Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kapitalizm i konserwatyzm są sprawcami przemocy wobec dzieci

5 października zainaugurowana została trzecia edycja kampanii społecznej Dzieciństwo bez Przemocy. Trzy dni później przez kraj przetoczyła się seria informacji i alarmów o nastolatkach planujących zamachy w swoich szkołach.

Kontekst

🔴 5 października ruszyła kolejna edycja kampanii Dzieciństwo bez Przemocy, która ma zwiększać świadomość społeczną i przeciwdziałać przemocy wobec dzieci.

🔪 7 i 8 października w Ostrołęce i Leszczydole-Nowinach doszło do ataków w szkołach: w pierwszym rannych zostało dziewięć osób, a w drugim zginęła 37-letnia pracownica placówki, zaatakowana przez 15-latka.

👮 W piątek niemal policja skontrolowała 35 tys. szkół i zatrzymała 59 osób w związku ze sprawą i powiązanymi zagrożeniami.

Serce

1

Gdy piszę ten tekst, zaplanowany jako relacja z inauguracji kampanii społecznej w budynku Sejmu, kraj zanurzony jest w panicznej reakcji, której winni są politycy obradujący w tym samym Sejmie, wykorzystujący tragedię dzieci do ataków na oponentów, oraz sprzyjające im media. Młodzież szkolna ani przez chwile nie zostaje dostrzeżona jako podmiot sytuacji. Najlepsze co się jej oferuje, to pozostanie w domach i siedzenie godzinami na aplikacjach rozsiewających plotki, strach i jeszcze więcej przemocy.

Jaskrawa czerwień Sali Kolumnowej

Kampania Dzieciństwo bez Przemocy została stworzona i jest koordynowana przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, mającą 35-letnie doświadczenie w budowaniu świadomości społecznej wrażliwej na krzywdę najmłodszych. Organizatorowi towarzyszy koalicja dwudziestu jeden organizacji partnerskich z całego kraju. Do 19 listopada wraz ze wszystkimi chętnymi do współpracy instytucjami, firmami i osobami prywatnymi przeprowadzą niemal 4 tysiące inicjatyw edukacyjnych, by zwieńczyć wszystko aktem oświetlenia rozmaitych budynków na jaskrawy, czerwony kolor.

Identyfikacja wizualna kampanii wyraźnie zaznaczyła obecność kampanierów i kampanierek w Sali Kolumnowej Sejmu. Zaskoczeniem mogło być to, że wśród nich znalazło się wielu mężczyzn. Na sali wyróżniało się również pięć osób w mundurach policyjnych – to spore przedstawicielstwo, w dodatku złożone z wysokich stopniem funkcjonariuszek i funkcjonariuszy.

Wystąpienia prezeski Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę Marty Skierkowskiej oraz liderki bieżącej kampanii Renaty Szredzińskiej, które rozpoczęły spotkanie, pokazywały pozytywną tendencję: wg przytoczonego przez nie badania, w ostatnich 20 latach akceptacja Polaków i Polek dla stosowania kar fizycznych spadła o 30 proc. Oznacza to jednak, że wciąż dopuszcza je 33 proc. dorosłych. Trudno o optymizm, gdy ⅓ polskiego społeczeństwa w 2026 roku nadal uważa, że dzieci można dyscyplinować, używając wobec nich przemocy fizycznej.

Bicie to tylko jeden z problemów. Według tego samego badania 79 proc. osób w Polsce uważa, że dopuszczalny jest krzyk. Koordynatorki akcji postawiły sobie za zadanie, by uświadomić społeczeństwo, że on również jego formą przemocy, podobnie jak ignorowanie i krytykowanie oraz bycie biernym świadkiem przemocy względem innej osoby.

Jak nie psuć dobrego nastroju rodzicom

Holistyczna antyprzemocowość jest postawą ideologiczną, którą szczerze wspieram, tyle tylko, że to ogólnospołeczne podejście nie korespondowało mi na początku z przytaczanymi przez kampanierów i kampanierki problemami. Mowa była niemal wyłącznie o przemocy, której dzieci doświadczają w ramach własnej rodziny – a jednak słowo „rodzina” nie pojawiło się ani razu.

