Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Studia tylko dla bogatych? Jak polskie uczelnie zaniedbują społeczną funkcję

Niby nie wszyscy muszą studiować, gospodarka potrzebuje pracowników wykonawczych. Tylko że o tym, kto trafi do uboższej siły roboczej, nie decydują indywidualne wybory i predyspozycje, lecz systemowy przymus ekonomiczny.

Brama Główna do kampusu centralnego Uniwersytetu Warszawskiego, przy wejściu siedzą dwie rysunkowe postaci - jedna na wysokiej kupce monet, druga na niskiej
Walka

1

W oficjalnej narracji państwowej Polska jest krajem, w którym wyższe wykształcenie pozostaje bezpłatne i powszechnie dostępne. Konstytucja gwarantuje każdemu prawo do nauki, a studia na uczelniach publicznych mają dawać młodym ludziom szansę na rozwój niezależnie od pochodzenia i zamożności rodziców. Uniwersytet często przedstawia się jako miejsce, w którym liczą się przede wszystkim talent, pracowitość i wyniki, a zdobycie wykształcenia pozwala awansować społecznie.

Ten obraz ma niewiele wspólnego z doświadczeniami wielu młodych ludzi. Dostęp do prestiżowych kierunków i studiów stacjonarnych wciąż zależy nie tylko od wyników w nauce, lecz także od sytuacji materialnej rodziny. Brak czesnego nie oznacza przecież, że studiowanie nie kosztuje. Czynsz, jedzenie, transport i materiały dydaktyczne potrafią pochłonąć kilka tysięcy złotych miesięcznie. Osoby, których rodziców nie stać na pokrycie tych wydatków, muszą szukać pracy, wybierać studia niestacjonarne albo rezygnować z części możliwości edukacyjnych. Uczelnie publiczne formalnie pozostają otwarte dla wszystkich, ale nie wszyscy mają takie same warunki, by z tej oferty skorzystać.

Czytaj także Młodość na nieswoim. Studentów przybywa, miejsc w akademikach ubywa Piotr Wójcik

Mit wyrównywania szans i klasowy podział uniwersytetu

Wokół polskich nierówności narosło wiele kłamstw, głoszonych przez liberalnych ekonomistów i polityków powołujących się na przykład na niski współczynnik Giniego, wynoszący w Polsce 0,30 przy 0,29 dla państw UE. Pozwala to wyciszać dyskusję o strukturalnym wykluczeniu i potrzebie zmian. Tymczasem wskaźniki te, obarczone ograniczeniami metodologicznymi wynikającymi chociażby z badań ankietowych, mocno zaniżają rzeczywistą skalę rozwarstwienia dochodowego i majątkowego. Polska znajduje się na szarym końcu UE pod względem mobilności klasowej, a dzieci rodziców o niskim wykształceniu i niskich dochodach mają u nas znacznie mniejsze szanse na poprawę swojego losu niż dzieci w wielu innych państwach europejskich. Nie wynika to z braku ambicji czy predyspozycji, lecz z faktu, że państwo i uczelnie roztaczają wokół nich barierę ekonomiczną nie do przebicia.

Raport System pomocy materialnej dla studentów w Polsce pokazał, że aż 59,4 proc. studiujących na „elitarnych” kierunkach miało co najmniej jednego rodzica z wyższym wykształceniem. Na kierunkach nieselektywnych odsetek ten wynosił zaledwie 38,3 proc. Jeszcze wyraźniej widać tę różnicę, gdy przyjrzymy się studentom, których oboje rodzice ukończyli studia: stanowili oni 34,1 proc. badanych na kierunkach elitarnych, wobec 15,3 proc. na kierunkach nieselektywnych. Oznacza to, że osoby pochodzące z rodzin o większym kapitale edukacyjnym były na elitarnych kierunkach wyraźnie nadreprezentowane, a w pokoleniu dzisiejszych rodziców wyższe wykształcenie było znacznie mniej powszechne niż obecnie, co jeszcze mocniej podkreśla wymiar klasowy.

