Jakub Majmurek: Czy to dobry moment na publikację biografii Juliusza Mieroszewskiego? Czy jego idee polityki wschodniej nie przeżywają dziś głębokiego kryzysu?
Maciej Łuczak: Z całą pewnością przeżywają. Po 1989 roku doktryna Giedroycia-Mieroszewskiego była w zasadzie doktryną państwową, przyjmował ją także rząd PiS w okresie 2015-23. Dziś konsensus wokół niej pęka. Uważam, że Mieroszewski miał po prostu rację, a idee, które formułował wspólnie z Giedroyciem, dotyczące układania sobie przez Polskę relacji z jej wschodnimi sąsiadami i aktywnej polityki wobec Rosji, są dziś jak najbardziej aktualne.
Mieroszewski jest dziś istotny nie tylko jako jeden z twórców polskiej polityki wschodniej, ale także jako osoba, która prezentowała pewien format publicznego zaangażowania. Na politykę wschodnią Mieroszewskiego trzeba patrzeć w kontekście jego formatu intelektualnego oraz wartości, które reprezentował, przywiązania do godności drugiego człowieka, zwalczania zaściankowości oraz przekonania, że polityka powinna być intelektualnie spójna i racjonalna. O tych wszystkich wartościach nasi politycy dziś zapominają.
Czemu konsensus wokół idei Mieroszewskiego dziś pęka?
Moim zdaniem wynika to głównie z krótkowzroczności polityków, podążających za sondażowymi słupkami i logiką partyjnych interesów. Na początku pełnoskalowej wojny PiS, podążając za nastrojami społecznymi, zdecydowanie wspierał wojnę obronną Kijowa, co było też zgodne z interesami państwa polskiego. Dziś ustami Morawieckiego wypowiada haniebne słowa, że przekazywał jedynie złom w zamian za ukraińską krew. PiS za wszelką cenę chce odebrać wyborców Braunowi, który niestety stał się odniesieniem dla uczestników gry politycznej.
Na antyukraińskość licytują się teraz prawie wszyscy. Od partii Kaczyńskiego, poprzez Konfederację Sławomira Mentzena, PSL, a nawet, co z przykrością stwierdzam jako sympatyk tej partii, także Koalicja Obywatelska. Dziwne poglądy głoszone są także przez niektórych polityków lewicy, na czele z Leszkiem Millerem, który stała się oszalałym antyukraińskim hejterem. Wszyscy chcą za wszelką cenę dostosować się do zmieniających się nastrojów społecznych, ale ten proces obydwa się w sposób dramatycznie sprzeczny z polską racją stanu i przekracza granice przyzwoitości. „Największym polskim ugrupowaniem” staje się powoli niestety Konfederacja Korony Polskiej light. Wszyscy już powtarzają za nim, że Ukraina nie może przystąpić do Unii Europejskiej.
Warto pamiętać, że ani Mieroszewski, ani Giedroyc nigdy nie byli szczególnymi ukrainofilami. Giedroyc wprost to nawet deklaruje w jednym z listów. Oni sformułowali swój projekt polityki wschodniej jako jedyne możliwe i realnie skuteczne narzędzie oddziaływania przez Polskę na Rosję i tworzenia korzystnego dla nas układu politycznego. Najkrócej mówiąc: Polska wyrzeka się aspiracji terytorialnych wobec swoich wschodnich sąsiadów, buduje sobie z nimi dobre relacje i w ten sposób zyskuje możliwość osłabiania wpływów rosyjskich. Bo to Rosja zawsze była państwem zagrażającym suwerenności Polski, a nie Ukraina, Białoruś czy Litwa.
Ten program formułowany był w realiach zimnowojennego podziału Europy, gdy Polska była częścią Układu Warszawskiego, a Ukraina czy Litwa ZSRR. Główny „wschodni” tekst Mieroszewskiego, Rosyjski „kompleks polski” i obszar ULB, został opublikowany w 1974 roku. Czy dziś nie znajdujemy się po prostu w zupełnie innym układzie odniesienia? Ukraina i Litwa są niepodległe, my jesteśmy częścią NATO i Unii Europejskiej, co daje nam nowe możliwości oddziaływania na kierunku wschodnim.
Chyba najsłynniejszy tekst „Kultury”, o którym rozmawiamy, był efektem refleksji Giedroycia i Mieroszewskiego nawarstwiających się przez długie lata. Rysował on pewną wizję, która zaczęła się spełniać dopiero w 1991 roku, gdy rozpadł się Związek Radziecki, a Europę Wschodnią opuściły radzieckie wojska. Mimo wszystkich zmian, o których Pan mówi, taka wizja nie zdezaktualizowała się, a jej podważanie jest podważaniem fundamentów polskiego bezpieczeństwa. Istnieje bowiem realna groźba powrotu do stanu z lat 70. ubiegłego wieku, kiedy znowu naszym sąsiadem będzie nowy imperialny twór Moskwy.
