Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy Turcja będzie „drugim Iranem” i co na to NATO?

Pełnoskalowa wojna między Izraelem a Turcją wydaje się bardzo mało prawdopodobna. Sceną dla działań zbrojnych pozostanie Syria – mówi kierownik zespołu Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej w OSW, wyjaśniając zawikłaną sieć sojuszy w regionie po podpisaniu Porozumienia Mekkańskiego.

Rozmowa
Serce

1

Patrycja Wieczorkiewicz: Rozmawiając o potencjalnej wojnie między mocarstwem atomowym z NATO, zwykle z niepokojem patrzymy w kierunku Rosji. Ostatnio jednak w przestrzeni medialnej coraz częściej pojawia się scenariusz z Izraelem i Turcją w rolach głównych. Na ile prawdopodobna jest jego realizacja?

Karol Wasilewski: Jeśli zakładamy, że Izrael i Turcja to racjonalni aktorzy, pełnoskalowa wojna wydaje się bardzo mało prawdopodobna – konsekwencje byłyby bardzo dotkliwe dla obydwu stron. Poza tym Stany Zjednoczone zrobiłyby wszystko, co w ich mocy, żeby do takiej wojny nie dopuścić, gdyż postawiłoby je to w niezwykle trudnej sytuacji, między lojalnością wobec Izraela a członkostwem w NATO, do którego należy Turcja.

Czytaj także Porozumienie Mekkańskie zmieni układ sił w regionie? Piotr Wójcik

Jest tu jednak pewna niewiadoma: USA wydają się tracić zainteresowane bezpieczeństwem Bliskiego Wschodu i są coraz mniej skłonne do odgrywania roli moderatora między zwaśnionymi stronami. Na ten moment wydaje się, że jeśli dojdzie do dalszej eskalacji między Izraelem i Turcją, to sceną dla działań zbrojnych pozostanie Syria.

18 sierpnia Izrael zbombardował syryjską bazę Abu al-Duhur, twierdząc, że Syria zamierzała ulokować w niej na stałe tureckie wojsko. Co tam się właściwie wydarzyło?

Izrael twierdził, że dysponuje informacjami wywiadowczymi, wskazującymi na ruchy tureckiego wojska w kierunku bazy w syryjskiej prowincji Idlib. Baza znajduje się około 70-80 kilometrów od granicy z Turcją.

Z tego, co wiemy, Izrael nie poinformował Turków o zamiarze przeprowadzenia nalotów. W związku z tym mieliśmy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją. Tureccy wojskowi widzieli izraelskie myśliwce lecące w kierunku ich granicy i nie wiedzieli, jaki jest ich cel ani dokąd zmierzają. Mogli jedynie liczyć na to, że zakończą lot jeszcze nad Syrią. Powiedziałbym więc, że Izrael trochę tutaj przykowbojował.

Turcja zaprzeczyła, jakoby przygotowywała rozmieszczenie swoich wojsk w tej bazie, władze syryjskie również zapewniły, że nie miały tego w planach. Co ciekawe, Tom Barrack, ambasador USA w Turcji i specjalny wysłannik do spraw Syrii i Iraku, w zasadzie potwierdził turecką wersję wydarzeń. Powiedział, że Amerykanie sprawdzili izraelskie informacje wywiadowcze i nie znaleźli wiarygodnej informacji, że Turcja rzeczywiście przerzuca tam wojska. Podkreślał też, że sytuacja była niezwykle niebezpieczna, i chwalił Turków za zachowanie zimnej krwi.

Po co to było Izraelowi?

Izrael argumentował, że chodziło o wyznaczenie czerwonych linii, dając do zrozumienia, że nie będzie akceptował wzmacniania tureckiej obecności wojskowej w Syrii, zwłaszcza jeśli będzie się ona przesuwać na południe.

Ciekawsze jest to, jak tę sytuację interpretowali Turcy. Ich sposobem na deeskalację napięcia było przedstawianie izraelskiego ataku przede wszystkim jako działania na użytek kampanii wyborczej Netanjahu. W tej interpretacji premier Izraela próbuje umacniać swój wizerunek Mister Security – człowieka zapewniającego Izraelczykom bezpieczeństwo – a z Turcji chce uczynić kolejnego wroga, z którym będzie walczył w kampanii.