Różnice widać również w deklarowanej sytuacji materialnej rodzin. Na elitarnych uczelniach 55,5 proc. studentów oceniało ją jako dobrą, podczas gdy na uczelniach zawodowych typu PWSZ odsetek ten wynosił 42,8 proc. Złą sytuację finansową deklarowało odpowiednio 8,2 proc. i 12,1 proc. badanych. Dane te pokazują, że sytuacja materialna studentów elitarnych uczelni jest przeciętnie korzystniejsza. Formalnie otwarta rekrutacja nie usuwa więc nierówności, które kształtują się na długo przed złożeniem dokumentów na uczelnię.

Przy medianie zarobków oscylującej w granicach 5500 złotych netto oraz w obliczu faktu, że około jedna piąta pracujących obywateli otrzymuje płacę minimalną (3 605 złotych netto), wysłanie dziecka na studia dzienne do Warszawy, Krakowa czy Wrocławia przekracza możliwości finansowe przeciętnej polskiej rodziny. Związek Banków Polskich szacował średni miesięczny koszt utrzymania studenta w 2025 roku na między 3,5 tys., a 4 tys. złotych, a koszt ten wzrósł prawie dwukrotnie w ciągu ostatnich 6 lat. W efekcie młodzież z mniej zamożnych środowisk staje przed dramatycznym, wymuszonym klasowo wyborem. Choć zdolni uczniowie z uboższych rodzin posiadają wszelkie predyspozycje, by aplikować na najbardziej wymagające, prestiżowe kierunki stacjonarne, rezygnują z nich na starcie. Wiedzą, że rygorystyczny plan zajęć uniemożliwi im podjęcie pracy na pełen etat, bez której nie opłacą pokoju i wyżywienia. Zmuszeni są wybierać studia niestacjonarne, w gorszych placówkach, które są dodatkowo płatne, aby w ciągu tygodnia pracować.

W roku akademickim 2025/2026 liczba studentów niestacjonarnych w Polsce wzrosła do około 38,1 proc. i od dwóch lat kontynuuje tendencję rosnącą. To nie nagła zmiana preferencji, lecz przymus ekonomiczny. Równolegle ponad cztery piąte młodych ludzi w trakcie nauki deklaruje pracę zarobkową. Wielu z nich ostatecznie rezygnuje ze studiów pod ciężarem chronicznego zmęczenia, stresu oraz niemożności pogodzenia wymogów akademickich z pracą na zmianach. Prestiżowe studia dzienne stają się natomiast domeną dzieci z zamożnej klasy średniej, których rodzice bez trudu pokrywają rosnące rachunki, dając swoim dzieciom komfort skupienia się na nauce.

Czytaj także Czy studenci mają gdzie mieszkać? Spoiler: akademiki to za mało Kamil Trepka, Zuzanna Mielczarek

Historyczny regres: Od wsparcia PRL do kapitalistycznej obojętności

Obecny stan funkcji socjalnej akademii razi tym bardziej, gdy zestawimy go z ewolucją polskiego szkolnictwa wyższego ostatnich 100 lat. Choć uniwersytety w II Rzeczypospolitej miały charakter wyraziście elitarny, w okresie PRL (mimo wszelkich wypaczeń ówczesnego ustroju) wdrożono bezprecedensowy program masowej walki z nierównościami na uczelniach. Partii rządzącej chodziło wówczas o strukturalne wyciągnięcie talentów z klas dotąd zaniedbanych, czyli z chłopstwa i środowisk robotniczych. Zbudowano potężny system socjalny, który sprawił, że to właśnie w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstawała przeważająca większość polskich domów studenckich, rozbudowywano sieć tanich, dofinansowanych stołówek uniwersyteckich oraz stworzono nowy, masowy system stypendialny. Baza ta gwarantowała przeżycie w mieście uniwersyteckim osobom pozbawionym zaplecza finansowego.