Dla mnie – kierując się logiką Mieroszewskiego – o wiele ważniejsze jest to, żeby niepodległa Ukraina, najlepiej mająca dobra relacje z Polską, utrzymała się na politycznej mapie, niż to, żebyśmy kupili sto samolotów F-35 albo tysiąc Abramsów. Bo niepodległa Ukraina gwarantuje nasze bezpieczeństwo lepiej niż broń. Nie musimy się z nią kochać, ale musimy podejmować z nią dialog, nie popadając w wyższościowy polski ton.
Czy jednak wizja Mieroszewskiego nie okazała się przesadnie romantyczna i idealistyczna?
Powiedziałbym, że jest wręcz przeciwnie: to wizja Mieroszewskiego-Giedroycia była przejawem trzeźwego myślenia, wolnego od romantycznych złudzeń. Jak sam pan przyznał, ona powstała w realiach zimnowojennych. Przeważająca cześć polskiej emigracji ich nie akceptuje i liczy na odrodzenie Polski w przedwojennych granicach na wschodzie, w dodatku z konstytucją kwietniową.
Koncepcje Giedroycia i Mieroszewskiego wychodzą natomiast z uznania zimnowojennych realiów. Oni stawiają bardzo twardy, racjonalny postulat: Polska zrzeka się pretensji do Wilna i Lwowa, by móc ułożyć sobie w przyszłości dobre relacje z demokratycznym ukraińskim i litewskim społeczeństwem. Bo pewne zmiany się dokonały, nie można ich odwrócić i w tych nowych warunkach trzeba podejmować działania, które stworzą warunki do tego, by w przyszłości Polska mogła być możliwie suwerenna i demokratyczna.
Giedroyc propagował te koncepcje wbrew większości powojennej emigracji. Gdy „Kultura” opublikowała w 1952 roku list księdza Majewskiego, gdzie po raz pierwszy pada postulat akceptacji powojennych granic na wschodzie, wielu prenumeratorów zrezygnowało z subskrypcji pisma.
Wizja Mieroszewskiego wyrastała z międzywojennej koncepcji prometeizmu, wprost tkwiącej korzeniami w polskim romantyzmie. Dziś jej krytycy wysuwają zarzuty, że stosowana współcześnie prowadziła do naiwnej polityki, w relacjach z Ukrainą niezdolnej zabezpieczyć wymiernych polskich interesów.
Zełenski w pewnym momencie zgłosił propozycję, by państwa UE przekazywały 0,5 proc. swojego PKB na siły zbrojne Ukrainy. Ten pomysł nie został przyjęty, a to jest właśnie postulat, jaki mógłby zgłosić Mieroszewski, argumentując, że Stany Zjednoczone nie są wiarygodnym sojusznikiem, armia europejska nie powstała, a w tej sytuacji to siły zbrojne Ukrainy mogłyby się stać zbrojnym orężem Europy. Ich celem byłoby nie dopuścić tu Rosjan. To przecież historyczne nawiązanie do tego, jak w średniowieczu królestwa były chronione wojska zaciężne. To byłaby z jednej strony bardzo oryginalna i romantyczna wizja, ale z drugiej także twarda polityka, która gdyby ją dobrze wdrożyć, byłaby korzystna dla wszystkich. Ukraina już dziś de facto broni Europy, pomysł ustrukturyzowania tego w oficjalną politykę, mógłby być czymś, co zgłaszaliby Giedroyc z Mieroszewskim.
Czy Giedroyc i Mieroszewski mieli świadomość ukraińskiego nacjonalizmu i zbrodni, jakie ukraińscy nacjonaliści popełnili w czasie wojny?
Nie wiem, ja nie natrafiłem na informacje, by się tym zajmowali. W każdym razie na pewno nigdy nie postrzegali trudnej historii jako przeszkody do układania sobie dobrych relacji z innymi narodami.
Natomiast nacjonalistyczny sposób myślenia o historii Ukrainy był obecny od samego początku ukraińskiej niepodległości. I latami nikomu to w Polsce w ogóle nie przeszkadzało. Ekshumacji polskich ofiar nie było też przecież także w okresie, gdy władze w Kijowie były powszechnie w Warszawie hołubione, gdy z okolic PiS płynęły pomysły stworzenia nawet federacji z Ukrainą. Obecna awantura o nazwanie jednostki imieniem „bohaterów UPA” mogła naprawdę wybuchnąć 58 razy wcześniej i z poważniejszych powodów niż czysto symbolicznej kwestii – np. właśnie wokół braku możliwości ekshumacji polskich ofiar na Wołyniu. Przecież jak chcesz uderzyć psa, to zawsze kij się znajdzie.
