późnej nocy.

– Czy krowa cierpi również wtedy, gdy odbiera jej się młode zaraz po urodzeniu?
– Wtedy cierpi w milczeniu – mówi Jan.

Bo jakże wołać kogoś, kogo się nawet nie zna? Beate, moja sąsiadka, przez długi czas pracowała w gospodarstwie, gdzie były krowy mleczne – i twierdzi, że krowy, którym odbiera się cielęta, wcale nie cierpią. Ale nawet jeśli krowa rzeczywiście nie odczuwa żadnej straty, to przecież pozostaje jeszcze opuszczone, wystraszone cielę. Każdy nowo narodzony ssak jest zdany na matczyną opiekę. W normalnych okolicznościach to od niej zależy jego życie. I pozostaje jeszcze krowa, która rok w rok znosi trudy, ryzyko i bóle ciąży bez żadnej nagrody w postaci radości z wydania na świat dziecka.

– Nie mogłem już ścierpieć, że traktuje się krowy jak maszyny – opowiada Jan Gerdes. – Nie mogłem znieść, że cielęta rodzą się tylko po to, by umrzeć, albo – jak ich matki – stać się automatami do produkcji mleka.
– A gdyby tak zostawić cielę przy matce i doić tylko to, co zostało po jego nakarmieniu? – zastanawiam się głośno. – To chyba powinno wystarczyć.

Według obliczeń Jana mój superpomysł kosztowałby rolników trzy euro dziennie więcej za krowę, w zależności od aktualnej ceny mleka. Załóżmy – liczę dalej sama – że ktoś ma dwieście krów, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest rzadkością. Wychodzi na to, że jeśli cielęta piłyby mleko przez trzydzieści dni w miesiącu, rolnik traciłby na tym, bagatela, osiemnaście tysięcy euro. Miesięcznie.

– Nie aż tyle – poprawia Jan. – Krowy nie dają przecież mleka na okrągło.
Ale nawet właściciel gospodarstwa rodzinnego, który posiada trzydzieści sztuk bydła – powiedzmy, że dwadzieścia z nich akurat daje mleko – musiałby zrezygnować z tysiąca ośmiuset euro w miesiącu. Nie znam rolnika gotowego do takich wyrzeczeń. Ale nie mogę się przecież tak szybko poddać.

– Gdyby rolnicy zdecydowali się sprzedawać mniej mleka krowiego – powiedzmy – o jedną trzecią, wystarczyłoby po prostu podwyższyć cenę mleka o trzydzieści procent. A gdyby uregulować to prawnie? Żyjemy w cywilizowanym kraju, który nie toleruje męczenia zwierząt, i dlatego od dziś mleko kosztuje o trzydzieści procent więcej, koniec kropka. Tylko hipotetycznie…

– Tak, ale nie zmienia to faktu, że nadal postępowałabyś wbrew woli zwierzęcia. Krowa wcale nie daje mleka dobrowolnie. A cielę też nie pije równomiernie ze wszystkich czterech dójek, lecz opróżnia je kolejno, jedną po drugiej. Podłączanie dojarki do pustych dójek sprawia krowom ból. Poza tym nadmierna produkcja mleka jest dla nich niezdrowa. Wszystkie nasze krowy, które były wcześniej hodowane na fermach mlecznych, mają problemy ze zdrowiem, zapalenia bioder i stawów albo zaburzenia przemiany materii. Tak zwane krowy mleczne w hodowlach masowych zarzynane są już po dwóch lub trzech ciążach i nie dożywają wieku, w którym można by zdiagnozować szkody pośrednie.

Wygląda na to, że już nigdy nie będę mogła z czystym sumieniem zjeść nawet kawałka sera.

– Ale jest przecież taki dobry wegański odpowiednik sera – mówi Karin Mück, partnerka Jana Gerdesa. Siedzimy na dworze i pijemy herbatę.
– O nie, daj spokój – krzywię się. – Obrzydliwość.
– A jakiego próbowałaś? Znasz No-Muh?