Również w samym Izraelu pojawiają się głosy, które częściowo podzielają turecką optykę: że problemem jest Netanjahu i że antagonizowanie Turcji jest skrajnie nieracjonalne. Nie zakładałbym jednak, że gdyby Netanjahu stracił władzę, doprowadziłoby to do zasadniczego przełomu w stosunkach izraelsko-tureckich. Źródła konfliktu są głębsze niż osobiste relacje między przywódcami.

Sytuacja prawdopodobnie byłaby jednak łatwiejsza do opanowania. W mniej konfrontacyjnej atmosferze można byłoby skuteczniej wdrażać mechanizmy dekonfliktacji, takie jak te proponowane przez Amerykanów. Tom Barrack mówił o potrzebie stworzenia stałego kanału komunikacji między Izraelem, Turcją i Syrią, który pozwalałby zapobiegać podobnym kryzysom.

Po stronie tureckiej pojawiają się głosy, że izraelski atak z 18 sierpnia był odpowiedzią na podpisanie tzw. Porozumienia Mekkańskiego między Turcją, Arabią Saudyjską i nuklearnym Pakistanem. Rzeczywiście ma ono dla Izraela aż tak duże znaczenie?

Nie wydaje mi się, żeby porozumienie z Mekki było istotnym czynnikiem przy podejmowaniu przez Izrael decyzji o ataku na Abu al-Duhur.

Po pierwsze, porozumienie znajduje się na bardzo wczesnym etapie instytucjonalizacji – wciąż nie wiadomo, jak sojusz tych państw miałby w zasadzie funkcjonować, w jakich sytuacjach miałyby one udzielać sobie pomocy i przy użyciu jakich środków. Po drugie, trzej sygnatariusze mają różne stosunki z Izraelem i prowadzą wobec niego różną politykę. Na ten moment nie tworzą jednolitego bloku, który Izrael musiałby postrzegać jako bezpośrednie zagrożenie.

Czytaj także Turecka opozycja coraz popularniejsza, Erdoğan reaguje falą represji Artur Troost

Jednocześnie turecka narracja wokół porozumienia wpisuje się w szerszą wizję Bliskiego Wschodu, którą przedstawia Hakan Fidan, minister spraw zagranicznych Turcji. Od pewnego czasu mówi on o potrzebie stworzenia regionalnego mechanizmu bezpieczeństwa zbiorowego – takiego, który pozwoliłby państwom Bliskiego Wschodu w większym stopniu samodzielnie odpowiadać za własne bezpieczeństwo.

Turcy nie ukrywają przy tym, że jednym ze źródeł zagrożenia, przed którym taki system miałby region chronić, jest w ich ocenie Izrael. W dalszej perspektywie Fidan kreśli znacznie bardziej ambitną wizję: skoro Europejczykom udało się zbudować trwałe mechanizmy współpracy i bezpieczeństwa, dlaczego podobnej architektury nie miałby stworzyć Bliski Wschód?

Niezależnie więc od tego, jak niedojrzałe jest dziś samo Porozumienie Mekkańskie, ma ono w tureckiej optyce służyć znacznie szerszemu celowi strategicznemu: przebudowie regionalnego porządku bezpieczeństwa.

Naftali Bennett, były premier Izraela i obecnie jeden z najistotniejszych rywali Netanjahu, 17 lutego 2026 roku stwierdził: „Turcja to nowy Iran”, mówiąc zarazem o powstającej „wrogiej osi sunnickiej” z udziałem nuklearnego Pakistanu. Czym Ankara zasłużyła sobie na ten tytuł?

Jest on zdecydowanie na wyrost.Po arabskiej wiośnie Turcja była przedstawiana jako model do naśladowania w regionie. Dużo mówiło się o tak zwanym modelu tureckim: próbie połączenia islamu politycznego, demokracji, gospodarki rynkowej i bliskich relacji z Zachodem. W części państw arabskich rzeczywiście traktowano wówczas Turcję jako potencjalny wzór, a sama Ankara podchwyciła tę narrację i uwierzyła we własne soft power.

