Kraj

Tak! dla Polski: najważniejsza bitwa wyborcza rozegra się na polu samorządu

Opozycja protestuje przeciwko wprowadzaniu zmian w roku wyborczym i ogłasza mobilizację w celu kontroli wyborów. Nie jest jednak chyba najgorzej, PiS mógł przecież zaproponować utworzenie lokali wyborczych na parafiach, gdzie osobą dającą rękojmię należytego pełnienia funkcji byłby ksiądz proboszcz.

PiS, zupełnie jakby nie czytał sondaży i nie słuchał opozycji wieszczącej szybki kres jego rządów, idzie jak taran: Sejm przegłosował lex Ziobro, wydłużył samorządom kadencję, dla współpracujących przy wyborach kopertowych w 2020 roku samorządowców przepchnął ustawę, która gwarantuje im bezkarność, wyłożył 2,7 mld złotych na propagandę, wreszcie sześć miesięcy przed wyborami znowelizował Kodeks wyborczy.

Zamiast planowanych przez opozycję na styczeń decyzji w sprawie wspólnego frontu demokratycznego mamy rozłam i wzajemne oskarżenia przy okazji ustawy o zmianach w Sądzie Najwyższym. Partie demokratyczne kolejno oświadczają, że przy braku współpracy ze strony pozostałych idą do wyborów osobno. A choć Włodzimierz Czarzasty wciąż deklaruje gotowość Lewicy do pójścia razem, KO nie bardzo chce o tym słyszeć i zaprasza do koalicji Ruch Samorządowy Tak! dla Polski.

Wydaje się, że wobec zmian w prawie wyborczym większe zaangażowanie opozycyjnych samorządowców może okazać się istotne, tym bardziej że samorządy już są polem walki.

Wrocław – udzielne księstwo facebookowego satrapy

Wybory

26 stycznia Prawo i Sprawiedliwość przeforsowało wygodne dla siebie zmiany w Kodeksie wyborczym. Nowelizacja zakłada zwiększenie punktów wyborczych w mniejszych ośrodkach − ma ich powstać około 6 tysięcy więcej, a wójt danej gminy ma zapewniać bezpłatny transport do lokali wyborczych, jeżeli w danej gminie nie ma transportu publicznego lub najbliższy przystanek oddalony jest o ponad 1,5 km od lokalu. Transport ma być też zagwarantowany dla osób z niepełnosprawnością i osób po 60. roku życia. Zamiast sędziów w komisjach okręgowych i rejonowych będą mogły zasiadać osoby mające wyższe wykształcenie prawnicze.

Zmiany mają w opinii wnioskodawcy poprawić frekwencję wyborczą, jednak tezie tej przeczy kolejna poprawka, utrudniająca wzięcie udziału w głosowaniu wyborcom oddającym głos za granicą. Teraz, zgodnie ze zmianami, wniosek wyborcy o umieszczenie na liście wyborców wniesiony może być tylko na piśmie, opatrzony własnoręcznym podpisem, albo za pomocą usługi elektronicznej udostępnionej przez ministra spraw zagranicznych, najpóźniej pięć dni przed wyborami.

Zmiany dotyczą także składów okręgowych i rejonowych komisji wyborczych. Zamiast sędziów w komisjach mają zasiadać osoby „mające wyższe wykształcenie prawnicze oraz dające rękojmię należytego pełnienia tej funkcji”, których jednak zobowiązania zawodowe nie wiążą tak jak sędziów. Mężowie (i zapewne damy) zaufania dostali prawo nagrywania przebiegu głosowania, co może wzbudzić zamieszanie, niepokoje i oskarżenia o naruszanie prywatności, jeśli wyborcy w progu lokalu spotkają się z wycelowanymi w siebie kamerami telefonów.

Protest samorządowców pod Sejmem, 13.10.2021. Fot. Jakub Szafrański

Opozycja protestuje przeciwko wprowadzaniu zmian w roku wyborczym i ogłasza mobilizację w celu kontroli wyborów. Nie jest jednak chyba najgorzej, PiS mógł przecież zaproponować utworzenie lokali wyborczych na parafiach, gdzie osobą dającą rękojmię należytego pełnienia funkcji byłby ksiądz proboszcz.