Po transformacji ustrojowej z 1989 roku mechanicznie przekopiowano powierzchowne ramy prawne tego systemu, jednak całkowicie zaniechano jego dostosowywania do wymogów rynkowego kapitalizmu. Państwo przestało inwestować w nową infrastrukturę mieszkalną, stołówki akademickie oddano prywatnym ajentom, co wywindowało ceny posiłków do poziomów komercyjnych barów, a progi stypendialne wraz z ich wysokością zapomniano sensownie waloryzować. Studencka infrastruktura socjalna stała się niechcianym balastem dla budżetu uniwersytetów, a same akademiki zaczęto postrzegać nie jako publiczną usługę, lecz obiekty, które powinny na siebie zarabiać lub nawet generować zysk.

Systemowa przemoc: Stypendialna jałmużna i biurokratyczny tor przeszkód

Głównymi narzędziami, które teoretycznie miały chronić ubogich studentów, pozostają stypendia socjalne oraz miejsca w akademikach (w rzeczywistości oba te obszary dotknięte są głęboką patologią). System stypendialny w Polsce bardzo często jest konstruowany tak, jakby jego celem było nie niesienie pomocy, lecz maksymalne utrudnienie jej uzyskania. Progi dochodowe uprawniające do ubiegania się o stypendium socjalne pozostają drastycznie niedoszacowane. Bardzo często przekroczenie dochodu na osobę w rodzinie o symboliczną kwotę pozbawia studenta choćby złotówki wsparcia.

Zwykle oznacza to, że ze świadczeń wykluczana jest cała uboższa klasa pracująca. Aby otrzymać stypendium, trzeba legitymować się dochodem świadczącym o niemal skrajnej, urzędowej nędzy, lub pochodzić z wielodzietnej rodziny, aby zarobki rodziców dzieliły się przez wiele osób. Problemem jest nie tylko wysokość progów, lecz także sama procedura ubiegania się o wsparcie, która poraża uciążliwością. Biurokracja uniwersytecka wymaga dostarczania ogromnej liczby papierowych zaświadczeń, zeznań podatkowych i dokumentów z urzędów skarbowych oraz ZUS-u. Zmusza to młodych ludzi do wielokrotnego podróżowania przez pół kraju, by osobiście złożyć oryginały pism, nie uwzględniając przy tym nagłych wypadków losowych czy dynamicznych zmian sytuacji materialnej, na przykład otrzymania przez rodzica premii w pracy.

Co najbardziej bulwersujące, system ten zawiera luki, na których zyskują nie najubożsi, lecz dzieci przedsiębiorców oraz osób żyjących z kapitału. Dzięki kreatywnej księgowości, wykazywaniu straty w działalności gospodarczej lub unikaniu opodatkowania na zasadach ogólnych, zamożne rodziny potrafią formalnie wykazać dużo niższy dochód, niż mają w rzeczywistości, nawet zerowy. W rezultacie ich dzieci nierzadko mogą uzyskać wsparcie mimo lepszej sytuacji finansowej niż inni wnioskodawcy, np. dzieci robotników czy pracowników budżetówki zarabiających oficjalne pensje minimalne lub poniżej mediany zarobków.

Dodatkowo na uczelniach brakuje jakiejkolwiek profesjonalnej i niezależnej reprezentacji studentów uboższych. Samorządy studenckie zdominowane są przez osoby z wyższych warstw społecznych, karierowiczów politycznych lub studentów bojących się wchodzić w konflikt z władzami uczelni. Kwestie socjalne są spychane na margines, podczas gdy budżety uniwersyteckie traktują pomoc dla najuboższych jako wydatek trzeciorzędny.

Czytaj także Studenci okupują UW. „Zamiast studentami, staliśmy się klientami” Paulina Januszewska

Anatomia upadku na przykładzie Uniwersytetu Warszawskiego

Doskonałym przykładem tej systemowej obojętności jest Uniwersytet Warszawski, czyli uczelnia określająca się mianem największej i najlepszej w Polsce. To, jak w praktyce wygląda realizowanie funkcji społecznej przez stołeczną uczelnię, opisał opublikowany przez Studencką Inicjatywę Pracowniczą w 2024 roku raport zatytułowany Jak (nie) przeżyć na uczelni. Raport o akademikach Uniwersytetu Warszawskiego.

