Syreny wyjące o czwartej nad ranem albo w środku dnia, gdy dzieci są w szkole, a dorośli w pracy. SMS-y z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa o zmasowanym ataku tuż przy granicy, które przychodzą niemal codziennie, ostatnio nawet kilka razy dziennie. Do tego alerty RCB o zagrożeniu atakiem z powietrza: w Chełmie, Lublinie, Puławach i mniejszych miejscowościach. Co robić? Gdzie się ukryć? Czy dziecko w szkole jest bezpieczne? Podobne pytania od wielu tygodni stanowią codzienność mieszkańców Lubelszczyzny czy Podkarpacia. Codzienność, której często nie rozumieją – a nawet nie potrafią sobie wyobrazić – mieszkańcy mazowieckiego, łódzkiego, małopolskiego czy dolnośląskiego.
– Siostra mieszkająca pod Wrocławiem ani brat z Torunia nie rozumieją mojego lęku, że dotrze do nas wojna. Są przekonani, że nic nam w Polsce nie grozi, nie trafia do nich, że przez czterdzieści minut siedziałam z dziećmi w łazience, bo wył alarm. Nie mogli pojąć, że 17 września, gdy syreny zawyły w środku dnia, w szkole moich dzieci była ewakuacja. Nie raz usłyszałam od znajomych, że przesadzam. A ja po prostu stosuję się do zasad, bo wiem, że nikt nie wysyła alertów czy nie włącza syren ot tak sobie – mówi Ewa, pedagożka z Lublina, mama trójki dzieci. Ustaliła z bliskimi miejsce zbiórki, tak na wszelki wypadek. W razie „W” mają się spotkać w domku letniskowym, czterdzieści kilometrów pod miastem.
Iwona, nauczycielka, też chce być odpowiedzialna, ale – jak mówi – ciągle ma wiele zastrzeżeń wobec systemu ostrzegania. – Alerty RCB nie zawsze dochodzą tak jak powinny. Jakiś czas temu nie dostałam SMS-a o ataku z powietrza, a wyły syreny. Albo SMS przyszedł, a syren nie było słychać. Innym razem byłam z mężem w domu, on dostał wiadomość z alertem, ja nie. Problem jest też w galeriach handlowych, gdzie gra muzyka i podczas alarmów ludzie jakby nigdy nic robią zakupy.
Polska na razie nie ma oficjalnej aplikacji ostrzegającej przed zagrożeniami z powietrza. W Ukrainie osoby, które mają taką aplikację w telefonie, w razie alarmu słyszą głośny, intensywny dźwięk. Piotr Kukier, urzędnik z Lublina, opracował własną, nieoficjalną aplikację, która działa podobnie. Jest dostępna na stronie Straznik.eu. Pokazuje na mapach loty dronów i rakiet, emituje sygnały alarmowe i informuje o potencjalnym zagrożeniu.
– Korzystam z niej na co dzień. Bardzo dobre narzędzie, każdego obudzi – mówi policjant, który prosi o anonimowość. – Skoro państwo na razie nie do końca zdaje egzamin, trzeba sobie jakoś radzić. O aplikacji dowiedziałem się od kolegów.
Piotr Kukier stworzył aplikację po wydarzeniach z końca sierpnia, gdy około czwartej nad ranem w Lublinie wyły syreny, a on ich nie usłyszał. Nie chciał, by taka sytuacja się powtórzyła. Zależało mu na tym, żeby wiedzieć, kiedy zagrożenie jest realne i trzeba szukać schronienia. Udostępnił aplikację innym, bo – jak mówi – wiele osób czekało na takie rozwiązanie. Narzędzie korzysta wyłącznie z oficjalnych źródeł informacji.
Dariusz Krzysztofik, zastępca dyrektora Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miasta Lublin, przez wiele lat był żołnierzem, dowódcą ze specjalizacją z budowy i eksploatacji przeciwlotniczych rakiet bliskiego zasięgu. Jest też weteranem wojny w Iraku. Dziś szkoli innych z obrony cywilnej i ochrony ludności. Jak mówi, żeby nie wpaść w panikę, gdy zawyją syreny, trzeba się wcześniej przygotować. Przede wszystkim wiedzieć, gdzie można się ukryć.
– Nie chodzi o to, by w chwili zagrożenia na szybko szukać schronu. W alertach RCB nie ma zresztą mowy o schronach, ale o bezpiecznym miejscu. Może nim być podziemny parking pod blokiem czy galerią handlową, łazienka w domu albo inne pomieszczenie, w którym są dwie ściany bez okien. Ważne, by podczas alarmu nie przebywać na otwartej przestrzeni, nie jechać samochodem czy autobusem. Jeśli akurat podróżujemy, powinniśmy wysiąść i ukryć się w pobliskim budynku – tłumaczy.
