Na początku lutego 2025 roku Donald Trump podpisał dekret nakładający sankcje na Międzynarodowy Trybunał Karny. Powodem były działania Trybunału wobec Stanów Zjednoczonych i Izraela, a przede wszystkim wystawione kilka miesięcy wcześniej nakazy aresztowania premiera Izraela Benjamina Netanjahu i byłego ministra obrony Joawa Galanta w związku z podejrzeniem popełnienia zbrodni wojennych w Strefie Gazy.
Sankcje Trumpa objęły między innymi prokuratora Trybunału Karima Khana. Według doniesień Associated Press Khan stracił dostęp nie tylko do kont bankowych, ale nawet do służbowej skrzynki Microsoftu, przez co przeniósł się na szwajcarskiego Protona.
Współzależność jako broń
Microsoft zaprzeczał, jakoby sam odciął prokuratorowi pocztę, i zwalał odpowiedzialność na Trybunał. Na początku 2026 roku holenderska prasa podała jednak, że firma wyraźnie zasugerowała Trybunałowi, co ten powinien zrobić. W przeciwnym razie zagrożona mogła być poczta całej organizacji.
Z europejskiej perspektywy niepokojące jest samo to, że decyzja podjęta w Waszyngtonie mogła pozbawić urzędnika międzynarodowej instytucji w Hadze dostępu do podstawowej infrastruktury cyfrowej.
Tego wrażenia nie osłabił bynajmniej wiceprezydent USA.
Pięć dni po podpisaniu przez Trumpa dekretu J.D. Vance wystąpił na szczycie poświęconym sztucznej inteligencji w Paryżu. Szybko przeszedł do besztania Unii Europejskiej za politykę wobec amerykańskich firm technologicznych. Administrację Trumpa, mówił, niepokoją doniesienia, że niektóre rządy rozważają „dokręcanie śruby” amerykańskim przedsiębiorstwom: „Ameryka nie może i nie będzie tego akceptować”. Wymienił przy tym unijny Akt o usługach cyfrowych i przepisy RODO.
Henry Farrell i Abraham Newman określają taką postawę mianem „współzależności jako broni”. Chodzi o sytuację, w której państwo wykorzystuje kontrolę nad kluczowymi elementami globalnych sieci – finansowych, handlowych czy cyfrowych – do wywierania nacisku na innych. Współzależność, która miała przynosić wszystkim korzyści, staje się narzędziem politycznego przymusu ze strony najsilniejszego „partnera”.
Kilka tygodni po wystąpieniu Vance’a Farrell i Newman zwrócili uwagę na pewien paradoks. Zbliżenie Doliny Krzemowej z administracją Trumpa miało chronić interesy amerykańskich firm, ale zarazem dało Europejczykom kolejny powód, by traktować zależność od nich jako problem geopolityczny. Google, Microsoft czy Meta coraz częściej jawią się nie jako zwyczajni prywatni dostawcy usług, lecz jako aktorzy polityczni ściśle współpracujący z administracją Trumpa.
Nie potrzeba przy tym żadnej zmowy Waszyngtonu z korporacjami. Wystarczy, że kluczowa infrastruktura podlega prawu jednego państwa, a całe mnóstwo innych państw jest od niej uzależnionych.
Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku platform społecznościowych. Robert Shrimsley, publicysta „Financial Timesa”, zwraca uwagę na osobliwość brytyjskiej polityki: Wielka Brytania ogranicza możliwość przejmowania gazet przez inwestorów kontrolowanych przez zagraniczne państwa, obawiając się ich wpływu na debatę publiczną. Ale już taki Elon Musk, amerykański miliarder, blisko powiązany z rządem Trumpa, swobodnie wykorzystuje należącą do niego platformę X do angażowania się w brytyjską politykę, promowania skrajnych ugrupowań i podsycania nastrojów antyimigranckich. Shrimsley stawia prowokacyjne pytanie: czy brytyjskie władze traktowałyby go równie pobłażliwie, gdyby był Rosjaninem?
Po co najeżdżać Grenlandię
Cory Doctorow, kanadyjski pisarz i autor wydanego niedawno po polsku Gównowacenia, stawia sprawę jeszcze ostrzej: po co najeżdżać Grenlandię, skoro można odciąć Danię od amerykańskiej infrastruktury cyfrowej?
Doctorow przypomina historię z 2022 roku, kiedy to rosyjscy żołnierze ukradli z salonu w Melitopolu maszyny rolnicze John Deere warte około pięciu milionów dolarów i wywieźli część z nich do Czeczenii. Tam okazało się, że są bezużyteczne, bo zostały zdalnie zablokowane. Trudno było wówczas nie odczuwać pewnej satysfakcji. Tylko że jeśli traktor można wyłączyć w Czeczenii, można go również wyłączyć gdzie indziej.