Wyjaśnienie pojawiło się w trzecim wystąpieniu, gdy głos zabrał koordynator internetowej odsłony kampanii. Jej autorzy i autorki celowo nie powołują się na kategorie rodziny, by nie stygmatyzować rodziców. Łukasz Wojtasik argumentował, że komunikaty starają się wskazywać się na poczucie bezsilności lub przeciążenie rodziców. W kampanii mówi się więc to, co chcą usłyszeć przemocowi rodzice – może w związku z tym otworzą się na współpracę.

Czytaj także Czy młodzież ma prawo do wolności sumienia? [rozmowa] Katarzyna Przyborska

Trudno jednak nie dostrzec w tym innej rzeczy: nie odwołując się bezpośrednio do instytucji rodziny, nie drażnimy Kościoła katolickiego i powiązanych z nim konserwatywnych agentów społecznych. To rodzaj kontrolowanej kapitulacji. Gdy rodzina jest „święta”, tworzymy ideologiczne pole minowe albo wręcz oczywistą pułapkę, dzięki której konserwatyści mogą przechwycić i użyć do swoich celów każdy sformułowany przez postępowców przekaz.

Ta ostrożność wynika z pewnością w doświadczenia Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę w pracy w toksycznym środowisku, jakim jest katolickie polskie społeczeństwo. Jeśli w Polsce i krajach takich jak Węgry chce się cokolwiek zdziałać w kwestii rodziny, należy zawsze dać diabłu (czyli księżom) ogarek i jakoś go udobruchać.

Episkopat ze swoim logo został więc uwzględniony w grupie organizacji partnerskich. To asekuracyjny gest i gorzka pigułka, jaką muszą przełknąć wszyscy aktywiści pragnący coś osiągnąć w kwestii ochrony dzieci przed przemocą. Muszą wpuścić wilka na zebranie poświęcone ochronie owiec, żeby mógł się przyglądać, czy ktoś tam nie spróbuje przypomnieć o jego przewinach i wyegzekwować choćby minimum symbolicznej odpowiedzialności.

Żarłoczność Kościoła nie ma granic

Tej strategii przyglądam przez pryzmat osobistej perspektywy, która jest jednoznaczna: złudzeniem jest, że można się w ten sposób zabezpieczyć na poczet przyszłych rozstrzygnięć politycznych. Kościół katolicki jest żarłoczną bestią, której apetyt jest niezaspokojony. W sprzyjającym momencie, takim jak niedawne rządy prawicy, kler weźmie wszystko i nie będzie się oglądać na to, czy ktoś był mu kiedyś przychylny.

Czytaj także „Kościół katolicki takich ustaw nie uzna”. Bez poparcia biskupów nie da się rządzić Polską Robert Herzyk

Ujawnienie strukturalnej pedofili Kościoła, m.in. w filmach braci Sekielskich, przeraziło elity polityczne na tyle, że proces dalszych śledztw został wyhamowany do zera. Gdyby przeprowadzono go tak jak w Irlandii, Niemczech, USA czy Francji i podano do publicznej informacji idące niechybnie w tysiące liczby ofiar seksualnych napaści księży, etyczny filar organizacji rozpadłby się w proch. Żadna z obecnych dzisiaj w parlamencie sił politycznych nie chce się na to poważyć, bo konsekwencje są dalece nieprzewidywalne. Krzywda dzieci i krzywda dorosłych już dzieci-ofiar będzie trwać, bo taki jest konsensus.

Jednak uznanie uprzywilejowanej względem organów ścigania, systemu publicznej edukacji i ochrony zdrowia pozycji Kościoła katolickiego nie sprawia, że pozwoli on na swobodę pracy w dziedzinie zapobiegania przemocy wobec nieletnich. Kontynuowanie uznawania tego przywileju sprawia, że niezależnie od wykonanej pracy konserwatyści, zawsze, gdy poczują, że ich wątpliwy autorytet, a przede wszystkim finanse i pozycja władzy są zagrożone, mogą zniweczyć te delikatnie tkane procesy społeczne.

Kościół katolicki ma jedno, proste i skuteczne narzędzie, zjednujące mu te 33 proc. zwolenników bicia i 80 proc. akceptujących darcie na dziecko mordy. Mówi: to niczyja sprawa, jak wychowujesz dziecko, dopóki jesteś chrześcijaninem i wychowujesz je w wierze. Trzymaj się nas, a my rozgrzeszymy cię z pozycji tradycyjnych wartości. To nie przemoc, to tradycja.