Dodaje, że galerie handlowe powinny reagować na alarmy. Dlatego urzędnicy spotykają się z zarządcami takich obiektów, by ustalić zasady postępowania.
– W chwili alarmu przez głośniki powinien być nadany komunikat, by klienci udali się na parking podziemny lub w inne miejsce wskazane przez pracowników. Głośniki są chyba w każdym sklepie, bo zazwyczaj leci z nich muzyka, więc nie powinno być z tym problemu – mówi.
Alerty RCB: mieszkańcy Lublina uczą się reagować
Miasto od wielu tygodni organizuje też spotkania w dzielnicach. Chodzi o szkolenia z tego, jak zachować się po otrzymaniu alertu RCB.
– Bywało, że nas, szkolących i dziennikarzy, było więcej niż uczestników. Ale to się zmieniło – mówi Dariusz Krzysztofik.
Na ostatnie spotkanie w lubelskiej dzielnicy Czuby, zorganizowane dzień po tym, jak zawyły syreny, przyszło ponad 250 osób. – Rozmawialiśmy o tym, jak się zachować, co jest najważniejsze dla naszego bezpieczeństwa, czym jest bezpieczne miejsce ukrycia, co warto mieć w domu i jak przygotować się na kryzys – dodaje.
Podobne spotkania będą się odbywać w kolejnych dzielnicach. 29 października zaplanowano szkolenie – dla osób niesłyszących i niedosłyszących. Na miejscu ma być tłumacz języka migowego i pętla indukcyjna.
Dariusz Krzysztofik tłumaczy, że obecnie mieszkańcy otrzymują trzy rodzaje alertów RCB.
– Pierwszy informuje, że w Ukrainie coś się dzieje i może to mieć wpływ na nasze bezpieczeństwo. Drugi, że poderwano polskie lotnictwo, a samoloty operują wzdłuż granicy. Dla nas, mieszkańców Lubelszczyzny, oznacza to, że ataki zbliżają się do zachodniej Ukrainy, w pobliże polskiej granicy. Dopiero trzeci alert, informujący o zagrożeniu z powietrza, oznacza realne niebezpieczeństwo. Na przykład gdy dron czy rakieta spada kilometr lub dwa od polskiej granicy, jak ostatnio pod Dorohuskiem, po stronie ukraińskiej – tłumaczy.
Alerty RCB i syreny alarmowe porównuje do ubezpieczenia samochodu.
– Nikt nie zakłada, że będzie miał wypadek, ale wykupuje OC czy AC, by mieć zabezpieczenie, gdyby coś się wydarzyło. Podobnie jest z alarmami. My ostrzegamy, ale nikogo nie zmusimy, by zszedł z otwartej przestrzeni czy udał się na podziemny parking. Każdy odpowiada za siebie i swoich najbliższych – dodaje Krzysztofik.
Nie wszyscy reagują na alerty i wyjące syreny
Podobnego zdania jest Anna Dąbrowska, prezeska lubelskiego stowarzyszenia Homo Faber, które od ponad 20 lat działa na rzecz uchodźców i migrantów. To m.in. dzięki jej zaangażowaniu i współpracy z miastem już pierwszego dnia pełnoskalowej wojny w Ukrainie powstał Lubelski Społeczny Komitet Pomocy Ukrainie. Wolontariusze pomagali uchodźcom znaleźć mieszkanie, zorganizować transport do innych miast, naukę polskiego i załatwić wiele innych spraw. Homo Faber robi to zresztą do dziś, w Baobabie, centrum integracyjnym dla Polaków i cudzoziemców przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Odbywają się tam zajęcia dla dzieci i dorosłych, można też uzyskać pomoc m.in. w sprawach urzędowych.
Jak w Baobabie zareagowano na syreny alarmowe, które zawyły w ciągu dnia?
– Przeprowadziliśmy ewakuację zgodnie z zaleceniami rządowymi, opisanymi m.in. w Poradniku bezpieczeństwa. Były u nas osoby, które nie chciały się dostosować, mówiły, że jesteśmy przeczuleni. Musiały opuścić budynek, bo nie możemy brać odpowiedzialności za tych, którzy bagatelizują zagrożenie – mówi Anna Dąbrowska. Dodaje, że miejscem schronienia w Baobabie jest piwnica, którą obecnie przygotowują na wypadek kolejnych alarmów.
Jak dodaje, spora część z nas wciąż odsuwa od siebie myśl, że może nam coś grozić, że np. w Lublinie mogłoby dojść do ataku z powietrza.