Czyim transportem do lokalu wyborczego?

Zmiany niewątpliwie mają ułatwić głosowanie wyborcom statystycznie bardziej przyjaznym PiS, jednocześnie sprawiają, że kampania wyborcza będzie intensywniej toczyła się w samorządach. Z tego powodu pomysł, by na listy wyborcze weszli lokalni i demokratyczni zarazem działacze samorządowi, wydaje się ciekawy. A dla samorządów to wyzwanie, bo dla wyborcy z mniejszego ośrodka, w dodatku wykluczonego komunikacyjnie, to, czyim (czytaj: prodemokratycznym czy propisowskim) transportem pojedzie do lokalu wyborczego i czy będzie się to wiązać z końcem wykluczenia, może mieć znaczenie.

W wyniku porozumienia KO z Ruchem Samorządowym Tak! dla Polski samorządowcy mają wskazać w każdym okręgu do trzech osób, które wystartują w wyborach. Samorządowcom zależy na tym, by opozycja wygrała, wspólna opozycyjna lista to w istocie ich pomysł.

Przedłużona do kwietnia 2024 kadencja samorządów to dla nich z kolei kłopot. Prezydentów i burmistrzów, którzy chcieliby przejść do polityki krajowej, stawia przed perspektywą oddania miasta, z którym byli związani, w ręce nominowanego przez premiera komisarza. Jeżeli wybory wygra PiS, to PiS-owscy nominaci będą mieli kolejne pięć miesięcy, by psuć wieloletnią pracę, a w efekcie opozycja może samorządy stracić.

Gra, do której przystępuje zatem Ruch Samorządowy Tak! dla Polski, jest bardzo poważna. Jednak samorządowcy już teraz grają o wszystko.

Przeciw centralizacji

Centralizacja zmaterializowała się w Polskim Ładzie, który odbiera samorządom 20 proc. ich najważniejszego źródła dochodów. Podwyższenie kwoty wolnej od podatku i podniesienie progu podatkowego, choć wydają się korzystne dla podatników, samorządom zabierają około 10 mld rocznie.

Według Polskiego Ładu impulsy mają płynąć nie od samorządu, bliższego obywatelkom, ale od rządu, a dystrybucja środków między samorządy zbliżona jest do logiki przydzielania grantów. Czyli to centralna komisja decyduje, czy w radomskim parku mają stanąć ławki, czy kosze na śmieci. Nie decyduje o tym ani prezydent, ani rada miasta, którzy znają potrzeby, są bliżej mieszkańców, ale centrum − podkreślają samorządowcy.

Zjazd samorządowców z Ruchu Samorządowego Tak! dla Polski. Fot. facebook.com/RuchSamorzadowyTakDlaPolski/

Na zmianach w PIT i CIT najwięcej straciły duże miasta, ale problem dotyczy też mniejszych miejscowości. W powiecie kościerskim na spotkaniu burmistrzów i wójtów okazało się, że jeden dostał na drogę, ale koleżanka z sąsiedniej miejscowości już nie. Taka polityka prowadzi do waśni. Ci, co się wcześniej lubili, zaczynają patrzeć na siebie z niechęcią, bo ludzie w mniejszych miejscowościach widzą i oceniają swoje władze po ich skuteczności. I samorządowcy dość mocno się łamią, biorą pieniądze, robią sobie zdjęcia z plakatami, które rząd przywozi. Bo jak opowiadają samorządowcy, przedstawiciele rządu wjeżdżają z całym zapleczem propagandowym, dają do ręki plakaty, ustawiają do zdjęcia. A samorządowcy są w kropce. Chcą, by ta droga była, jednocześnie mają świadomość, że przyjmując pieniądze, legitymizują proces centralizacji.