Turcja była też oczywiście państwem gotowym używać siły w stosunkach międzynarodowych – wystarczy wspomnieć jej działania w Syrii czy Iraku. Delikatnie mówiąc, niejednokrotnie poruszała się przy tym w szarej strefie prawa międzynarodowego. Nie eksportowała jednak swojego modelu politycznego za pomocą rozbudowanej sieci organizacji zbrojnych porównywalnej z tą, którą przez dekady stworzył Iran. Teheran zbudował cały system sprzymierzonych ugrupowań i formacji – od Hezbollahu po milicje szyickie w Iraku i Hutich w Jemenie – które służyły rozszerzaniu jego wpływów w regionie. Turcja prowadziła politykę dużo bardziej bezpośrednią: używała własnych sił zbrojnych, wspierała zaprzyjaźnione ugrupowania i patronowała określonym środowiskom politycznym, ale nie stworzyła odpowiednika irańskiej „osi oporu”.

Najbardziej problematyczną kwestią w tych relacjach pozostają kontakty Turcji z Hamasem. Turcy podkreślają, że właśnie dzięki ich utrzymywaniu mogą odgrywać rolę pośrednika i uczestniczyć w rozmowach dotyczących zawieszenia broni, wymiany więźniów czy uwalniania izraelskich zakładników. Z ich perspektywy utrzymywanie kanału komunikacji z Hamasem niekoniecznie oznacza więc poparcie dla wszystkich działań tej organizacji, lecz może również przynosić rezultaty zgodne z interesem Izraela.

Czytaj także Indie kontra Pakistan: eskalacja konfliktu między nuklearnymi rywalami Agnieszka Kuszewska-Bohnert

Tel Awiw patrzy na to zupełnie inaczej. Relacje Ankary z Hamasem przedstawia jako element szerszej tureckiej polityki wspierania w regionie ruchów związanych z Bractwem Muzułmańskim, a tym samym jako jeden z przejawów regionalnej rywalizacji z Izraelem.

Po upadku Asada Ankara stała się jednym z najważniejszych patronów nowej władzy Ahmada asz-Szary, podczas gdy Izrael zażądał demilitaryzacji południowej Syrii, przejął pozycje po syryjskiej stronie strefy buforowej i regularnie uderza w syryjskie cele. Czy mamy jeszcze do czynienia z polityką wobec Syrii, czy już z turecko-izraelską walką o to, jaki porządek będzie obowiązywał na jej terytorium?

Syria stała się swego rodzaju laboratorium, w którym ścierają się turecka i izraelska wizja przyszłego porządku na Bliskim Wschodzie.

Po upadku reżimu Baszara al-Asada w 2024 roku władzę przejął Ahmad asz-Szara. Turcja odegrała istotną rolę w stworzeniu warunków, które umożliwiły sukces jego obozu, i z punktu widzenia Ankary idealny scenariusz zakładałby dziś powstanie zjednoczonej, stabilnej Syrii pod rządami asz-Szary. Turcja liczy, że jako jeden z najważniejszych patronów nowych władz będzie mogła odebrać polityczną i gospodarczą dywidendę za wcześniejsze wsparcie. Chodzi między innymi o szlaki handlowe, infrastrukturę i rurociągi.

Izrael natomiast postrzega istnienie silnej i stabilnej Syrii jako potencjalne zagrożenie – podobnie zresztą jak funkcjonowanie silnych państw bliskowschodnich w ogóle. Po 2023 roku nastąpiła również istotna zmiana w izraelskim myśleniu o bezpieczeństwie, które przesunęło się w stronę tzw. działań wyprzedzających. Z tej perspektywy Izrael nie może dopuścić, by w jego otoczeniu wyrosły państwa, które w przyszłości mogłyby zagrozić jego bezpieczeństwu. A to bardzo szeroka kategoria, pod którą można podciągnąć niemal wszystko.

Tu pojawia się paradoks: polityka mająca eliminować potencjalne przyszłe zagrożenia może sama produkować nowych przeciwników. Część krytyków tej doktryny powiedziałaby wręcz, że skazuje ona Izrael na toczenie niekończących się wojen. Zawsze przecież znajdzie się ktoś, kto kiedyś w przyszłości może stać się zagrożeniem.

Czy Turcja już teraz czuje realne zagrożenie ze strony Izraela?

Jeszcze do niedawna zasadniczo nie postrzegała Izraela jako bezpośredniego zagrożenia dla własnego bezpieczeństwa. To zaczyna się zmieniać. W odpowiedzi na retorykę płynącą z Izraela oraz izraelskie działania w regionie coraz częściej słyszymy w Turcji głosy, że Izrael stanowi zagrożenie również dla bezpieczeństwa samej Turcji. Wydaje mi się, że wykracza to już poza propagandę. Ankara oficjalnie określa politykę Izraela jako agresywną i ekspansjonistyczną, a Izrael jako czynnik destabilizujący region.