– Czasami słyszę, że to „nie do wiary”. Tylko że to nie jest kwestia wiary, ale faktów. Blisko naszej granicy trwa brutalna wojna, spadają drony i rakiety, giną ludzie, a coraz częściej alarmy są również u nas, bo zagrożenie rośnie. Są określone procedury na takie sytuacje i trzeba się do nich stosować. To nie jest czas na dyskusje, czy alarmy mają sens. Dlatego tak ważne jest, by przeczytać Poradnik bezpieczeństwa. Część z nas łudzi się, że jeśli go nie otworzy, to nic się nie wydarzy. To tak nie działa – mówi Anna Dąbrowska.
Przyznaje jednak, że rozumie emocje ludzi. Jak słyszała od przyjaciół z Ukrainy, przed wybuchem pełnoskalowej wojny było tam podobnie.
– Część społeczeństwa też wypierała możliwość, że dojdzie do wojny, że pojawią się czołgi i będą latać rakiety – mówi.
Dodaje, że ukraińskie rodziny, w tym dzieci mieszkające w Lublinie, boją się tego, co może się wydarzyć w Polsce. Niepokoją je syreny alarmowe.
– Kiedy 17 września zawyły syreny, na placu Litewskim trwały uroczystości rocznicowe z udziałem m.in. młodzieży ze szkół mundurowych. Nie przerwano ich, nie wdrożono procedur. My w Baobabie siedzieliśmy w piwnicy, a uroczystości trwały. W dodatku oddano salwę honorową. Rozumiesz? Wyją syreny, jest zagrożenie atakiem z powietrza, a my słyszymy wystrzały. Jak odebrali to Ukraińcy, którzy byli wtedy z nami w piwnicy? Chyba nikomu nie muszę tego tłumaczyć – dodaje prezeska Homo Faber.
Niepokoi ją, że osoby, które stosują się do procedur, są wyśmiewane, m.in. w internecie.
– Słyszę i czytam, że włączając syreny narażamy dzieci na panikę, osoby starsze na stres, że wywołujemy niepotrzebną histerię. Że wszystkiemu winni są Ukraińcy, bo chcą nas wciągnąć w wojnę. Przeraża mnie to. Dzieci w Ukrainie każdego dnia i każdej nocy słyszą syreny, są ewakuowane, siedzą w schronach, tam się uczą i zasypiają. I tak od ponad czterech lat. To nie Ukraina jest winna alarmów w Polsce. Drony nie dolatują do nas także dlatego, że działa ukraińska obrona przeciwlotnicza. Naszym zadaniem jest dementowanie tych bzdur, ale też skończenie z chojrakowaniem. Każdy ma coś do zrobienia. Odporność społeczna to wiedza, umiejętności, współpraca i wzajemne zaufanie. Bez tego sobie nie poradzimy – podsumowuje Anna Dąbrowska.
Od pracowników po studentów. Rośnie zainteresowanie szkoleniami
Coraz częstsze alarmy i SMS-y o zagrożeniu atakiem z powietrza sprawiły, że wzrosło zainteresowanie szkoleniami obronnymi organizowanymi przez Wojska Obrony Terytorialnej. Jak informuje kapitan Marta Gaborek, oficer prasowa 2 Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej, coraz więcej pracodawców zgłasza chęć udziału w bezpłatnych szkoleniach w ramach inicjatywy #wGotowości. Listy na październik i listopad są już niemal pełne.
Pracodawcy mogą wskazać tematy, które najbardziej ich interesują, a zakres i organizację zajęć uzgadniają z WOT.
– Szkolenia mogą obejmować m.in. bezpieczeństwo i reagowanie w sytuacjach kryzysowych, pierwszą pomoc, przygotowanie do ewakuacji, survival czy cyberbezpieczeństwo – wylicza Gaborek.
W takich zajęciach wzięło udział m.in. ponad stu pracowników Urzędu Statystycznego w Lublinie.
– Sami się zgłaszali, zainteresowanie było bardzo duże. Uczyliśmy się pierwszej pomocy, każdy mógł przećwiczyć swoje umiejętności. Były też zajęcia o tym, jak nie dać się dezinformacji – mówi Sławomir Dziaduch, jeden z uczestników.
Zgłaszają się też prywatne firmy, m.in. biuro rachunkowe z Lublina, w którym przeszkolono 17 osób.
– Zależało nam na podstawach bezpieczeństwa, w tym na przygotowaniu plecaka ewakuacyjnego i pierwszej pomocy. To wiedza, która może się przydać nie tylko w pracy, ale też w domu czy w podróży, wszędzie tam, gdzie trzeba szybko i właściwie zareagować. Chcieliśmy, by nasi pracownicy mieli możliwość udziału w takim szkoleniu, bo nie wiemy, co się wydarzy – mówi pan Marcin, współwłaściciel firmy.