Idzie do domu po kawałek No-Muh. Biały pies i jego mniejszy kolega podchodzą do stołu i kładą się w jego cieniu. Para gęsi mija nas dostojnym krokiem, sprawdzając przy okazji zawartość misek z pokarmem. Książę Lui, świnka miniaturka, która z trudem znosi sytuację, gdy nie jest w centrum uwagi, wyciska brudnym nosem pieczątkę na mojej nogawce. Pytam Jana, jak doszło do tego, że uznał hodowlę krów mlecznych za wyzysk.

– Właściwie od samego początku źle się z tym czułem. Poza tym mieliśmy praktykantów, a niektórzy z nich wcale nie jedli mięsa.

Drapię po grzbiecie świnkę Lui, a Jan opowiada o pewnej praktykantce, która na wieść o zbliżającym się uboju zaczęła rozdzierająco płakać. „Proszę, tylko nie ta krowa, jeszcze nie teraz”, błagała. Jan pozostał nieugięty – w końcu w gospodarstwie ubój zwierząt należy do repertuaru codziennych zajęć. Wieczorem w przeddzień uboju praktykantka poszła do obory i przez dwie godziny wygrywała krowie melodie na flecie. Nazajutrz towarzyszyła jej w drodze do rzeźnika, który mieszkał w sąsiedniej wsi, i grała, gdy ten przystawiał krowie do czoła bolec.

– Strasznie mi było głupio – opowiada Jan. – Ale rzeźnikowi wcale to nie przeszkadzało. Powiedział potem nawet: „Ach, słodka była ta mała”.

To doświadczenie rzecz jasna nie przyczyniło się do zmniejszenia dyskomfortu Jana Gerdesa. Żona nie mogła go zrozumieć. Nie zdawała sobie sprawy, że raziło go, gdy tuż po uboju biegła do rzeźnika z przekrojoną na pół bułką, smarowała ją pierwszą, jeszcze ciepłą metką i wracała do domu, żując z zadowoleniem. Dzieci też nie wykazywały zrozumienia dla jego „sentymentów”. I tak pewnego dnia żona się wyprowadziła, zabrała dzieci, a on został na gospodarstwie sam. Chciał już tylko jednego – żeby ten koszmar wreszcie się skończył. Miał jeszcze czternaście krów, postanowił oddać je do rzeźnika i raz na zawsze skończyć z rolnictwem.

Wtedy poznał Karin Mück. I to właśnie ona wpadła na tyleż interesujący, co zaskakujący w swojej prostocie pomysł: a gdyby tak zatrzymać to piękne gospodarstwo wraz z całą menażerią? Wystarczy przecież tylko zerwać z wyzyskiem. Odtąd na pastwisku pasą się woły i krowy, i żadnego zwierzęcia się nie doi ani nie zarzyna. Gospodarstwo zostało przekształcone w fundację na rzecz ochrony zwierząt, która utrzymuje się z datków i wirtualnych adopcji krów. Za pośrednictwem towarzystwa ochrony zwierząt do czternastu krów z byłej hodowli Jana dołączyło drugie tyle.

– Kamień spadł mi z serca. Po raz pierwszy mogłem podczas karmienia patrzeć buhajom w oczy bez poczucia winy. Już nie musiałem ich zarzynać.

– No dobrze. Ale pomijając rozstanie z matką, twoim byczkom wcale nie działo się u ciebie najgorzej – mówię. – Każdemu z nich podarowałeś dwa, trzy lata, a to i tak więcej niż przeciętna długość życia na wolności. Chyba mogłeś patrzeć im w oczy z czystym sumieniem.

Jan w zamyśleniu kręci głową.
– Nie. Nie mogłem.

Karin wraca z wegańskim serem i odkrawa mi o wiele za duży plaster. Gospodarze też biorą po sporym kawałku i jedzą z widoczną przyjemnością. Odgryzam odrobinkę z brzegu i memłam bez przekonania. To prawda, w smaku może i przypomina ser, ale nie taki, na który byłabym gotowa wydać choć centa.

– Zamówiliśmy go przez internet – opowiada Karin. – Sporo firm oferuje teraz wegańską żywność. Wszystko, na co tylko przyjdzie ci ochota. W sieci można też znaleźć listy wegańskich produktów dostępnych w zwykłych supermarketach.

