Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Dlaczego niemiecka lewica wygrywa, nie skręcając w prawo

Podczas gdy polska lewica od lat walczy o odzyskanie wpływu na społeczeństwo, Die Linke przeżywa niezwykły renesans, choć jeszcze niedawno była niemal martwa. Teraz może wygrać wybory w Berlinie.

Rozmowa
Walka

Jeszcze kilka lat temu niemiecka Die Linke walczyła o polityczne przetrwanie. W niedzielę ma szansę zostać najsilniejszą partią w Berlinie. W najnowszych reprezentatywnych sondażach zdobywa 21–23 proc. poparcia, nieznacznie wyprzedzając chadecką CDU. Dla porównania: w ostatnich wyborach w Berlinie w 2023 roku uzyskała zaledwie 12,2 proc.

Jedną z osób, które obserwowały ten powrót z perspektywy polityki lokalnej, jest pochodząca z Polski Maria Bigos. 41-letnia antropolożka społeczna i kulturowa od 2021 roku zasiada z ramienia Die Linke w radzie dzielnicy Pankow, gdzie obecnie stoi na czele frakcji swojej partii. W niedzielę kandyduje do berlińskiej Izby Deputowanych w okręgu Pankow 6, zajmując jednocześnie trzecie miejsce na dzielnicowej liście Die Linke. Jej szanse na zdobycie mandatu są duże.

Bigos urodziła się w 1985 roku w Ustrzykach Dolnych w Bieszczadach i jako małe dziecko wyjechała do Niemiec. Dorastała najpierw w Bremerhaven, później w Bawarii, a od ponad dwudziestu lat mieszka w Berlinie. Oprócz działalności w samorządzie pracuje dziś jako referentka frakcji Die Linke w Bundestagu. Podczas gdy w Polsce lewica od lat walczy o odzyskanie wpływu na społeczeństwo, w Niemczech jej bardziej radykalna część przeżywa niezwykły renesans.

Tuż przed wyborami w Berlinie rozmawiamy z Marią Bigos o tym, jak Die Linke udało się tego dokonać, dlaczego rozmowy od drzwi do drzwi odgrywają w tej strategii tak ważną rolę, a lęk o bezpieczeństwo socjalne nie musi automatycznie wzmacniać skrajnej prawicy – i czego polska lewica mogłaby nauczyć się z niemieckich doświadczeń.

Tomasz Kurianowicz: W niedzielę Berlin wybiera nowy parlament, a pani partia może zostać najsilniejszym ugrupowaniem w mieście. W sondażach Die Linke ma ponad 20 proc. poparcia. Wasza kandydatka na burmistrzynię, Elif Eralp, berlinka pochodząca z kurdyjsko-tureckiej rodziny, ma realne stanąć na czele władz stolicy Niemiec. W Polsce lewica może dziś o takich wynikach tylko pomarzyć. Jak właściwie do tego doszło i co się zmieniło, skoro dotąd zajmowaliście w berlińskiej Izbie Deputowanych dopiero czwarte miejsce?

Maria Bigos: Co ciekawe, nasze postulaty właściwie pozostały bardzo podobne. Zmieniło się przede wszystkim to, że ludzie znów zaczęli zwracać na nas uwagę, a przełomowym momentem były wybory do Bundestagu w 2025 roku. Wówczas Die Linke właściwie już spisywano na straty, a jednak udało nam się zmobilizować bardzo wielu ludzi, zwłaszcza młodych.

Czytaj także Dlaczego niemiecka lewica wygrywa, nie skręcając w prawo Tomasz Kurianowicz rozmawia z Marią Bigos

Jedną z kluczowych postaci była Heidi Reichinnek, ówczesna liderka naszej kampanii wyborczej. Dzięki bardzo wyrazistym przemówieniom i mediom społecznościowym dotarła do ludzi, do których wcześniej właściwie nie mieliśmy dostępu. Jednocześnie w Niemczech trwała bardzo ostra debata o tym, jak konserwatywna CDU traktuje skrajnie prawicową AfD.

Ma pani na myśli wielki spór o migrację tuż przed wyborami do Bundestagu? W styczniu 2025 roku Friedrich Merz przeforsował w Bundestagu projekt przewidujący znaczne zaostrzenie polityki migracyjnej – po raz pierwszy świadomie godząc się z tym, że większość uda się uzyskać wyłącznie dzięki głosom skrajnie prawicowej AfD.