Nadanie nazwy „bohaterów UPA” jest jednak ciężko akceptowalne z punktu widzenia polskiej wrażliwości.
Nie możemy patrzeć na historię Ukrainy wyłącznie z polonocentrycznego punktu widzenia. Dzisiaj podkreśla to wyraźnie Adam Michnik. Jerzy Giedroyc zwracał na to uwagę: Ukraińcy postrzegali Polskę – podobnie jak Rosję – jako zagrożenie dla własnej państwowości.
Po pierwszej wojnie światowej Polska odzyskała niepodległość, Ukraina nie – została podzielona między Polskę a władzę radziecką. Jedna z historycznych narracji, która pewnie jest nieco zbyt daleko idąca, stawia tezę, że Polska międzywojenna prowadziła wobec Ukrainy kolonialną politykę. Burzono cerkwie, ograniczano wolność religijną Ukraińców, traktowano ich jak obywateli drugiej kategorii. To oczywiście nie usprawiedliwia czystki etnicznej na Polakach, za jaką odpowiada UPA, ale powinniśmy mieć świadomość tego kontekstu.
Pamiętajmy też, że po wojnie państwo polskie zorganizowało Akcję Wisła, która moim zdaniem także – w rozumieniu prawa międzynarodowego – była zbrodnią przeciw ludzkości, bo miała na celu wynarodowienie terenów z silną historyczną obecnością Ukraińców. Kluczowe jest jednak to, że my mamy z Ukrainą wiele wspólnych interesów, a historia to tylko jeden z obszarów naszych relacji.
Jeśli chcemy budować z kimś dobre stosunki, to nie możemy skupiać się wyłącznie na tym, co było złe. Dzisiaj nasze relacje z Ukrainą zostały zredukowane do tego, co działo się 11 lipca 1943 roku, a więc do apogeum Rzezi Wołyńskiej. Nasza dyskusja na temat Ukrainy coraz bardziej popada w tony, w jakich o Ukrainie mówi się w Rosji, my w ten sposób abdykujemy z oddziaływania na Ukrainę i oddajemy pole innym państwom.
A może to Ukraina woli budować swoje relacje z Europą przez relacje z Berlinem, a nie z Warszawą?
Ale na tym polega przecież prowadzenie polityki: chcemy coś ugrać, zależy nam, żeby zasiąść przy stole i wybieramy odpowiednie karty, żeby to osiągnąć. Tylko my mamy prezydenta skłóconego z rządem, jesteśmy słabi, rozbici i podzieleni. Gdybyśmy odgrywali ważniejszą rolę w Unii Europejskiej, to inaczej wyglądałyby też nasze relacje z Ukrainą, Kijów też by się z nami bardziej liczył. Prezydent Nawrocki jest jednak franczyzobiorą ruchu MAGA, a rząd nie potrafi zabiegać o istotniejszą rolę Polski w Europie. Głównym rozgrywającym naszą polityką stał się Grzegorz Braun, podważający nawet istnienie komór gazowych.
To, że Ukraina buduje swoją tożsamość, odwołując się do skrajnie nacjonalistycznego dziedzictwa, nie powinno nas niepokoić?
Wojna z Rosją dla Ukrainy stała się wydarzeniem formacyjnym. Ceną przetrwania Kijowa jest budowanie swojej tożsamości w dużej mierze na ruchu nacjonalistycznym. UPA i Bandera – mając swoje ciemne karty, także związane z pogromami Żydów – walczyli jednak z Rosją Sowiecką o niepodległą Ukrainę. Trzeba pamiętać, że Polsce także został zbudowany niemal państwowy kult żołnierzy wyklętych, co było jednym ze skutecznych instrumentów zdobycia władzy przez PiS. Tak naprawdę miał on zastąpić przedtem niekwestionowany autorytet Armii Krajowej.
Ale nawet żołnierze wyklęci związani z najbardziej skrajnie nacjonalistycznymi formacjami nie byli zaangażowani w zbrodnie na taką skalę jak UPA.
Różnica jest oczywiście zasadnicza. Przede wszystkim ze względu na to, że ich działanie – tak jak w przypadku Rzezi Wołyńskiej – nigdy nie miało na celu dokonania czystki etnicznej. Niemniej zdarzały się przypadki pacyfikacji wsi, zabijania „nie-Polaków” i osób podejrzewanych o związki z komunistami. Pomimo tych zbrodniczych ekscesów, ich sprawcy są czczeni w Polsce przez część środowisk prawicy, stawiających jako młodym ludziom jako wzór tych, którzy z bronią walczyli jeszcze długo po zakończeniu wojny.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Ukraina nie rozliczyła się z wielu mrocznych kart swojej historii. Zabrakło wrażliwości na miarę naszej „pedagogiki wstydu”, którą dyskredytuje w przypadku Polski prawica, a z której ja czuję się naprawdę dumny. Nie bardzo mogę rozumieć, dlaczego dziś z powodu tragicznych zdarzeń na Wołyniu spór polsko-ukraiński przyjmuje takie rozmiary.