Raport wskazuje, że mimo stale rosnącego budżetu uniwersytet zapomniał o roli opiekuna socjalnego. Podaż miejsc w domach studenckich pokrywa zapotrzebowanie zaledwie około 7 proc. studentów, a baza noclegowa jest systematycznie zmniejszana. W 2007 roku uczelnia oferowała 3160 miejsc w akademikach, natomiast w 2023 roku liczba ta spadła do zaledwie 2352, co oznacza, że w ciągu kilkunastu lat skasowano ponad 800 łóżek przeznaczonych dla najuboższych.

Na siedem domów studenckich UW aż sześć zostało wybudowanych w głębokim PRL-u, a brak gruntownych modernizacji doprowadził je do złego stanu technicznego. Raport Inicjatywy Pracowniczej i sami reagujący na niego studenci mówią o obecności pleśni, grzyba, insektów, wadliwie działającej wentylacji oraz niesprawnego ogrzewania. Łazienki i kuchnie wspólne są opisywane jako obskurne, a wyposażenie pokojów nie spełnia jakichkolwiek standardów godnego życia.

Zamiast pomagać studentom radzić sobie z wysokimi cenami najmu w Warszawie, gdzie cena pokoju zaczyna się od 1,5 tys. złotych, a wynajem kawalerki sięga 3 tys. złotych, uczelnia traktuje akademiki jako źródło dodatkowego przychodu. Ceny za miejsce w wieloosobowym, zaniedbanym pokoju ustalono na poziomie kilkuset, a w niektórych przypadkach ponad tysiąca złotych. Zaniedbaniom mieszkaniowym towarzyszy katastrofa stypendialna, ponieważ w wyniku zaniechania waloryzacji progów dochodowych liczba wydawanych na Uniwersytecie Warszawskim stypendiów socjalnych spadła z 3744 do zaledwie 2032 w ciągu ośmiu lat.

Uniwersytet jako korporacja – wyzwanie na dziś

Sytuacja na stołecznej uczelni to jedynie soczewka, w której skupiają się grzechy całego polskiego szkolnictwa wyższego. Zamiast realizować swoją podstawową misję społeczną, jaką jest zacieranie różnic klasowych, budowanie kapitału społecznego i dawanie równego startu w życie, polska akademia przekształciła się w przedsiębiorstwo nastawione na parametryzację, prestiż rankingowy oraz obsługę młodzieży z zamożnych domów.

Jeśli państwo chce rzeczywiście wyrównywać szanse w dostępie do szkolnictwa wyższego, potrzebne są konkretne zmiany: ustawowa waloryzacja progów stypendialnych i powiązanie ich z realnym kosztem utrzymania w miastach wojewódzkich, państwowy program budowy i modernizacji akademików z gwarantowaną sztywną, niską ceną za miejsce, a także przywrócenie dofinansowywanych stołówek akademickich oferujących tani posiłek dla każdego studenta. Niezbędne jest również uszczelnienie weryfikacji dochodów, tak aby pomoc trafiała do faktycznie potrzebujących rodzin pracowniczych.

Dopóki studenci z mniej zamożnych rodzin będą musieli wybierać między wycieńczającą pracą fizyczną na nocnych zmianach a rezygnacją z marzeń o wykształceniu, mówienie o darmowych studiach i równości szans w Polsce pozostanie klasowym kłamstwem. Dostęp do nauki nie może być możliwością, z której łatwiej korzystają osoby utrzymywane przez zamożnych rodziców. Czas, by polskie uczelnie przestały zachowywać się jak komercyjne firmy i przywróciły uniwersytetowi jego fundamentalną, społeczną funkcję.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x