Kraj

Bendyk: Od zamachu stanu do stanu wyjątkowego

Jeśli obrona demokracji nie wymaga nadzwyczajnych środków, to jaki jest powód ich stosowania?

Wielu komentatorów i prawników określa zamach na Trybunał Konstytucyjny w kategoriach zamachu stanu. Rzeczywiście, zgodnie z zasadą trójpodziału władzy, obowiązującą w polskiej Konstytucji, sparaliżowanie jednego z równoprawnych organów władzy przez inny, przy ewidentnym złamaniu Konstytucji, uznać można za zamach stanu.

Nie chodzi jednak o prawną ocenę tego, co się dzieje, ale o konsekwencje polityczne.

Nie chodzi więc o paraliż Trybunału Konstytucyjnego, tylko o to, że w praktycznym, politycznym sensie została w Polsce zawieszona Konstytucja.

Mamy więc de facto stan wyjątkowy, kiedy władza jest sprawowana poza skuteczną konstytucyjną kontrolą za pomocą dekretów Jarosława Kaczyńskiego (bo tak przecież można traktować podsyłane do Sejmu i przyjmowane bez szerokiej debaty, a potem podpisywane w pośpiechu przez Prezydenta ustawy).

Doskonale do tej sytuacji odnosi się opublikowana niedawno w „Le Monde” analiza Giorgio Agambena, filozofa polityki, który kwestią suwerenności i stanu wyjątkowego zajmuje się od lat (w 2009 r. ukazało się tłumaczenie książki Stan wyjątkowy, analizującej wojnę z terrorem ogłoszoną przez George’a W. Busha po 11 września 2001 r.). W „Le Monde” Agamben analizuje sytuację we Francji po zamachu 13 listopada, po którym wprowadzono stan wyjątkowy (obowiązywać ma do lutego). Jednocześnie z inicjatywy prezydenta François Hollande’a podjęto szereg zmian prawnych, z poprawkami konstytucyjnymi włącznie, zwiększających prerogatywy państwa w zakresie bezpieczeństwa.

Agamben zwraca uwagę, że w historii trudno dopatrzyć się przykładów, by wprowadzony w imię obrony konstytucji i zasad demokracji stan wyjątkowy posłużył temu celowi.

Zazwyczaj otwierał drogę do budowy państwa bezpieczeństwa, którego zasadą jest polityka strachu i niepewności. Ceną za bezpieczniackie skrzywienie jest wzmacnianie kompetencji służb policyjnych, które w coraz większym stopniu zyskują moc zarezerwowaną dla sądów.

W dalszej konsekwencji państwo bezpieczeństwa uzależnia się od zaprowadzonego reżimu i samo zaczyna wytwarzać zagrożenia, by utrzymać niepewność i strach potrzebne dla utrzymania nadzwyczajnej mobilizacji. W najgorszych przypadkach sytuacja taka prowadzi do zaprowadzenia totalitarnych dyktatur, jak stało się w Niemczech w latach 30. XX w. Stan wyjątkowy nie ochronił Republiki Weimarskiej, gdy z kolei Hitler doszedł do władzy i wprowadził stan wyjątkowy, dzięki któremu nie musiał nawet zmieniać weimarskiej konstytucji.

W Polsce nie prowadzimy wojny z terrorem, nasza demokracja nie była zagrożona przez zewnętrznego wroga. Państwo polskie nie znajduje się też w takiej kondycji, która uzasadniałaby działanie w trybie nadzwyczajnym. Jeśli więc obrona demokracji nie wymaga w Polsce nadzwyczajnych środków ze strony organów państwa, to jaki w takim razie jest powód ich stosowania? Czyżby program „dobrej zmiany”? Wolne żarty.

Czy więc zmierzamy do dyktatury? Nic nie jest przesądzone, nawet gdyby taki był plan Wielkiego Stratega.

Dalszy bieg wypadków zależeć będzie zarówno od skuteczności politycznej opozycji, społecznego oporu, jak i reakcji struktur międzynarodowych. W istocie jednak nie chodzi jedynie o powstrzymanie polityki stanu wyjątkowego w Polsce, ale o zrozumienie, co spowodowało, że tak szybko rozwinęły się w naszym kraju warunki do zaistnienia takiej polityki.

Głównym problemem nie jest PiS ani Wielki Strateg Jarosław Kaczyński, nie jest on Wielkim Demiurgiem, a raczej trollem karmiącym swój projekt ciemną energią kotłującą się w głębi społeczeństwa. W zgeneralizowanych statystykach Zielonej Wyspy niby wszystko się zgadzało, Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Od tej narracji jednak z czasem odklejało się coraz więcej drobnych narracji opartych na konkretnych, osobistych doświadczeniach, niedających się pogodzić z opisem głównym, dominującym. Pisałem o tym równo rok temu, zapowiadając w „Polityce”, że nadchodzi czas dużego zamieszania w polskiej polityce, nie przewidując jednak, że najlepiej energię narastających dysonansów zagospodaruje Jarosław Kaczyński. Przy odrobinie szczęścia była szansa na inny scenariusz.

To, że się takiego scenariusza nie udało napisać w 2015 r., nie oznacza, że nie należy go pisać. Ze świadomością jednak, że logika stanu wyjątkowego to logika samospełniającej się prognozy – im dłużej działa, w tym większym stopniu skutki jej działania uzasadniają tę logikę. Zawsze ceną tej logiki jest wzrost społecznej nieufności, osłabienie więzi i wypieranie społecznych mechanizmów organizacji życia wspólnego przez mechanizmy mobilizacji politycznej koordynowanej przez coraz bardziej autorytarne państwo.

Sytuację polskiej nie-wspólnoty ciekawie analizuje Krzysztof Nawratek, pokazując, że zawsze mieliśmy problem w polityce z tym, co wspólne. I zgadzam się z Krzysztofem, że szansa na alternatywny scenariusz polega na polityce rozumianej jako budowanie tego, co wspólne właśnie.

**

Tekst ukazał się na blogu antymatrix II.

 

**Dziennik Opinii nr 364/2015 (1149)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Edwin Bendyk
Edwin Bendyk
Dziennikarz, publicysta, pisarz
Dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku "Polityka". Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012). W 2014 r. opublikował wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim książkę „Jak żyć w świecie, który oszalał”. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi w ramach DELab Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.
Zamknij