Czytaj także Zdecydujcie się: albo dobro dzieci, albo fajnokatolicyzm Paulina Januszewska

Zmiany legislacyjne, które wskazywałyby na miejsce Kościoła katolickiego w systemie przeciwdziałania przemocy wobec dzieci, powinny podążać w kierunku nowego rygoru,  zabraniającemu duchownym katolickim przebywania w towarzystwie nieletnich bez nadzoru asystenta społecznego. Kościół powinien także płacić za używanie publicznej infrastruktury do swoich celów propagandowych – czyli być rozliczany za wynajem sal w szkołach.

Podstępny jeździec apokalipsy

Drugim powszechnie akceptowanym sprawcą przemocy wobec polskich dzieci jest kapitalizm. To o tym potworze z szafy mówimy, gdy wskazujemy na alienację, zmęczenie, rozkojarzenie czy bezsilność rodziców. Świetne kampanijne spoty i grafiki zwracają na to uwagę, pokazując dziecko ignorowane przez rodziców zapatrzonych w telefony i rozmawiających o nowym aucie, domu, ubraniach i pieniądzach w ogóle.

Podczas startu kampanii była też mowa o pustej lodówce jako o formie krzywdzenia. Kampania słusznie dostrzega przemoc w zaniedbaniu ekonomicznym. Rewolucja 500+ otworzyła Polskę na rozmowę o strukturalnym problemie nierówności oraz redystrybucji – i trzeba ten moment dziejowy dobrze wykorzystać.

O ile w przypadku ideologii konserwatywnej łatwo jest wskazać, że głównym transmiterem przemocowych postaw jest jedna, powszechna i apostolska instytucja, to identyfikacja toksycznych aktorów kapitalizmu wymaga perspektywy, która jest bardzo trudna do osiągnięcia i wymaga ćwiczeń. Nie mam złudzeń, że jakakolwiek organizacja społeczna jest w stanie obecnie stawić czoła kapitalistycznemu molochowi. Ale jego namierzenie jako wroga może posłużyć za inspirację. Zresztą zgromadzonym na sali prelegentom i prelegentkom nie brakowało śmiałych pomysłów.

Szczególnie wyróżniały się lewicowe polityczki – Magdalena Biejat, Katarzyna Kotula czy Paulina Piechna-Więckiewicz – które opowiadały o systemie inicjatyw, w praktyce prowadzących do powstania parasola obejmującego każde dziecko. Byłaby to instytucjonalna ochrona bazująca na systemie przekazywania informacji pomiędzy rejestrami placówek ochrony zdrowia, przedszkoli, szkół, opieki społecznej i policji.

To nic więcej jak postulowanie stworzenia polskiej wersji norweskiej instytucji zwanej Barnevernet – urzędu ochrony praw dziecka. Tyle tylko, że na hasło Barnevernet polska prawica każdorazowo dostaje wścieklizny. Polscy imigranci w Norwegii od lat ślą skargi do polskich konsulatów, biura Rzecznika Praw Obywatelskich, Ministerstwa Sprawiedliwości, bezpośrednio do posłów i senatorów, mediów i gdzie tylko się da, prosząc o interwencje w sprawie „odbierania” im dzieci – na przykład za klapsy i krzyki.

Polscy imigranci w Norwegii są tam obcy kulturowo z powodu swojego katolickiego konserwatyzmu, któremu nikt nie pobłaża i który jest traktowany na równi z każdym innym fanatyzmem religijnym. Tradycyjni, biali, polscy rodzice w Norwegii nie mają pojęcia, o co chodzi i są przekonani, że ktoś chce im dzieci odebrać. Nie rozumieją, że wspólnotowe społeczeństwo norweskie chce ich wychować do wychowania. Dlatego propozycje polityczek Lewicy, wsparte zresztą głosem przedstawiciela policji są bardzo śmiałe – ale ich skuteczność nie może być podważana u podstaw prawami „surowych ojców”.

Seks wyklęty jak rodzina

Wspomniałem już o obecności przedstawicieli policji na debacie. Nadinspektor Roman Kuster wniósł przede wszystkim temat przemocy rówieśniczej, który niespodziewanie nabrał dramatycznego znaczenia, gdy polskie szkoły zostały sterroryzowane przez nastolatków-nożowników. Zaledwie trzy dni po tym, jak drugi najważniejszy policjant w kraju opowiadał o tym, jak dzieci tworzą kontekst przemocy, wykluczając się wzajemnie, stosując grupową opresję, wyśmiewanie, wyszydzanie i lincz, bezpośrednio, ale przede wszystkim przy pomocy technologii, czyli czatów, forów i AI – usłyszeliśmy o atakach, które już na pierwszy rzut oka wydają się realizować schematy przytoczone przez Kustera.

