Witold Mrozek

Langusta mnie gryzie

Lejb Fogelman chwalił się kiedyś we „Wprost”, że spotkał w toalecie Hendriksa. Że znał faceta, co był mężem Michelle Pfeiffer.

Lejb Fogelman chwalił się kiedyś we „Wprost”, że spotkał w toalecie Hendriksa. Że znał faceta, co był mężem Michelle Pfeiffer. Tomasz Jacyków napisał kiedyś o Lejbie Fogelmanie, że to najlepiej ubrany polski prawnik. Dominika Wielowieyska nazwała kiedyś Lejba Fogelmana polskim prawnikiem-celebrytą. A dziś Lejb Fogelman – jak sam o sobie napisał – „nagle zostaje producentem teatralnym”.

Wynajął więc reżysera i aktorów do pracy w Teatrze IMKA Tomasza Karolaka. Wynajął nawet Janinę Paradowską do napisania wstępu do programu. Niestety, zapomniał wynająć krytyków. Zrobił się kwas, bo przedstawienie się recenzenckiemu koleżeństwu nie spodobało – i to ani temu bardziej zachowawczemu, ani raczej postępowemu; ani feministycznemu, ani swobodnie puszczającemu seksistowskie teksty. Prawnik-celebryta się więc zirytował i zripostował, założywszy w tym celu blog w serwisie telewizyjnego dziennikarza-celebryty.

„Oto ja, biznesmen, przynoszę w darze sztukę dialogu” – obwieszcza. Nasz teatralny Prometeusz chwali się, komu to tej sztuki nie zaprezentował. Na długiej liście nazwisk, które wylicza z wyraźną ekscytacją, są nawet Michał Boni, Jan Krzysztof Bielecki i „Nika” Bochniarz. Niestety, wśród tych luminarzy polskiej „myśli politycznej i gospodarki”, jak pisze Fogelman, znalazły się też różne niewdzięczne dziennikarki, co najpierw zjadły podane przez mecenasa langusty, a potem o spektaklu napisały, że to przystawka do bankietu i odgrzewany kotlet z Broadwayu.

To uraziło pana Fogelmana, któremu mogę zatem – całkowicie za darmo! – udzielić porady, podzielić się z nim producenckim know-how w zakresie public relations. Inny teatralny antreprener – znany z roli pana Tadeusza, a w wywiadach porównujący się do Moliera – wyśmienicie poradził sobie z problemem krytyki. Do środowiskowej legendy przeszło zaproszenie, które dziennikarze otrzymali z jego prywatnego teatru: nie przewidywało ono obejrzenia przedstawienia, a jedynie wstęp na oklaski, podczas których można było fotografować występujące w Pałacu Kultury gwiazdy. A później nawet przeprowadzić z nimi wywiady. Nie zobaczą – nie skrytykują. Chyba.

Nie chcę być źle zrozumiany. Gdyby więcej ludzi przeznaczało swoje pieniądze na realizację tekstów teatralnych, które chcieliby zobaczyć na scenie, świat może byłby trochę lepszy. To wspaniałe, że mecenas zajmuje się mecenatem, zamiast wydać te parędziesiąt tysięcy na kokainę, nierząd bądź sprzęt myśliwski. Ta langusta jakoś mnie jednak gryzie. Nie tylko dlatego, że jako recenzent „Przekroju” – a nie „GW” czy „Polityki” – jej nie jadłem, bo na bankiecie nie byłem. I tak wolę karminadla, albo i schabowego. Rzecz w tym, że moje przaśne upodobania kulinarne są odwrotnie proporcjonalne do moich upodobań teatralnych.

Tego samego dnia co tekst mecenasa – news o Kulczyku. Dwadzieścia milionów przekazanych przez przedsiębiorcę rozwiązuje problemy z finansowaniem Muzeum Historii Żydów Polskich. I znów wspaniały gest, na który sobie ponarzekam. Grupa inwestycyjna Kulczyka ma siedzibę w Luksemburgu, uznawanym na tle Unii Europejskiej za raj podatkowy. Może jestem nudnym konserwatywnym etatystą, ale zdecydowanie wolałbym, żeby polski miliarder Jan Kulczyk odpowiednie miliony najpierw wpłacił polskiemu urzędowi skarbowemu, by potem spokojnie mogły one trafić do MHŻP. Tak się jednak nie dzieje.

Pan Kulczyk problemów z polskim fiskusem pozbywa się w Luksemburgu, pan Zdrojewski i pani Gronkiewicz-Waltz swojego problemu z Muzeum pozbywają się podpisem pana Kulczyka. I wszyscy są zadowoleni.

Szczególne powody do zadowolenia ma minister, ostatnio znacznie częściej niż w poprzedniej kadencji krytykowany z różnych stron. Że ACTA, że inercyjna polityka resortu, bezradna wobec intryg lokalnych samorządowców, że niedofinansowane teatry mają tylko na czynsz, a na granie – nie bardzo. A przecież, tłumaczy minister, nakłady na kulturę rosną. A jak zróżnicowane jest życie teatralne stolicy, o tym było już wyżej. Przede wszystkim zaś: dbamy o zabytki, wyremontowano nawet Arkady Kubickiego pod Zamkiem Królewskim – szczególny powód do dumy ministerstwa. Jak to nie ma pieniędzy? „To wszystko w murach”, drodzy państwo, „to wszystko w murach”. A że pensja minimalna w kulturze to wciąż 1050 zł? Cegły też można jeść.

Taki ze mnie dziś wujek dobra rada, że i na ten problem – mury kontra teatry – mam remedium. Moja propozycja ucieszy wszystkie partie, wiąże się bowiem ze zwiększeniem liczby resortów do obsadzenia. Rozdzielmy stanowiska „ministra kultury” i „ministra dziedzictwa narodowego”. Niech minister dziedzictwa narodowego pielęgnuje arkady i przecina wstęgi w kolejnych muzeach, niech jeździ na pola bitewnych rekonstrukcji, bawiąc się w obrońcę Pałacyku Michla bądź zdobywcę klasztoru na Monte Cassino. Niech polskie klasztory zdobywają na nim środki na renowacje krużganków i wirydarzy. A jak przy okazji sprawi, że narodowe dziedzictwo kinematograficzne, muzyczne, literackie stanie się dla narodu cyfrowo i nieodpłatnie dostępne, to da mu się Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Albo nawet i Virtuti Militari, za walkę z pancernymi zagonami prawa autorskiego.

A minister kultury? Niech dba, by pozostało po nas więcej niż odgrzewane kotlety z Broadwayu.

Felieton ukazał się na portalu e-teatr.

Bio

Witold Mrozek

| Krytyk teatralny, publicysta
Krytyk teatralny i publicysta. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wcześniej „Przekroju”. Studiował na MISH UJ.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.