Tak. To zaalarmowało wiele osób. Między innymi dlatego ludzie zaczęli się zastanawiać: co właściwie robi Die Linke? Za czym się opowiada? Wcześniej wiele osób miało o nas określone, często negatywne wyobrażenie. Ma to również związek z historią naszej partii. Szczególnie wielu młodych ludzi w 2025 roku przyjrzało nam się dokładniej i odkryło, że partia, którą dziś widzą przed sobą, nie odpowiada temu obrazowi.

Ale jeszcze ważniejsze wydaje mi się coś innego: my wychodzimy do ludzi. Wiele osób w Niemczech jest wyczerpanych codziennością lub znajduje się w sytuacji, w której zagrożone są wręcz podstawy ich egzystencji. Nie mają energii, żeby jeszcze samodzielnie śledzić politykę i zdobywać informacje. Dlatego chodzimy od drzwi do drzwi. Nie stajemy na progu po to, żeby zagadywać ludzi i zasypywać ich naszym przekazem. Pytamy: co u was? Co jest waszym największym problemem? Co dzieje się w waszej okolicy? Nie zaczynamy od tłumaczenia ludziom naszych odpowiedzi. Najpierw pytamy ich o ich problemy.

Kogo spotykacie podczas tych rozmów?

Najróżniejszych ludzi. Zresztą nasze priorytety programowe również wynikają z tych rozmów. Jeśli wciąż słyszymy, że czynsze są katastrofalnie wysokie i grożą wpędzaniem ludzi w ubóstwo, polityka musi na to reagować. To samo dotyczy transportu publicznego. Jeśli jeden przejazd w Berlinie kosztuje cztery euro, a podróż w obie strony osiem, to dla kogoś, kto dobrze zarabia, może to nie być wielki problem. Ale dla nastolatka, który dostaje 15 euro kieszonkowego tygodniowo, wygląda to zupełnie inaczej. Ostatecznie chodzi przecież o możliwość prowadzenia dobrego i bezpiecznego życia. Ludzie nie chcą bez przerwy bać się, że stracą mieszkanie albo podstawy swego utrzymania.

Na pierwszy rzut oka brzmi to paradoksalnie: właśnie tam, gdzie ludzie zmagają się z biedą, złą infrastrukturą i brakiem bezpieczeństwa socjalnego, partia lewicowa powinna być szczególnie silna. Tymczasem w Saksonii-Anhalt AfD właśnie wygrała z wynikiem 43,8 proc., podczas gdy Die Linke zdobyła zaledwie 8,6 proc. Dlaczego na tak często korzysta na tym skrajna prawica, a nie lewica?

Bo brak bezpieczeństwa socjalnego nie sprawia automatycznie, że ludzie zwracają się ku lewicy. Nie sprowadzałabym tego też po prostu do podziału na Wschód i Zachód albo miasto i wieś. Decydujące jest to, w jakich warunkach ludzie żyją i czy polityka w ogóle jeszcze do nich dociera. W regionach, w których zanika infrastruktura, szkoły są przeciążone, a ludzie są bez przerwy zajęci tym, żeby jakoś związać koniec z końcem, w pewnym momencie zaczyna brakować czasu i sił, żeby jeszcze zajmować się polityką. Kto czuje, że zagrożone są podstawy jego egzystencji, jest bardziej podatny na proste wyjaśnienia.

Które oferuje im AfD.

AfD działa tam bardzo strategicznie: posługuje się emocjonalnym przekazem i oferuje proste odpowiedzi na złożone problemy. Zresztą widzimy to również w Berlinie. Prenzlauer Berg i Buch to dwie części miasta należące do Pankow, jednego z dwunastu berlińskich okręgów administracyjnych. Obie leżą na terenie dawnego Berlina Wschodniego, ale pod względem społecznym to dwa zupełnie różne światy.

Czytaj także Abdul był stąd, z Berlina. Po zamachu połączmy wreszcie właściwe kropki Anna Alboth

W położonym bliżej centrum Prenzlauer Berg AfD nie jest jeszcze tak silna. W peryferyjnym Buch, gdzie wciąż istnieją duże potrzeby w zakresie rozwoju infrastruktury, wygląda to inaczej. Nie można więc po prostu powiedzieć: tutaj otwarta na świat metropolia, a tam pozostawiony sam sobie Wschód. Zresztą podczas rozmów od drzwi do drzwi spotykam również wyborców AfD. Niektórzy z nich nawet nie wiedzą dokładnie, jakie stanowiska programowe zajmuje ta partia. Kiedy wyjaśnia się im poszczególne postulaty, mówią: „Właściwie wcale tego nie chcę”. Jednocześnie jednak powtarzają: coś musi się zmienić. Jest w tym bardzo dużo protestu i złości.