Przez lata koncern John Deere ograniczał nabywcom maszyn dostęp do narzędzi potrzebnych do ich samodzielnej diagnostyki i naprawy. Pod presją rolników i regulatorów uruchomił w końcu płatną usługę, która ma to umożliwiać . Zwracam uwagę na słowo „płatną”. We wrześniu 2026 roku opisał jej działanie magazyn „Wired”: dostęp kosztuje od 195 dolarów rocznie za pojedynczą maszynę. Dodatkowo część rolników nadal skarży się na ograniczenia w diagnostyce bardziej skomplikowanych usterek.
Nie chodzi oczywiście tylko o traktory. Coraz większa część urządzeń, z których korzystają firmy, szpitale czy urzędy administracji państwowej, ale także my wszyscy – zwykli użytkownicy – jest połączona z serwerami producenta. A to oznacza uzależnienie od dostarczanych przez niego aktualizacji, licencji i oprogramowania. Kupujemy więc fizyczny przedmiot, który niby należy do nas, ale niekoniecznie mamy pełną kontrolę nad tym, czy i jak będzie działał. Macie łóżeczko dla dzieci z funkcją automatycznego kołysania? Pewnego dnia możecie odkryć, że nie działa bez wykupienia dodatkowej subskrypcji.
Jeszcze większa zależność panuje w dziedzinie przetwarzania danych w chmurze. Według raportu Parlamentu Europejskiego Amazon Web Services, Microsoft Azure i Google Cloud kontrolują łącznie około 69 proc. europejskiego rynku infrastruktury chmurowej. Na europejskich dostawców przypada około 13 proc. Nie dziwi, że Parlament pisze wprost o ryzyku uzależnienia od zagranicznych firm.
Czy samo przeniesienie serwerów do Europy rozwiązałoby problem? Niekoniecznie. W czerwcu 2025 roku przed komisją francuskiego Senatu stanęli przedstawiciele Microsoft France. Jeden z senatorów zapytał dyrektora ds. prawnych firmy Antona Carniaux, czy może zagwarantować pod przysięgą, że dane francuskich obywateli nigdy nie zostaną przekazane władzom Stanów Zjednoczonych bez zgody Francji. Carniaux odpowiedział krótko: nie.
Odrzucony człon rakiety
W Polsce powinniśmy ten problem rozumieć wyjątkowo dobrze. Przez 20 lat tłumaczyliśmy europejskim partnerom, że uzależnienie od rosyjskiego gazu nie jest zwykłą kwestią handlową, lecz sprawą bezpieczeństwa.
O zależności cyfrowej wciąż rozmawiamy jednak głównie językiem przetargów.
Na poziomie europejskim coś się zmienia. Możemy pewnie podziękować za to wybrykom Trumpa i jego kumpli z Doliny Krzemowej. W styczniu 2026 roku Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie suwerenności technologicznej. Postuluje rozpoznanie krytycznych zależności cyfrowych, rozważniejsze uwzględnianie tych zależności przy zamówieniach publicznych oraz rozwijanie infrastruktury opartej na otwartych standardach. Miałoby to pomóc na przykład w sytuacji, w której zmiana dostawcy staje się technicznie lub finansowo niemal niemożliwa.
Dobry krok, ale – z całym szacunkiem dl Parlamentu Europejskiego – potrzebujemy czegoś więcej niż kolejnych rezolucji czy odezw.
Może warto skorzystać z sugestii Doctorowa? Kiedy Trump zapowiedział cła na towary z Kanady, autor Gównowacenia zasugerował, by zamiast odpowiadać Ameryce odwetowymi taryfami, znieść przepisy chroniące cyfrowe blokady stosowane przez producentów urządzeń i oprogramowania. Bo te przepisy są często narzucane przez USA, która chroni swoje korporacje.
Ich uchylenie otworzyłoby rynek napraw i diagnostyki. Niezależne warsztaty mogłyby naprawiać sprzęt bez zgody producenta, a lokalne firmy tworzyć oprogramowanie pozwalające użytkownikom odzyskiwać kontrolę nad własnymi urządzeniami. Uzyskane w ten sposób dochody – które dziś trafiają do właścicieli zamkniętych ekosystemów – Doctorow proponuje potraktować jak „odrzucony człon rakiety nośnej”, to jest, wykorzystać je do rozwoju własnego sektora technologicznego.
Dziś tak należy rozmawiać z USA i tamtejszymi korporacjami. Językiem interesów – gdzie „interes europejski” oznacza „interes obywateli” w kontrze do korporacyjnych zysków.
Jasne, samo otwarcie rynku nie stworzyłoby jeszcze firm zdolnych z niego skorzystać. Potrzebne byłyby duże inwestycje i zamówienia publiczne. Za zmianę trzeba zapłacić. Ale byłaby to zmiana warta ceny.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!