Nie mogę otrząsnąć się z wrażenia prostej, wygłoszonej z mównicy w Sali Kolumnowej konstatacji, że za sprawą komunikatorów przemoc nie kończy się w szkole, tylko przynoszona jest do domu i trwa całą dobę. Możesz patrzeć na swoje dziecko, siedzące na kanapie z telefonem w ręku, i nie zdawać sobie kompletnie sprawy z tego, że walczy ono właśnie w swoje życie, odpierając grupowy atak. Moja córka doświadczyła tego trzy razy w trzech różnych szkołach, chociaż akurat nie w Polsce – bo to oczywiście problem cywilizacyjny, a nie lokalny.

Gdy dodać do tego porażająco szczerą relację komendanta z codzienności pracy policjantów, reagujących na wezwania do prób samobójczych dzieci i młodzieży, to trudno się dziwić, że w szkołach doszło do wydarzeń z końcówki ubiegłego tygodnia. Była to kwestia czasu.  

Czytaj także Wiara jest uzależnieniem Bartosz Żurawiecki

W związku z przemocą rówieśniczą chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: dorośli, światli i zaangażowani ludzie w tym kraju boją się słowa seks. Nie umieją i nie chcą go używać. Podczas trzygodzinnych obrad słowo przemoc seksualna padło zaledwie kilkukrotnie. Najchętniej zagadnienie chowane było za takimi pojęciami, jak deepfake, „przerabianie zdjęć” lub przemoc w sieci, co sprawiało wrażenie bezradności i miałkości.

Wiem, że nie wypada mówić o seksie, gdy na ścianie wisi jakaś zmyślona pseudorelikwia Świętego Dębu z równie fikcyjnego wydarzenia znanego jako „chrzest Polski”, uzupełniana wielką tablicą z papieżem i prymasem. Jednak dzień przed konferencją w Wielkiej Brytanii The Guardian opublikował raport mówiący, że każdego dnia, na terenie Anglii dochodzi średnio do pięciu ataków na tle seksualnym, skierowanych wobec dzieci poniżej 13 roku życia. Podobnie jak w przypadku liczb ofiar księży katolickich, nie ma powodów, by przypuszczać, że statystyki w Polsce różnią się istotnie od tych z innych krajów Europy.

Uświadamianie, że przemoc to nie tylko bicie, a atak na tle seksualnym to nie tylko porwanie do czarnej Wołgi i gwałt, nie będzie możliwe bez pozbycia się tego rodzaju autocenzury. Nie wiem czy pamiętacie – a pewnie nie, bo nie chcecie – ale za czasów mojej podstawówki istniał zwyczaj, żeby strzelać dziewczynkom ze stanika. To przemoc seksualna. Jeśli nie umie się tego zidentyfikować i nazwać z powodu wstydu lub lęku przed Episkopatem, wszystkie kampanie społeczne mogą ogłosić kapitulację już na starcie.

Nic o nich bez nich

Być może nam, dorosłym, łatwiej byłoby obradować, gdyby otworzyć się na to, co mają do powiedzenia sami zainteresowani. Paulina Piechna-Więckiewicz opowiadała o tym, że dzieci i młodzież są najbardziej marginalizowaną, pozbawianą podmiotowości grupą społeczną, że można o nich powiedzieć wszystko, nie słuchając ich wcale. Mówiła to do sali, na której nie było ani jednego dziecka.

Nie sposób nie wspomnieć także, że rodzenie dzieci pod przymusem raczej nie wpływa dobrze na tendencje antyprzemocowe, dlatego zmiana drakońskiego prawa antyaborcyjnego powinna być oczywistą częścią takich kampanii.

Mimo to nie mam wątpliwości, że kampania Dzieciństwo bez Przemocy to bardzo potrzebna inicjatywa. Jeśli mamy szansę mówić o przemocy wobec dzieci w budynku, w którym stanowi się prawo, to należy nazywać rzeczy po imieniu. I nie tracić energii na oswajanie przemocowców, którzy od 35 lat nie mogą dojrzeć do postaw motywowanych elementarną wrażliwością na krzywdę bezbronnych.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x