Turcy zaczynają wychodzić z założenia, że obserwując to, co robi Izrael, muszą uwzględniać go w swoich kalkulacjach jako ryzyko, na które należy się przygotować. Uważają, że Izrael wykorzystuje przewagę technologiczną i militarną, żeby zbudować pozycję regionalnego hegemona, na co Turcja nie może sobie pozwolić.

Czytaj także Mediator, sojusznik, rywal – jaką rolę odgrywa dziś Turcja w wojnie Rosji z Ukrainą? [rozmowa] Kaja Puto rozmawia z Mateuszem Chudziakiem

To dość niezwykła ewolucja, biorąc pod uwagę historię stosunków turecko-izraelskich. Turcja jako pierwszy kraj z muzułmańską większością uznała Izrael w 1949 roku, w latach 90. oba państwa stworzyły bardzo bliską współpracę wojskową. Co poszło nie tak?

Faktem jest, że jeszcze na początku XXI w. Turcja i Izrael utrzymywały dobre relacje. Zaczęły się one wyraźnie pogarszać około 2010 roku, zwłaszcza po incydencie z Mavi Marmara [tak nazywała się łódź zmierzająca z pomocą humanitarną do Strefy Gazy – żołnierze IDF zastrzelili 10 tureckich aktywistów – przyp. aut.]. Od tego czasu stosunki między tymi państwami raz się poprawiają, raz pogarszają, dochodzi do kolejnych prób normalizacji, ale długofalowy trend pozostaje spadkowy. W 2016 roku Turcja i Izrael zawarły porozumienie normalizacyjne, a w 2022 roku przywróciły pełne stosunki dyplomatyczne, jednak kolejne kryzysy szybko podważały te próby zbliżenia.

Coraz częściej można natknąć się na scenariusz – wymieniany zwykle jako jeden z wielu możliwych – zgodnie z którym Syria co prawda przetrwa na mapie, ale w praktyce przestanie funkcjonować jako suwerenne państwo: na północy powstanie turecka strefa bezpieczeństwa, na południu izraelska, z Damaszkiem pośrodku. Czy jest to realistyczna wizja de facto rozbioru Syrii?

Dziesięć czy piętnaście lat temu podobne scenariusze kreśliliśmy zarówno dla Iraku, jak i dla Syrii. Mówiliśmy o rozpadzie państw, nowych granicach i trwałych strefach wpływów. Większość tych scenariuszy się nie zmaterializowała, dlatego dzisiaj byłbym ostrożniejszy.

Ahmad asz-Szara okazał się bardzo sprawnym politykiem. Potrafi odnaleźć się w zmieniających się uwarunkowaniach i, choć powoli, konsoliduje władzę. Dobrym przykładem są relacje z siłami kurdyjskimi. Negocjacje i przepychanki trwały długo, ale ostatecznie sytuacja zaczęła się rozwijać w sposób dużo bardziej korzystny dla Damaszku.

Czytaj także Turecka opozycja musi się zradykalizować. Na razie Erdoğan wybiera jej liderów Artur Troost

Nie oznacza to oczywiście, że sukces asz-Szary jest pewny. Syria stoi przed gigantycznymi problemami. Samo podporządkowanie kolejnych części kraju władzy centralnej to tylko jeden z nich. Potrzebny jest również kapitał na odbudowę państwa, a żeby inwestorzy zaczęli wykładać pieniądze, potrzebna jest stabilność. Trudno prowadzić wielkie projekty infrastrukturalne w kraju, w którym w dowolnym momencie może wybuchnąć kolejny konflikt.

Zwróciłbym jednak uwagę na jedną rzecz: główni aktorzy w regionie mają interes w tym, by Syria została odbudowana i funkcjonowała jako samodzielne państwo. Izrael jest tu zasadniczym wyjątkiem, ponieważ znacznie bardziej sceptycznie podchodzi do konsolidacji Syrii i wzmocnienia władzy w Damaszku.

Czytaj także Syria, Izrael, Rosja, Turcja. Co się dzieje na Bliskim Wschodzie? [rozmowa] Kaja Puto

Nie oznacza to oczywiście, że Izrael stoi na straconej pozycji. Jego przewaga technologiczna i militarna jest ogromna. Na razie jednak nie widzę powodów, żeby za najbardziej prawdopodobny uznać scenariusz trwałego podziału Syrii na turecką strefę na północy, izraelską na południu i jakieś okrojone państwo z Damaszkiem pośrodku.

Izrael uzasadnia część swojej agresywnej polityki w Syrii na południu ochroną Druzów; Ankara przez lata traktowała autonomiczne struktury kurdyjskie na północy jako zagrożenie związane z działającą na terenie Turcji PKK (Partią Pracujących Kurdystanu). Jak w konflikt izraelsko-turecki wpisują się mniejszości syryjskie?

Druzowie i Kurdowie są dwoma bardzo różnymi przypadkami. Jeśli chodzi o tych pierwszych, mieliśmy już do czynienia z krwawymi starciami, a Izrael wykorzystał ich sytuację jako uzasadnienie własnej interwencji na południu Syrii. Ochrona Druzów stała się jednym z argumentów, za pomocą których Izrael legitymizuje swoją politykę wobec Damaszku.

Czytaj także Žižek: Abdullah Öcalan jest Nelsonem Mandelą naszych czasów. Kurdowie składają broń Slavoj Žižek

Jeśli zaś chodzi o Kurdów, to sytuacja zasadniczo zmieniła się w ostatnich miesiącach. Doszło do porozumienia w sprawie integracji kurdyjskich struktur z państwem syryjskim, a w sierpniu 2026 roku Syryjskie Siły Demokratyczne formalnie zakończyły działalność jako niezależna formacja wojskowa, choć oczywiście nie odbyło się to bez napięć, w tym olbrzymiej presji ze strony Turcji, która niejednokrotnie groziła kolejną interwencją w Syrii. Nie wszystkie problemy zostały rozwiązane, wciąż pozostają kwestie politycznej reprezentacji Kurdów, zakresu ich autonomii czy miejsca poszczególnych formacji w nowych strukturach bezpieczeństwa. Ale z punktu widzenia Turcji najważniejszy cel został w znacznym stopniu osiągnięty.

Dlatego Ankara ma dziś znacznie mniej powodów do niepokoju w tej kwestii. Wcześniej obawiała się przede wszystkim dwóch rzeczy: że Kurdowie odmówią reintegracji z Syrią i że wszelkie konflikty między nimi a Damaszkiem będzie próbował wykorzystywać Izrael.

Czytaj także Pakt z diabłem: co przyniesie tureckim Kurdom samorozwiązanie PKK? Mateusz Chudziak

W całej tej geopolitycznej opowieści łatwo zgubić samych Syryjczyków. Damaszek domaga się od Izraela powrotu do pozycji sprzed grudnia 2024 roku i odrzuca ograniczanie swojego prawa do odbudowy armii oraz wyboru sojuszy. Ale czy nowa Syria ma w ogóle przestrzeń, by prowadzić samodzielną politykę, czy jej przyszłość będzie negocjowana przez Ankarę, Tel Awiw i Waszyngton?

Syria rzeczywiście ma bardzo ograniczone pole działania. Z jednej strony mamy ogromny turecki wkład w sukces obozu asz-Szary oraz fakt, że tureckie wojska nadal znajdują się na terytorium Syrii. Z drugiej – Izrael, który poczyna sobie w tym kraju bardzo swobodnie i, delikatnie rzecz ujmując, ma dość elastyczny stosunek do jego integralności terytorialnej. Do tego dochodzą Stany Zjednoczone, bez których trudno sobie wyobrazić trwałe ułożenie relacji między tymi aktorami.

Mimo to byłbym ostrożny z odbieraniem Syrii sprawczości. Asz-Szara potrafi maksymalnie wykorzystywać nawet niewielkie możliwości. Od początku istniała tendencja do ukazywania stosunków syryjsko-tureckich niemal jak relacji między lennikiem a suwerenem. Asz-Szarę przedstawiano czasem jako człowieka całkowicie zależnego od Ankary, a jego zwycięstwo sprowadzano do konstatacji, że Turcja mu je załatwiła.

Tymczasem jego późniejsze działania pokazują, że doskonale zdaje sobie sprawę ze skali uzależnienia od Turcji i właśnie dlatego próbuje poszerzać własne pole manewru. Dobrym przykładem jest rozwijanie stosunków z bogatymi monarchiami Zatoki Perskiej.

I tutaj Turcja ma problem, z którym nie bardzo wie, co zrobić. Ankara może mieć bardzo rozbudowane pomysły na przyszłość Syrii, ale nie dysponuje kapitałem potrzebnym do jej odbudowy. Ten kapitał znajduje się przede wszystkim w państwach Zatoki. Asz-Szara może więc wykorzystywać relacje z nimi, żeby zmniejszać swoją zależność od jednego patrona.

To dobry przykład tego, jak słabszy aktor potrafi wykorzystać uchylone drzwi i stopniowo otwierać je coraz szerzej. Oczywiście Syria pozostaje państwem bardzo słabym, znajdującym się w czymś w rodzaju tańca słoni: musi poruszać się między znacznie potężniejszymi graczami i uważać, żeby nie zostać przez któregoś z nich zdeptana.

Asli Aydintaşbaş, turecka dziennikarka i analityczka polityki zagranicznej, obecnie związana z Brookings Institution, mówiła niedawno, że konflikt między Turcją i Izraelem rozszerza się również na wschodnie Morze Śródziemne, Cypr, relacje Izraela z Grecją, Liban, a nawet Róg Afryki. Czy powinniśmy myśleć już nie o „konflikcie w Syrii”, lecz o powstawaniu dwóch konkurencyjnych systemów sojuszy regionalnych – izraelskiego i tureckiego?

O Syrii jako bezpośrednim polu rywalizacji izraelsko-tureckiej mówimy stosunkowo od niedawna, natomiast na wschodnim Morzu Śródziemnym ten konflikt interesów narasta od początku drugiej dekady XXI wieku.

Jednym z jego źródeł były odkrycia dużych złóż gazu u wybrzeży Izraela. Zderzyły się wtedy dwie wizje infrastruktury energetycznej regionu. Turcja od lat chce wykorzystywać swoje położenie jako pomost między Bliskim Wschodem, Kaukazem i Europą. W idealnym dla Ankary świecie możliwie dużo gazociągów i szlaków energetycznych powinno więc przebiegać przez terytorium Turcji.

Tymczasem pojawił się projekt gazociągu EastMed, który miał prowadzić z izraelskich złóż przez Cypr i Grecję w kierunku Włoch, a więc całkowicie omijać Turcję. Sam projekt został później praktycznie zamrożony, ale politycznie był bardzo ważny, ponieważ pokazywał, że w regionie może powstać infrastruktura energetyczna budowana bez udziału Ankary.

Podobnie Turcja patrzyła na powstanie East Mediterranean Gas Forum, które zrzesza między innymi Egipt, Izrael, Grecję, Cypr, Włochy, Jordanię, Palestynę i Francję, ale nie Turcję. Ankara odbierała rozwój tego formatu jako kolejny element regionalnej układanki tworzonej ponad jej głową.

Do tego dochodzi coraz intensywniejsza współpraca Izraela, Grecji i Cypru – energetyczna, polityczna i wojskowa.

To właśnie ta trójstronna współpraca jest jednym z najważniejszych elementów izraelskiej strategii we wschodniej części Morza Śródziemnego.

Z tureckiego punktu widzenia wszystkie te sprawy łączą się ze sobą. Jeżeli Ankara chce być regionalnym hubem energetycznym, potrzebuje stabilnego otoczenia. Tymczasem konflikt cypryjski pozostaje nierozwiązany, podobnie jak spory turecko-greckie dotyczące granic morskich, szelfu kontynentalnego, wyłącznych stref ekonomicznych czy przestrzeni powietrznej.

Na przełomie poprzedniej i obecnej dekady doszedł jeszcze jeden element. Stosunki Turcji ze Stanami Zjednoczonymi znalazły się w głębokim kryzysie, między innymi z powodu zakupu przez Ankarę rosyjskiego systemu S-400, a równocześnie Waszyngton bardzo wyraźnie pogłębiał współpracę wojskową z Grecją. Z perspektywy tureckiej układ sił stawał się więc coraz mniej korzystny.

Potem Grecja zawarła jeszcze porozumienie o współpracy w polityce zagranicznej i obronie ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, obejmujące również mechanizm wzajemnej pomocy. Dla tureckich strategów był to kolejny dowód powstawania sieci państw, których wspólne interesy w wielu sprawach były sprzeczne z interesami Ankary.