W szkoleniach uczestniczyli już także pracownicy Urzędu Marszałkowskiego, sądów, prokuratury i wielu innych instytucji oraz prywatnych firm.
Swoją lekcję odrabiają też szkoły. Gdy 17 września zawyły syreny, większość lubelskich placówek zastosowała się do procedur i przeprowadziła ewakuację. Ale nie wszędzie przebiegła ona prawidłowo. W niektórych szkołach wyprowadzono dzieci na boisko, co w przypadku zagrożenia atakiem z powietrza jest podstawowym błędem. Takie postępowanie jest właściwe np. podczas pożaru, ale nie podczas alarmu lotniczego, gdy należy pozostać w budynku. Były też placówki, które po otrzymaniu alertu wysłały do rodziców SMS-y z apelem, by jak najszybciej odebrali dzieci.
– Tak nie można. To nie jest moment na wzywanie rodziców, bo liczy się każda minuta. W takiej sytuacji szkoła ma zapewnić dzieciom bezpieczeństwo, opanować emocje i zapanować nad sytuacją. Nie ma czasu na czekanie na rodziców – podkreślają miejscy urzędnicy.
Po wydarzeniach z 17 września Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przygotowały jednolite wytyczne dla szkół i przedszkoli na wypadek alarmu i zagrożenia atakiem z powietrza. Określono w nich m.in. zasady organizacji miejsc schronienia, zadania dyrektorów i pracowników oraz sposób informowania rodziców. Są też szczegółowe instrukcje dotyczące wyposażenia takich miejsc w latarki, radio, wodę, apteczkę, środki higieny czy koce.
Na kolejne alarmy przygotowują się też lubelskie uczelnie. Katolicki Uniwersytet Lubelski zorganizował specjalne szkolenia dla studentów pierwszego roku. Chodzi zwłaszcza o osoby z innych regionów Polski, które po otrzymaniu alertów RCB bardzo się bały. Podczas warsztatów dowiadują się, co oznaczają poszczególne sygnały alarmowe, czy każdy alert wymaga ewakuacji i jak chronić się przed dezinformacją.
– Dwa dni po moim przyjeździe do Lublina na studia zawyły syreny. Byłam akurat w mieszkaniu. Pochodzę z Małopolski, nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Bardzo się wystraszyłam, nie wiedziałam, co robić. Od razu zadzwoniłam do rodziców, którzy starali się mnie uspokoić. Dziś już wiem, że w takiej sytuacji powinnam zejść na podziemny parking. Takie szkolenia są bardzo potrzebne – mówi Julia, która właśnie rozpoczęła studia na biotechnologii.
Uczelnia uruchomiła też wsparcie psychologiczne dla studentów.
– Zainteresowanie jest bardzo duże, terminy szybko się wyczerpują. Chodzi nam o to, by pomóc osobom, które odczuwają lęk. Żeby wiedziały, jak się zachować, co robić, jak poradzić sobie np. z atakiem paniki – mówi Paweł Robak, pełnomocnik rektora KUL.
Lubelskie szkoły szykują miejsca schronienia
– Rozmawiamy z nauczycielami, zorganizowaliśmy radę pedagogiczną, bo chodzi o to, by podczas ewentualnej ewakuacji zachować spokój. Także wśród nauczycielek i nauczycieli. Gdy wyją syreny, martwią się również o własne dzieci, które są w innych szkołach czy przedszkolach. Dlatego kluczowe jest przećwiczenie procedur, by wiedzieć, jak szybko i bez paniki zejść do miejsca ukrycia – mówi Krzysztof Szulej, dyrektor Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 4 w Lublinie.
W Szkole Podstawowej nr 38 w Lublinie przygotowania są jeszcze bardziej zaawansowane. Po ewakuacji 17 września dyrektorka Teresa Hamryszczak zdecydowała o zabezpieczeniu okien w szatni na poziomie -1 specjalną folią przeciwodłamkową.
– Widziałam na filmach, jak taka folia zabezpiecza szybę przed rozbiciem i chroni przed odłamkami, które podczas wybuchu mogłyby zranić dzieci. Zabezpieczyliśmy nią wszystkie okna. Na poziomie szatni przygotowaliśmy też pomieszczenia dla młodszych dzieci, z zabawkami, klockami i materacami. Mamy pokój socjalny z lodówką i mikrofalówką, a także zapas wody butelkowanej z długim terminem ważności, którą dostarczyli rodzice. Są też kolorowe kanapy z palet, zbieramy karimaty. Wszystko na wszelki wypadek. Wierzę, że żadnej wojny nie będzie. Ale lepiej, żeby to wszystko nigdy nam się nie przydało, niż żebyśmy nie byli przygotowani – mówi Teresa Hamryszczak.

**
Projekt sfinansowany przez Fundację PKO Banku Polskiego.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!