W wyborach do Bundestagu w 2025 roku AfD została na przykład najsilniejszą partią w Marzahn-Hellersdorf, kolejnym okręgu administracyjnym na terenie dawnego Berlina Wschodniego, zdobywając 31 proc. głosów.

Właśnie. Dlatego trzeba uważać ze stwierdzeniem, że Berlin jest inny niż Saksonia-Anhalt. Także tutaj są rejony, w których AfD jest bardzo silna. I to mnie niepokoi – nawet jeśli jednocześnie cieszę się z siły Die Linke. Im silniejsza staje się bowiem AfD, tym bardziej próbuje przedstawiać się jako zwyczajna partia demokratyczna. A dla mnie nią nie jest.

W Polsce również trwa dyskusja o tym, jak traktować wyborców nacjonalistycznej prawicy. Pani odpowiedź brzmiałaby więc: nie wykluczać, tylko z nimi rozmawiać?

Z tymi, do których można jeszcze dotrzeć – tak. Jeśli w rozmowie z wyborcą AfD od razu zaczynam tylko atakować partię, on szybko czuje, że sam został zaatakowany. Wtedy już do niego nie dotrę, a wręcz osiągnę przeciwny efekt. Właśnie na tym żeruje AfD: „My przeciwko tym na górze, którzy wami gardzą”.

Nie oznacza to, że należy bagatelizować AfD. Trzeba jasno mówić, że jej polityka jest skrajnie prawicowa. Ale nie każdy jej wyborca zdaje sobie z tego sprawę, nawet jeśli dla osób interesujących się polityką jest to aż nadto oczywiste. Niektórych ludzi tak naprawdę uwierają zupełnie inne problemy, dlatego nie zajmują się bliżej ani programem partii, ani tym bardziej jej strategią. Równie błędne jest jednak skręcanie w stronę AfD i przejmowanie jej stanowisk w różnych sprawach, tak jak robi to CDU. Dlaczego ludzie mieliby wybierać kopię, skoro mogą zagłosować na oryginał?

Urodziła się pani w Polsce i jako małe dziecko przyjechała do Niemiec. Jaką rolę odgrywa dziś Polska w pani życiu?

Dużą. Polski jest moim językiem ojczystym, ale moja relacja z tym językiem jest skomplikowana. Mojej mamie bardzo zależało na tym, żebyśmy dostosowali się do życia w Niemczech. Gdy tylko w pomieszczeniu pojawiała się osoba niemieckojęzyczna, przechodziliśmy na niemiecki. Czytać i pisać po polsku musiałam nauczyć się w dużej mierze sama. Dlatego przede wszystkim mój aktywny zasób słownictwa trochę się już zatarł. Z rozumieniem nie mam natomiast żadnego problemu: oglądam polskie wiadomości, słucham polskiego radia i podcastów. Teraz celowo szukam grupy językowej z innymi osobami polskiego pochodzenia, które mają podobny problem. Polska jest bardzo ważną częścią mojej tożsamości, szczególnie region, z którego pochodzę – dawna Galicja.

Polska emigracja do Niemiec jest w Polsce często przedstawiana jako historia sukcesu. Pani opisuje jednak również jej drugą stronę: presję asymilacji.

Tak. W szkole prawie w ogóle nie mówiłam po polsku, chociaż byli tam inni polskojęzyczni uczniowie i uczennice. Miałam poczucie, że mówienie po polsku jest czymś niewłaściwym. Obraz Polski w Niemczech był wtedy bardzo negatywny. Wyzywano nas, funkcjonowały wszystkie te stereotypy dotyczące Polaków. Sama również doświadczyłam dyskryminacji i nękania. W przypadku niemieckiego działało to u mnie w drugą stronę: zawsze miałam poczucie, że muszę mówić nim szczególnie dobrze – wszystko jak najbardziej poprawnie, jak najbardziej precyzyjnie. Tak jak opisuje to Emilia Smechowski w swojej książce My, superimigranci. Wykształcenie miało w mojej rodzinie bardzo duże znaczenie.

Czy religia odegrała jakąś rolę w pani życiu i rozwoju?

Być może to panią zaskoczy: jestem lewicowa i queerowa, a jednocześnie wierząca i wychowana w tradycji katolickiej. Wśród ludzi lewicy w Berlinie nie jest to szczególnie częste połączenie. Zostałam ochrzczona w Kościele katolickim i liturgia jest we mnie bardzo głęboko zakorzeniona. Dla mnie solidarność jest w gruncie rzeczy politycznym przełożeniem miłości bliźniego. Miałam okres, kiedy oddaliłam się od Kościoła i wiary, ale od kilku lat znów się do nich zbliżam. Wiara jest dla mnie czymś osobistym. Nie jestem związana instytucjonalnie z Kościołem i nie płacę podatku kościelnego. To świadoma decyzja. Wiele rzeczy w Kościołach oceniam bardzo krytycznie i opowiadam się za ścisłym rozdziałem Kościoła od państwa. Nie oznacza to jednak, że porzuciłam swoją wiarę czy katolickie ukształtowanie.