Rozpieramy się wygodnie na krzesłach i wystawiamy twarze do słońca. W kwiatowej rabatce leży świnka Lui i raczy się przywiezioną przeze mnie książką, z ozdobnym papierem do pakowania prezentów włącznie.

***

Po wizycie w Butjadingen jadę do Hamburga, gdzie moi przyjaciele Angela i Friedemann organizują w swoim przydomowym ogrodzie doroczne zawody w strzelaniu gola z rzutu karnego. Tym razem konkurs odbywa się tuż przed rozpoczęciem mistrzostw świata w piłce nożnej. Konkurencja przebiega na zasadach postępowania wykluczającego. Każdy przeciwko każdemu. Zwycięzca otrzymuje puchar. Dzieciom do lat dwunastu i kobietom wolno skrócić odległość od bramki o dwa metry. (…)

Jest też grill. Jakżeby inaczej. Dlaczego mistrzostwom w piłce nożnej musi nieodmiennie towarzyszyć rytuał grillowania? Lodówki z mrożonkami w supermarketach wprost pękają w szwach od szaszłyków i zwiniętych w ślimaki kiełbasek grillowych. Czyżby objaw myślenia magicznego?

Podobno amerykańscy astronauci jedli mięso przed każdym lotem w kosmos. Czy szanse na zdobycie tytułu mistrza świata są wprost proporcjonalne do liczby zabitych zwierząt? Jeśli tak, to tym razem zwycięstwo mamy w kieszeni.

Wysłałam Angeli i Friedemannowi ulotki o masowej hodowli zwierząt i wystawiając naszą przyjaźń na próbę, zażądałam wegańskiego grilla. Niestety w gospodarstwie Butenland kompletnie straciłam poczucie czasu i na grilla przyjechałam z kolosalnym spóźnieniem. Wielkie żarcie mięsa już dawno się skończyło. Nalepki wzywające do obrony praw zwierząt mogę sobie najwyżej ponaklejać na obudowie wystygłego grilla. Przedstawiają świnię na czarnym tle, a napis pod spodem głosi: „Moje mięso należy do mnie. Jeśli koniecznie musisz jeść mięso, ugryź się w dupę”. No dobrze, mnie to też niespecjalnie śmieszy. Obok grilla leżą dwie kiełbaski tofu w hermetycznym opakowaniu. Pewnie kupili je dla mnie. Specjalne jedzenie dla osób z zaburzeniami żywienia.

Przegapiłam też konkurs w strzelaniu gola. Wygrała kobieta, jak w zeszłym roku, w dodatku jedna z młodszych. Faceci się boczą. Przez wiele lat jednogłośnie i wspaniałomyślnie przyznawali kobietom bonus w postaci dwóch metrów, a teraz nagle zaczynają protestować przeciwko faworyzowaniu płci żeńskiej. Że to niby nie do końca fair.

– Ale przecież o to właśnie chodzi – przekonuję. – Dlatego daliście kobietom fory. Chyba że chcieliście zmniejszyć dopuszczalną odległość akurat na tyle, by nie dało to żadnego efektu?
– Pewnie popierasz też parytety dla kobiet w parlamencie, co?
– Jasne – odpowiadam. – A co mam popierać? Bezrobocie kobiet i rytualne obrzezanie dziewczynek?

Obok nas przebiega dzieciak, któremu udało się dorwać ostatnią kiełbaskę. Wgryza się w nią, a sok pryska na wszystkie strony. Sąsiedzi z domku obok siedzą pod ogrodowym namiotem. Dama w pastelach rozdziera zębami trzymaną w ręce nogę kurczaka, który jeszcze niedawno deptał po ekskrementach zalegających na podłodze tuczarni.

Zamykam na chwilę oczy i gdy znów je otwieram, dosłownie widzę, jak wszyscy brodzą we krwi. Jucha skapuje im z kącików ust, spływa po rękach, a oni siedzą i jedzą jak gdyby nigdy nic. Nie ma rady, znowu wchodzę w rolę upierdliwej znajomej, która zawsze musi być w centrum uwagi, i opowiadam o podłodze szczelinowej, kastracji bez znieczulenia, okulałych kurach z kośćmi rosnącymi szybciej niż mięśnie nóg, krowach, które po ogłuszeniu budzą się, kiedy już wiszą na taśmie rzeźniczej głowami w dół, o cierpieniu i śmierci całych legionów zwierząt. Nic na to nie poradzę, nie umiem inaczej. Wiem, że nie powinno się pouczać innych – tylko się wtedy obruszają – ale te okrucieństwa wołają o pomstę do nieba! Przecież nikt nie może tego chcieć. Ludzie na pewno przestaną jeść to okropne mięso – wystarczy im tylko powiedzieć, skąd pochodzi.