Częstochowa, przyczółek reformacji

W tej trudnej sytuacji środki z KPO i obrona demokracji to dla samorządów sprawa najważniejsza. Blokowanie ich przez rząd nie mieściło się samorządowcom w głowie. Jakub Chełstowski argumentował przejście do opozycji tym, że Śląsk potrzebuje pieniędzy na kolej, na lotnisko, na inwestycje, które stoją, bo nie ma pieniędzy z KPO. A nawet jak te pieniądze przyjdą za rok, to będzie za późno, bo potrzeba przynajmniej trzech lat od napisania projektu KPO do jego realizacji i miasta i gminy nie zdążą zrealizować tych projektów inwestycyjnych.

Rząd, przeprowadzając niekonstytucyjne zmiany w SN, przekonuje co prawda, że pozwoli to na odblokowanie pieniędzy, jednak samorządowcy wiedzą, że rząd nie chce grać czysto i nie odda samorządom kontroli nad tymi środkami. W czasie poniedziałkowej konferencji przedstawiciele Tak! dla Polski zgłaszali wiele wątpliwości co do sposobów realizowania projektów finansowanych z KPO. Podkreślali, że droga proponowana przez rząd jest kolejną manipulacją. A zobowiązań – tzw. kamieni milowych – nie spełnia.

Jak trudności przekuć w zwycięstwo?

Przed samorządowcami stoi więc zadanie niemal ekwilibrystyczne: z poturbowanych Polskim Ładem, inflacją i drożyzną sakiewek muszą wyściubić tyle, by pokazać lokalnym wyborcom, jak ważna jest decentralizacja i demokracja. I co to oznacza dla pani, pana, w Kętrzynie, w Końskich, w Wiącce koło Wzdołu Rządowego.

Co oznacza centralizacja, pokazuje los dziewiętnastu miejscowości, które mają zostać wysiedlone pod Centralny Port Komunikacyjny. Ale straszenie PiS-em to za mało. Same obietnice i deklaracje, że samorządowcom zależy na wysokiej jakości życia mieszkańców, a środki z KPO będzie można przeznaczyć na infrastrukturę turystyczną, szkoły, przedszkola, szpitale, pociągli, ścieżki rowerowe – to też za mało. Samorządy już teraz muszą pokazać, że wiedzą, jak poprawić jakość życia mieszkańców.

 

Jak mądrze straszyć PiS-em i nie przegrzać

Tymczasem zmuszane są do cięć. Prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz zapowiedziała, że nie będzie oszczędzać na edukacji, ale np. śmieci wywożone będą rzadziej, a na ulice wyjedzie mniej autobusów. To z jednej strony wydaje się racjonalne, z drugiej oznacza, że znów mocniej obciążeni będą ci, którym już jest trudniej. Uprzywilejowani wsiądą w samochód, a od brudnej ulicy oddziela ich wysoki parkan i ogród. W dodatku pracę stracą osoby zatrudniane przez miasto. Sopot nie chce ciąć etatów, za to ogranicza zużycie energii, po północy wyłącza światła na ulicach.

Rozmowy o koniecznych cięciach zaczęły się w Gdańsku już w sierpniu, w Łodzi we wrześniu, kiedy do okrągłego stołu usiadły samorządy i związki zawodowe. Ceny idą w górę, pracownicy chcą mieć większe wynagrodzenia, ale żeby te wyższe wynagrodzenia zapewnić, samorządy muszą ciąć budżet w innych miejscach. Kolejny rok będzie taki sam, jeśli nic się nie zmieni w polityce fiskalnej rządu i wciąż pieniądze przerzucane będą do centrum.

Łódź idzie na rekord. Tak drogich biletów komunikacji miejskiej nie ma w żadnym innym mieście

Czy znajdzie się pomysł na flagowy projekt, na przykład komunikacyjny, który jeszcze przed wyborami pokaże, że samorządy o walce z wykluczeniem komunikacyjnym myślą poważnie? Czy też pierwsze autobusy mieszkańcy małych ośrodków zobaczą dopiero w dniu wyborów?