Czytaj także Polska prawica cieszy się z niemieckich problemów. Niemiecka prawica zachwyca się Polską Tomasz Kurianowicz

Niemiecka lewica przeszła w ostatnich latach przez poważny rozłam. Sahra Wagenknecht odeszła z Die Linke i założyła BSW – ugrupowanie lewicowe w kwestiach gospodarczych i socjalnych, ale wyraźnie bardziej konserwatywne w sprawach migracji i kwestiach obyczajowych, sprzeciwiające się dostawom broni dla Ukrainy i opowiadające się za porozumieniem z Rosją. Również w Polsce trwa spór o to, czy lewica powinna odzyskiwać konserwatywnych wyborców – choć jeśli chodzi o stosunek do Rosji, różnice są znaczące. Pani obserwowała rozłam związany z Wagenknecht z bardzo bliska.

Pracuję dla frakcji Die Linke w Bundestagu i zaczęłam tam pracę w 2022 roku. Kiedy w wyniku rozłamu ówczesna frakcja parlamentarna się rozpadła, znalazłam się wśród pracowników, którzy stracili pracę. Obserwowałam więc ten konflikt również od środka.

Dla mnie antyfaszyzm jest jedną z podstawowych wartości polityki lewicowej. Na poziomie samych zapisów programowych nie można więc postawić znaku równości między BSW a AfD. W przypadku BSW widzę jednak wyraźny zwrot w prawo – przede wszystkim w podejściu do migracji oraz w przejmowaniu tematów i obrazów wroga, które wcześniej pochodziły głównie z prawej strony. Saksonia-Anhalt pokazuje moim zdaniem również, dokąd taka strategia może prowadzić: BSW nie zdołało osłabić AfD, a wręcz świadomie chce ją wzmacniać. Jeśli próbuje się odzyskać prawicowych wyborców, imitując ich polityczną logikę albo wręcz pomagając AfD zdobywać stanowiska, na których będzie już w pozycji władzy, ostatecznie wzmacnia się oryginał. To jak dolewanie benzyny podpalaczom.

Czy właśnie to, co wydarzyło się po rozłamie, może być lekcją dla polskiej lewicy?

Nie znam na tyle dobrze obecnej polskiej polityki partyjnej, żeby udzielać polskiej lewicy rad. Ale na podstawie naszych doświadczeń powiedziałabym: kluczowe jest poważne traktowanie konkretnych potrzeb ludzi.

Czytaj także Rosja, MAGA, Mitteleuropa. Dlaczego wschód Niemiec chce „odzachodnienia”? Michał Sutowski rozmawia z Jacobem Rossem

W Berlin-Pankow wydajemy na przykład własną gazetę, w której wyjaśniamy, co dzieje się w polityce naszego okręgu. Zaczynaliśmy od nakładu 2,5 tys. egzemplarzy, dziś drukujemy ich 10 tys. Sami rozprowadzamy je po osiedlach. Do tego dochodzą dyżury dla mieszkańców, bezpłatne poradnictwo socjalne i dotyczące prawa najmu, spotkania sąsiedzkie oraz rozmowy od drzwi do drzwi. Trzeba też pokazywać, że zaangażowanie ludzi przynosi konkretne efekty. Jeśli wciąż pyta się ich o problemy, a potem nic się nie zmienia, prowadzi to tylko do jeszcze większej frustracji.

Die Linke odnosi jednocześnie duże sukcesy na TikToku i w innych mediach społecznościowych. Czy tajemnica polega więc na połączeniu nowoczesnej komunikacji cyfrowej z bardzo tradycyjną pracą partyjną – chodzeniem od drzwi do drzwi?

Myślę, że jedno i drugie odgrywa ważną rolę. Partie prawicowe są bardzo obecne w mediach społecznościowych. Oczywiście siły demokratyczne również muszą być tam widoczne i stanowić dla nich przeciwwagę. Ale media społecznościowe nie zastąpią prawdziwych relacji między ludźmi. Kiedy ktoś stoi przed twoimi drzwiami, słucha cię, a później znów spotykasz tę osobę w swojej okolicy, to zupełnie co innego. Szczególnie ludzie, którzy mają poczucie, że polityka ich nie dostrzega, muszą zobaczyć, że ich potrzeby rzeczywiście stają się elementów czyichś politycznych planów.

W niektórych częściach wschodnich Niemiec AfD jest już tak silna, że pojawia się argument, iż należałoby pozwolić jej choć raz porządzić, żeby sama się „skompromitowała” i straciła swoją atrakcyjność. Co pani o tym sądzi?

Zupełnie w to nie wierzę. W AfD są ludzie, którzy myślą strategicznie. Jeśli partia przejmie odpowiedzialność za rządzenie, nie będzie tak, że następnego ranka zacznie realizować wszystko, co zapisano w jej programach, i obróci wszystko w ruinę. Sama doskonale wie, że wszyscy czekają na to, aż się „skompromituje”. Zmiany następowałyby raczej stopniowo. I właśnie na tym polega niebezpieczeństwo: byłby to proces pełzający.

Dla wielu obserwatorów szczególnie alarmujące jest to, że prawica i skrajna prawica trafiają również do młodych ludzi. Jednocześnie właśnie Die Linke udało się w Niemczech ponownie zbudować młody elektorat. Czy o to samo pokolenie rywalizują dziś dwie zupełnie różne oferty polityczne?

W każdym razie bardzo niepokoi mnie rozwój sytuacji wśród młodzieży o skrajnie prawicowych poglądach. Dla kogoś, kto ma dziś 16 lat, AfD istnieje właściwie od dzieciństwa. Ci młodzi ludzie dorastali ze świadomością, że jest ona częścią systemu partyjnego. Nie jest więc dla nich wcale oczywiste, dlaczego inni uważają AfD za partię znajdującą się poza normalnym spektrum demokratycznym.

Wśród młodzieży o skrajnie prawicowych poglądach często widzimy trudne warunki materialne, własne doświadczenia przemocy, utrudniony dostęp do edukacji albo bardzo silną potrzebę wspólnoty. Prawicowe grupy oferują im poczucie koleżeństwa i przynależności. Dlatego kwestia społeczna oznacza dla mnie znacznie więcej niż tylko pytanie o to, ile pieniędzy ktoś ma na koncie. Chodzi o sąsiedztwa, o miejsca, w których ludzie mogą się spotykać, o poczucie, że gdzieś się przynależy. Jeśli ludzie mieszkają już tylko obok siebie, ale nic ich ze sobą nie łączy, społeczeństwo ulega fragmentacji. Dlatego dobre do życia dzielnice są również gwarancją pokojowego współistnienia.

Czytaj także AfD jest partią teflonową, bo Niemcy są przestraszonym społeczeństwem Michał Sutowski rozmawia z Łukaszem Grajewskim

Gdyby na podstawie swoich doświadczeń mogła pani przekazać Polsce jedną myśl: czy lewica rzeczywiście jest jeszcze w stanie odwrócić zwrot Europy w prawo?

Tak. Jestem absolutną optymistką. Niekoniecznie wszystkie doświadczenia w moim życiu dawały mi powody do takiego optymizmu. Ale nie chcę rezygnować z nadziei. Zawsze interesuje mnie: dlaczego człowiek zachowuje się w taki sposób? Jakie potrzeby za tym stoją? I co możemy zmienić? Jeśli ludzie mają stabilne życie i wiedzą, że istnieje sieć, która ich podtrzyma, kiedy znajdą się w trudnej sytuacji, zmienia to również społeczeństwo. Dlatego musimy działać odpowiednio wcześnie i tworzyć struktury, które dają ludziom bezpieczeństwo, wspólnotę i możliwość uczestnictwa. Głęboko wierzę, że jest to możliwe.

Studiował literaturoznawstwo i muzykologię w Berlinie, gdzie w 2011 roku ukończył studia. W 2020 roku uzyskał stopień doktora literaturoznawstwa na Columbia University w Nowym Jorku. Do 2018 roku pracował jako redaktor działu kultury w ZEIT ONLINE. Od lipca 2020 roku był kierownikiem działu „Społeczeństwo i debata” w dziale kulturalnym Berliner Zeitung oraz zastępcą redaktora naczelnego działu kultury. W marcu 2021 roku objął stanowisko redaktora naczelnego wydania weekendowego Berliner Zeitung, a w lipcu 2022 roku został redaktorem naczelnym Berliner Zeitung, funkcję tę pełnił do października 2025 roku. Obecnie pracuje jako niezależny autor i dziennikarz w Berlinie.

Tagi:
Wydanie: 20260919

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x