Inken, Konrad i Jörg-Uwe słuchają moich wywodów z zatroskanymi minami.
– Masz rację, w zasadzie masz rację…
– Ale kurczaczek z rożna z chrupiącą skórką jest taki dobry… – mówi, zacierając ręce Helmut, mój były, po czym zaraz się odwraca, by przypadkiem nie usłyszeć, co na to odpowiem.

Jak to się dzieje, że tylu skądinąd sympatycznych i inteligentnych facetów w sprawie mięsożerności wykazuje tak mało logiki i rozsądku? I dlaczego ludzie, którzy zdolni są przecież do zróżnicowanej i krytycznej oceny świata, w tak egzystencjalnej kwestii jak jedzenie ani na jotę nie zmieniają przekonań przejętych od rodziców? Niektórzy sprawiają wrażenie, jakby wręcz szczycili się tym, że jedzą mięso. Jakby kupowanie bez udziału rozumu i pozbawiona skrupułów konsumpcja stanowiły dla nich powód do dumy.

– Jak myślisz, czy wolno psuć komuś imprezowy nastrój i beztroską przyjemność posiłku tylko dlatego, że jego niewiedza i obojętność przygotowują grunt pod przemoc i okrucieństwo?! – wrzeszczę za Helmutem, który zdążył się oddalić na bezpieczną odległość.

Helmut majstruje przy swoim iPhonie. Gdy do niego podchodzę, nie raczy nawet na mnie spojrzeć.
– Czy wiesz, że twój iPhone został wyprodukowany w Chinach, w fabryce, której pracownicy otrzymują tak niskie wynagrodzenie, że co jakiś czas któryś z nich z rozpaczy popełnia samobójstwo?

Helmut niewzruszenie obrabia ekran swojego szpanerskiego gadżetu.
– Popełniają samobójstwa, bo sto dolarów miesięcznie nie starcza im na utrzymanie – ciągnę. – A wiesz, co zrobiło kierownictwo firmy? Poczyniło trzy kroki. Po pierwsze, każdy świeżo zatrudniony musi teraz podpisać umowę, w której zobowiąże się, że nie odbierze sobie życia.

Helmut odrywa wzrok od iPhone’a i wybucha śmiechem.
– Po drugie, na wszystkich klatkach schodowych zamocowano siatki, a po trzecie, rzeczywiście podwyższono płace. O całe trzydzieści dolarów.
– Podobnie jest w przypadku produkcji każdego innego urządzenia technicznego – odpowiada ze spokojem Helmut.

Pewnie ma rację. Gdy skandal staje się częścią naszej codzienności, pojawia się pokusa, by nie zwracać na niego uwagi. Tak naprawdę znaczy to jednak, że cały nasz styl życia to jeden wielki skandal i jest w nim coś z gruntu niestosownego.

Fragment książki Karen Duve, Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment, przeł. Karolina Kuszyk, Wydawnictwo Czarne 2013

Czytaj także:

Hanna Gill-Piątek: Jedzenie jest polityczne

Kinga Dunin, Krowa, czyli półprodukt

Dariusz Gzyra, To my tworzymy dylematy premiera

Marcin Gerwin: Czy ekożywność ma sens?

Kaja Malanowska: Czy mógłbyś zabić konia?

Szymon Boniecki, Michał Kożurno, Anna Wójcik, Pijmy dobrą wodę z kranu

Marcin Gerwin: Czy ekożywność jest zdrowsza?

Kinga Dunin: Paradoks Rotkiewicza

Klaudia Wojciechowicz, GMO nie zabije i nie wzmocni

Polecamy też Zjadanie zwierząt Jonathana Safrana Foera (Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.