Witold Mrozek

Możecie sobie protestować

Stefan Niesiołowski oburza się, że mu gówniarze symbol „Polski Walczącej” do obrony YouTube’a – albo i RedTube’a –  wykorzystali. A to przecież styropianowe pokolenie posła Niesiołowskiego wraz z młodszymi kolegami – postsolidarnościowa prawica spod znaku POPiS – od ładnych paru lat konsekwentnie przesuwa narodowowyzwoleńczą symbolikę w przestrzeń popkultury. Każde „P” z kotwicą na takiej demonstracji to poniekąd sukces ich polityki historycznej; dowodzi, że symbole sprzed siedmiu dekad są dziś sexy, funkcjonują w wyobraźni manifestantów jako atrakcyjny symbol oporu.

Oporu przeciw czemu? Odcięcie setek gmin od transportu zbiorowego, liberalizacja kodeksu pracy za rządów Buzka, rozkład publicznej opieki zdrowotnej czy próby majstrowania przy i tak wyjątkowo restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej nie wywołały takich manifestacji. A dziś mamy do czynienia z jednymi z najpoważniejszych demonstracji w ostatnich latach, być może najbardziej masowymi w III RP. Na ulice wyszli nie tylko ludzie w Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie. Jednocześnie, w sposób niemal zupełnie niespodziewany, protestujący pojawili się na ulicach Katowic i Kielc (tysiące), Wałbrzycha, Cieszyna i Limanowej (setki). I w dziesiątkach innych miast.

Protestujących przeciw ACTA nie da się zbyć, przyklejając im jedną z łatwych etykietek: „zblazowanych hipsterów”, „groźnych kiboli” czy „roszczeniowych związkowców”. Ani cegły w Kielcach, ani – wygwizdany i wykrzyczany – Janusz Korwin-Mikke w Krakowie nie zasłonią faktu, że protestu nie udało się zasadniczo zawłaszczyć żadnemu partykularnemu ugrupowaniu czy światopoglądowi. Czy oznacza to zatem, że protesty nie mają głębszej politycznej treści – poza oporem przeciw amerykańskim koncernom chcącym zawłaszczyć publiczną przestrzeń internetu, „naturalne środowisko” protestujących? To przecież za mało na konkretny polityczny program. Dość jednak, by wyrazić sprzeciw wobec konkretnej postawy władzy.

ACTA nie jest jedynym przejawem antyobywatelskiego i antyspołecznego charakteru partii rządzącej oraz skrajnego wyalienowania całej klasy politycznej od społeczeństwa. Jest tylko przejawem najbardziej widowiskowym. Znamienne, że podczas gdy polskie społeczeństwo organizuje największe protesty przeciw ACTA w Europie, to jego reprezentacja w europarlamencie zajęła jedno z najbardziej sprzyjających nowemu prawu stanowisk. Przeciwko umowie głosowały z polskich partii jedynie SLD z UP. Bardziej „za” – bo jednogłośni – byli w PE tylko… Węgrzy.

Podstawowy komunikat z dziesiątek tysięcy gardeł to sprzeciw wobec lekceważenia społecznych potrzeb i aspiracji przez władzę, sprzeciw wobec arogancji i besserwisserstwa polityków. Dialog społeczny jest fikcją nie tylko na stopniu władzy centralnej, ale też – przede wszystkim – w samorządach. Przy – planowanych bądź już dokonanych – likwidacjach tysiąca polskich szkół konsultacje mają jedynie charakter rytuału, który należy zgodnie z prawem odbyć, a który władzy do niczego nie zobowiązuje, ani prawnie, ani moralnie. W Warszawie, Łodzi czy Bytomiu radni partii rządzącej procedują najbardziej kontrowersyjne uchwały w porach uniemożliwiających udział obywateli w posiedzeniu.

Z kolei kancelaria Bronisława Komorowskiego przygotowała projekt ustawy pod dowcipną nazwą „o zwiększeniu udziału mieszkańców w działaniach samorządu terytorialnego”, która – jeśli przejdzie – wzmocni uprawnienia prezydentów miast i uczyni ich praktycznie nieodwoływalnymi, w zamian oferując… jeszcze więcej rytualnych konsultacji społecznych i niewiążących referendów. Konsultacje i referenda – tak. Ale decyzje zostawcie rządzącym.

Sprawa ACTA dobitnie powiedziała nam o polskiej polityce coś jeszcze. Platforma nie ma żadnego „cywilizowanego”, „otwartego” czy – broń Boże – „lewego” skrzydła. Uśmiechnięta twarz Arłukowicza czy modernizacyjny patos Ministerstwa Cyfryzacji to pocieszycielskie fantomy, pluszowe obicia, które mają nas chronić przed zbyt bolesnym kontaktem z twardą rzeczywistością nagiej siły władzy. Siły tym groźniejszej, że będącej w rękach ludzi, którzy ewidentnie nie radzą sobie z niesionymi przez współczesność wyzwaniami. Nie można już udawać, że się tego nie widzi. Dziś analogowy i katolicki Niesiołowski oraz cyfrowy-postępowy Boni mówią w gruncie to samo – możecie myśleć, co chcecie, apelować i protestować sobie aż do rana. My zrobimy swoje.

Felieton ukazał się na portalu e-teatr.

 

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Witold Mrozek
Witold Mrozek
Krytyk teatralny, publicysta
Krytyk teatralny i publicysta. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wcześniej „Przekroju”. Studiował na MISH UJ.
Zamknij