Jak sami Ukraińcy odbierali koncepcje Giedroycia i Mieroszewskiego w momencie, gdy były one formułowane?
Partnerem dla Giedroycia był Bohdan Osadczuk oraz środowiska skupione wokół kwartalnika rosyjskiej emigracji – „Kontynentu”, podobnym do paryskiej „Kultury”. Giedroyc i Mieroszewski działali w ten sposób, że w swoich kontaktach ze wschodem – zarówno z Ukrainą, jak i z Rosją – nie szukali porozumienia z czynnikami państwowymi ani oddziaływania na szerokie masy, tylko kontaktów z wąskimi, intelektualnymi kręgami, podzielającymi podobne wartości, wrażliwość, umiejętność do wyjścia poza wąską, nacjonalistyczną perspektywę. W podobny sposób oddziaływali na Polskę, chcieli kształtować demokratyczną opozycję, która wpływając na społeczeństwo i państwo, będzie zmieniała rzeczywistość PRL, tak aby kraj ewoluował w kierunku demokratycznego państwa.
Dziś pan dostrzega podobne środowiska w Ukrainie?
Nie wiem, nie jestem w tej kwestii ekspertem. Wydaje mi się jednak, że nadzwyczajny stan wojny w naturalny sposób sprzyja nacjonalistycznemu i radykalnemu sposobowi myślenia. Jest więc ono na pewno dominujące. Anegdotycznie mogę powiedzieć, że moje rozmowy z ukraińskimi środowiskami zawsze były bardzo dobre, choć na przykład spotkałem się z przejawami antysemityzmu.
Co poza koncepcją polityki wschodniej jest dziś jeszcze aktualne i istotne z bogatego dorobku publicystycznego Mieroszewskiego?
Jest kilka takich rzeczy. Po pierwsze przekonanie, że Polska jest częścią Europy i powinna być powiązana politycznie, funkcjonalnie i duchowo z Europą Zachodnią. Po drugie wiara w to, że polityka z jednej strony powinna być nastawiona na realizację konkretnych celów – a nie np. na rozpamiętywanie klęsk i traum – ale z drugiej także oparta na wartościach. Po trzecie, rozpoznanie tego, że Polska nigdy nie będzie mocarstwem samodzielnie rozdającym karty, że musimy szukać szerszego, geopolitycznego ładu, zdolnego zapewnić nam bezpieczeństwo i dobrobyt.
Wychodząc z tych założeń dziś, można by np. pomyśleć o budowaniu jakiegoś trwałego sojuszu z państwami skandynawskimi. Bo przyszłość Unii Europejskiej, biorąc pod uwagę, że do władzy we Francji może dojść Marine Le Pen, a w Niemczech Alternatywa dla Niemiec, jest dalece niepewna. Stany Zjednoczone są coraz mniej pewnym sojusznikiem, a państwa skandynawskie nie tylko mają podobne do naszych doświadczenia z imperialną Rosją, ale też cenne możliwości obronne.
Mieroszewski do końca życia określał się też jako socjalista. Jak rozumiał jego pojęcie, co dziś mogłoby być inspirujące w jego socjalizmie?
On nie zajmował się kwestiami gospodarki czy polityki społecznej, ale bardzo był wyczulony na kwestie równości i szacunku dla drugiego człowieka, a także wyzbyty jakiegokolwiek myślenia nacjonalistycznego. Myślę, że na polskiej mapie politycznej najbliżej umieścić by go można obok Jana Józefa Lipskiego.
Jak patrzyłby na rzeczywistość III RP, gdyby dożył do tego okresu? Na kogo by głosował?
Myślę, że byłby modelowym wyborcą Unii Wolności.
Nie Unii Pracy?
Nie, on był jednak intelektualistą wywodzącym się ze społecznych elit. Warto też pamiętać list, który przytaczam w książce. Mieroszewski pisze w nim do Giedroycia, że w wolnej Polsce, gdyby Giedroyc objął urząd premiera, to on najchętniej przyjąłby posadę redaktora naczelnego głównej opozycyjnej gazety. Bo Mieroszewski miał potrzebę iść pod prąd, myśleć i pisać przeciw utartym schematom, nie bał się być w mniejszości – i to dziś też jest cenna lekcja.
**
Maciej Łuczak – dr nauk społecznych, prawnik, dziennikarz, publicysta i politolog. W latach 2011–2016 doradca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej dr. Łukasza Kamińskiego. Adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Autor książek o Stanisławie Barei i polskim kinie oraz monografii naukowej A imię jego 34. Postępowania karne wobec sygnatariuszy Listu 34 i popierających go pisarzy.








!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!