Ofensywa

Ruch samorządowy Tak! dla Polski, którego liderem jest prezydent Sopotu Jacek Karnowski, wyraźnie jest w ofensywie. Utrata władzy w województwie śląskim dla obozu rządzącego była wielkim ciosem, teraz padają następne. Pod koniec listopada Ruch zawarł porozumienie z organizacją Dolny Śląsk Wspólna Sprawa Jacka Sutryka, prezydenta Wrocławia, która teraz nazywa się Tak! dla Polski – Dolny Śląsk. Razem chcą odebrać PiS władzę w województwie dolnośląskim.

W Katowicach do Tak! dla Polski dołączył radny Wiesław Mrowiec, dotychczas członek klubu PiS. W Siemianowicach Śląskich do ruchu przystąpiło trzech radnych.

PiS zyskał na zdradzie, dziś oskarża o nią byłych członków. Co się dzieje na Śląsku?

Od 11 stycznia organizacja urosła o samorządowców z Opolszczyzny, tydzień później dołączyli też samorządowcy z Podkarpacia, z prezydentem Rzeszowa Konradem Fijołkiem na czele. W zarządzie struktur podkarpackich znaleźli się prezydent Mielca Jacek Wiśniewski, prezydent Krosna Piotr Przytocki, burmistrz Jarosławia Waldemar Paluch i burmistrz Leska Adam Snarski.

Do założonego rok temu w Poznaniu Ruchu Tak! dla Polski należy już ponad 600 osób, głównie radnych, burmistrzów, wójtów, prezydentki − władza wykonawcza wybierana z samorządów w całej Polsce. W każdym województwie są sformalizowane oddziały albo koła, mają też wybrane swoje zarządy. W sumie organizacja skupia pięciu marszałków województw, co najmniej 51 prezydentów miast, 60 burmistrzów i 51 wójtów. W ruchu są też starostowie powiatów i senatorowie.

Jak przekonują informatorzy, to, czego wcześniej nie było, a teraz jest, to rodzaj usieciowienia samorządów. Samoorganizacja i współpraca udała się podczas pomocy uchodźcom z Ukrainy. To działa dalej, kiedy na poziomie krajowym wprowadzane są jakieś ustawy, np. Polski Ład, kiedy cedowane na samorządy są dystrybucji węgla, ceny energii rosną od 700 do 1000 proc., a spółki energetyczne nakładają na samorządy opłatę handlową i wymagają potwierdzenia zdolności kredytowej. Wcześniej byłoby tak, że samorządowcy by się temu podporządkowali, teraz przekazują sobie informacje i wspólnie wypracowują stanowisko i strategię.

W Tak! dla Polski nie ma samorządowców z PiS, ale też ci, co od PiS biorą pieniądze, nie stają pod pręgierzem. Członkowie Ruchu raczej nie fotografują się z rządem, nawet jeśli pieniądze biorą. Ale Ruch postanowił, że nie będzie stawiać warunków samorządowcom chcącym rozmawiać.

Unia Metropolii Polskich czy Związek Miast Polskich też starają się działać. Mają duży budżet i struktury, ale jak przekonuje działaczka Tak! dla Polski, zdaje się, że nie mają już tej energii i mobilizacji, nie zawsze potrafią tak szybko zareagować. A Ruch potrafi. Jacek Karnowski jest wyraźnym głosem samorządowców, za jego plecami mogą stanąć ci z mniejszych gmin, którzy boją się władzy centralnej. Oni nie będą krzyczeć, bo nie mogą – nie dostaną kasy.

Czy uda się silniejszym zmobilizować słabszych? Czy w zaostrzającej się walce politycznej samorządowcy nie zechcą tuszować arogancji swoich liderów, próbując szantażu polityków parlamentarnych: kto przeciw nam, ten przeciw demokracji? Muszą przygotować się do tego, że wszystkie potknięcia zostaną przez PiS wykorzystane w ostrej walce wyborczej. Politycy lokalni muszą udowodnić, że demokracja to coś więcej niż retoryka.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij