„Czas Westminsteru dobiega końca” – takie oświadczenie wydali w poniedziałek 14 września liderzy regionalnych rządów Irlandii Północnej, Szkocji i Walii, którzy zgromadzili się w stolicy tej ostatniej, Cardiff, i podpisali porozumienie stwierdzające, że żaden brytyjski rząd „nie ma prawa blokować demokracji”, w tym ewentualnej przyszłej decyzji składowych części Wielkiej Brytanii w kwestii ich przyszłości w unii z Londynem. Na poziomie konstytucyjnym deklaracja na razie niczego nie zmienia. Poza wyjątkowym przypadkiem Irlandii Północnej decyzję o ewentualnym referendum niepodległościowym może podjąć wyłącznie brytyjski parlament w Londynie – regionalne rządy i parlamenty w Cardiff i Edynburgu nie mają tu żadnego ruchu na gruncie prawnym.
Deklaracja z Cardiff tworzy za to nową rzeczywistość polityczną, która będzie mieć wpływ także na decyzje podejmowane w Westminsterze. Brytyjskie rządy już zmagają się z całym szeregiem kryzysów, a płynące z „celtyckich peryferii” Zjednoczonego Królestwa separatystyczne żądania dokładają gabinetowi Burnhama kolejnych problemów.
Dlaczego ta deklaracja pojawiła się właśnie teraz?
Celtycki nacjonalizm silny słabością Partii Pracy
Najkrótsza odpowiedź brzmi: deklaracja jest efektem wyborów do regionalnych parlamentów Szkocji i Walii z maja tego roku. W obu zwyciężyły lokalne partie nacjonalistyczne – Szkocka Partia Narodowa oraz Plaid Cymru. W efekcie po raz pierwszy w historii na czele wszystkich trzech regionalnych rządów Zjednoczonego Królestwa stanęli politycy stawiający sobie za cel opuszczenie unii z Londynem (regionalnym rządem Irlandii Północnej od 2024 roku kieruje związana z nacjonalistyczną irlandzką partią Sinn Féin Michelle O’Neill). Poszczególne regionalne rządy różnie ustawiają przy tym perspektywą czasową ewentualnej niepodległości. Szkoci domagają się referendum już teraz, władze Walii wskazują znacznie odleglejszy termin, po kolejnych wyborach do parlamentu regionalnego w 2030 roku.
Można się przy tym spierać, na ile wyniki wyborów z maja faktycznie odzwierciadlały sentyment nacjonalistyczny, a na ile były okazją dla wyborców, by wyrazić swój sprzeciw wobec skrajnie niepopularnych rządów sir Keira Starmera. Bo zarówno w Szkocji, jak i w Walii wyniki Partii Pracy były fatalne.
O ile Szkocją od prawie 20 lat rządzi Szkocka Partia Narodowa, o tyle Walia była jednym z głównych bastionów Partii Pracy, czy wręcz „jednopartyjnym laburzystowskim państwem”. W 2024 roku z 32 walijskich mandatów do Izby Gmin laburzyści zdobyli 27. Do maja tego roku wszyscy pierwsi ministrowie Walii pochodzili z Partii Pracy. Tymczasem w maju w wyborach do parlamentu Walii partia straciła ponad 25 punktów procentowych i spadła na trzecie miejsce, za Plaid Cymru i skrajnie prawicą Reform UK.
Nacjonalistyczne partie w Irlandii, Szkocji i Walii są jednocześnie partiami lewicowymi, często próbującymi sytuować się na lewo od Partii Pracy. W poniedziałek w Cardiff pierwsi ministrowie Szkocji i Walii podpisali też porozumienie w sprawie walki z ubóstwem dzieci i wysokimi kosztami życia najuboższych gospodarstw domowych. Gdy w oczach opinii publicznej centrolewicowy rząd w Londynie nie jest w stanie spełnić swoich prospołecznych obietnic, to przynajmniej w takich miejscach jak Szkocja i Walia tworzy to przestrzeń dla lewicowo-nacjonalistycznych opcji, łączących kwestie konstytucyjnych relacji z Londynem z obietnicą pełniejszej realizacji progresywno-socjalnego programu.
Kwestia brexitu
Celtyckie peryferia Zjednoczonego Królestwa są też bardziej proeuropejskie niż jego angielska część. Walia zagłosowała co prawda za wyjściem z Unii Europejskiej, ale mniejszą przewagą głosów niż Anglia. Szkocja i Irlandia Północna chciały zostać w Unii, w Szkocji przewaga głosów przeciwnych brexitowi była przytłaczająca, za pozostaniem w Unii zagłosowało 62 proc. wyborców.
Dziś widać wyraźnie, jak wielkim błędem był brexit, zwłaszcza pod względem kosztów gospodarczych. Jest też oczywiste, że żadna ze związanych z nim obietnic – nawet tych dotyczących migracji – się nie zmaterializowała. Liderzy Irlandii Północnej, Walii i Szkocji zgromadzeni w Cardiff zadeklarowali, że przyszłość ich narodów leży w Europie i zapowiedzieli prace na rzecz zbliżenia z Unią.
Jednocześnie możliwości koniecznego ułożenia sobie przez Londyn nowych relacji z Brukselą będzie ograniczać siła eurosceptycznego bloku w Anglii. Niezależnie od tego, czy rządzić będzie Partia Pracy, czy konserwatywna, to jeśli nowa administracja obierze zbyt proeuropejski kurs, będzie narażona na ofensywę ze strony Reform UK i innych antyeuropejskich sił w swoich okręgach. W tej sytuacji narracja pod tytułem „szybciej znajdziemy drogą powrotną do Europy poza unią z Londynem” w Szkocji czy w Walii może wydawać się atrakcyjna.
Brexit skomplikował też sytuację w Irlandii Północnej. Negocjacje wokół statusu tego regionu i jego granicy z Republiką Irlandii były jednym z najtrudniejszych punktów rozwodowej umowy między Londynem a Brukselą. Dziś granica ta jest zewnętrzną granicą Unii Europejskiej, a jednocześnie pozostaje otwarta dla ruchu osób i towarów, które w Irlandii Północnej ciągle podlegają wielu formalnym wymogom wspólnego europejskiego rynku. Oddala to Irlandię Północną od reszty Zjednoczonego Królestwa i wzmacnia argument, że kolejnym „logicznym” krokiem byłoby zjednoczenie północnej i południowej części wyspy.
Zgodnie z porozumieniem wielopiątkowym z 1998 roku, kończącym irlandzki konflikt, brytyjski minister ds. Irlandii Północnej może ogłosić referendum w tej sprawie, jeśli ma przekonanie, że większość mieszkańców tego regionu popierałaby zmianę status quo. Dziś ciągle nie widać do tego warunków, ale nie wiadomo, jak sytuacja będzie wyglądać z 10 lat, zwłaszcza jeśli Republika Irlandii będzie wydawała się zamożniejszym, lepiej radzącym sobie z wyzwaniami państwem, niż Wielka Brytania.
Efekt Trumpa?
Spotkanie w Cardiff przypadło tuż po weekendzie, w trakcie którego Trump – goszczący z wizytą w Republice Irlandii – stwierdził, że zjednoczenie Irlandii byłoby „fantastyczne”, a w niedzielę dodał, że skoro mamy Irlandię Północną i Południową, to „naturalne wydaje się ich połączenie”.
Komentatorzy zastanawiają się, na ile jego wypowiedzi były przemyślane i czy można je traktować jako zapowiedź nowej polityki Stanów wobec sytuacji w Irlandii. Do tej pory amerykańscy prezydenci stali na straży porozumienia wielkopiątkowego i zdawali sobie sprawę z tego, jak skomplikowana, wewnętrznie złożona i historycznie obciążana jest kwestia przyszłości Irlandii Północnej.
Jak zauważył portal UnHerd, wypowiedzi Trumpa z soboty są o tyle zaskakujące, że to właśnie unionistyczni politycy z Irlandii Północnej należą do najbardziej mu przychylnych w Wielkiej Brytanii, w przeciwieństwie do republikańskiej lewicy. Jednocześnie Trump ma jeszcze bardziej negatywny stosunek do obecnego premiera Wielkiej Brytanii, Andy’ego Burnhama, niż do Starmera, a uwagi dotyczące zjednoczonej Irlandii mogą być odpłatą za jakąś budzącą opór amerykańskiego prezydenta politykę Londynu – np. ostatnie sankcje nałożone na Izrael w związku z przemocą osadników na Zachodnim Brzegu.
Czy to będzie nowa linia Waszyngtonu? W przypadku Trumpa nie sposób tego przewidzieć. Nie można wykluczyć, że po prostu poczuł się w Republice Irlandii dobrze – na tyle, że zapowiedział zniesienie ceł na irlandzką whisky – i chciał powiedzieć coś, co sprawi gospodarzom przyjemność, niespecjalnie przejmując się tym, jakie polityczne skutki może to wywołać w regionie, który przed porozumieniem z 1998 roku doświadczał trzech dekad przemocy.
Niekorzystna dynamika dla Burnhama
O ile raczej trudno sobie wyobrazić, by lewicowi nacjonaliści z Belfastu, Cardiff i Edynburga działali z zachęty Trumpa, to różne siły wrogie obecnemu brytyjskiemu rządowi – od ruchu MAGA i Elona Muska po Rosję – mogą próbować wykorzystywać nacjonalistyczną mobilizację na „celtyckich peryferiach” do destabilizacji sytuacji w Wielkiej Brytanii.
Zwłaszcza że progresywny nacjonalizm Plaid Cymru czy SNP może wywołać reakcję w postaci zupełnie nieprogresywnego, a nawet radykalnie prawicowego nacjonalizmu angielskiego. W ostatnich latach widzieliśmy już zresztą wielokrotnie zjawiska, które można traktować jako zapowiedź podobnej radykalizacji, choćby w postaci fali protestów przeciw uchodźcom, jakie miały miejsce w ostatnich dwóch latach, często przyjmujących postać rozruchów czy ataków na hostele dla osób oczekujących na azyl.
Brytyjski premier Andy Burnham zawsze podkreśla, że identyfikuje się bardziej jako Brytyjczyk niż Anglik. Jest katolikiem pochodzącym z obszaru między Manchesterem a Liverpoolem, regionu położonego niedaleko Szkocji i ukształtowanego przez historię migracji z Irlandii. Ta specyficzna tożsamość Burnhama może okazać się atutem w zarządzaniu problemem, jaki pokazała deklaracja z Cardiff. I choć dziś nic nie wskazuje, by skończyło się szybkim rozpadem Zjednoczonego Królestwa – nawet w najbardziej niepodległościowo nastawionej Szkocji w 2014 roku nacjonalistom nie udało się wygrać referendum – to może być kolejnym destabilizującym go czynnikiem.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!