Dlatego powiedziałbym, że wschodnia część Morza Śródziemnego była pierwszym laboratorium tego konfliktu, który dzisiaj obserwujemy w nowej odsłonie w Syrii. Mechanizm jest podobny: Turcja i Izrael mają odmienne wizje porządku regionalnego, wokół obu państw tworzą się różne układy partnerów, dochodzi do tego zaangażowanie Stanów Zjednoczonych i w efekcie kolejne lokalne konflikty zaczynają nakładać się na szerszą rywalizację o kształt regionu.

Czy kwestia palestyńska wciąż jest głównym źródłem konfliktu turecko-izraelskiego, czy stała się raczej katalizatorem czegoś znacznie głębszego – sporu o to, kto będzie regionalnym mocarstwem po osłabieniu Iranu? Ile z obecnego konfliktu Ankary z Tel Awiwem zniknęłoby, gdyby jutro powstało niepodległe państwo palestyńskie?

Palestyna jest niezwykle ważnym elementem zarówno tureckiej polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej. Po 2023 roku Erdoğan stał się jednym z najostrzejszych krytyków Izraela wśród światowych przywódców i wprost oskarżał go o dokonywanie ludobójstwa w Strefie Gazy, porównując Netanjahu do Hitlera. Sprawa palestyńska bardzo mocno rezonuje w tureckim społeczeństwie. Erdoğan musi się z tym liczyć i zarazem potrafi te nastroje politycznie wykorzystywać.

Ale jest też wymiar zagraniczny. Przez ponad dwie dekady swoich rządów Erdoğan konsekwentnie budował wizerunek Turcji jako państwa występującego w obronie ciemiężonych i próbującego zająć miejsce lidera świata muzułmańskiego. Palestyńczycy zajmują w tej narracji miejsce szczególne.

Było to dla Ankary tym ważniejsze, im bardziej widoczne stawało się zbliżenie części państw arabskich z Izraelem. Szczególnie po Porozumieniach Abrahamowych z 2020 roku Erdoğan mógł przedstawiać Turcję jako państwo, które – w przeciwieństwie do części arabskich monarchii – nie porzuciło swoich muzułmańskich braci.

Dlatego nie wyobrażam sobie dzisiaj poważnej i trwałej poprawy stosunków izraelsko-tureckich bez jakiegoś rozwiązania tej kwestii, ale nawet powstanie jakiejś formy państwa palestyńskiego – co na ten moment pozostaje w sferze fantazji – nie oznaczałoby zniknięcia wszystkich konfliktów. Pozostałyby Syria, wschodnia część Morza Śródziemnego, Cypr, współpraca Izraela z Grecją, tureckie ambicje regionalne i wreszcie pytanie o to, kto będzie odgrywał najważniejszą rolę na Bliskim Wschodzie po osłabieniu Iranu.

Palestyna jest więc czymś więcej niż tylko pretekstem, ale jednocześnie nie jest już jedynym źródłem antagonizmu turecko-izraelskiego. Jest bardzo silnym katalizatorem konfliktu, który ma dziś znacznie szersze podstawy.

Czytaj także Kurdowie nie potrzebują Europy. Polemika ze Slavojem Žižkiem Maksymilian Nowak

Przez dekady Izrael był dla Waszyngtonu właściwie niezastąpionym partnerem na Bliskim Wschodzie, ale Turcja zdaje się dziś liczyć, że wraz ze zmianą regionalnego układu sił może zająć jego miejsce albo przynajmniej osłabić jego uprzywilejowaną pozycję. Na ile te nadzieje są realistyczne?

Kiedy obserwuję turecką politykę wobec Stanów Zjednoczonych i Izraela, widzę pewną sinusoidę. Są momenty, kiedy Ankara nabiera przekonania, że to ona jest górą. Wydaje mi się, że przez większą część 2025 roku Turcy wierzyli, że w rywalizacji o względy Stanów Zjednoczonych mogą nawet wyprzedzić Izrael.

Po izraelsko-amerykańskim ataku na Iran pod koniec lutego 2026 roku ta pewność siebie wyraźnie osłabła. Turcy dostali przypomnienie, jak ogromne wpływy w Waszyngtonie ma Izrael. Teraz wahadło może ponownie wychylać się w drugą stronę. Negatywne dla Stanów Zjednoczonych konsekwencje wojny z Iranem mogą wzmacniać w Ankarze przekonanie, że Turcja ponownie ma szansę stać się dla Waszyngtonu ważniejszym partnerem na Bliskim Wschodzie.

Studziłbym jednak turecki optymizm. Izrael jest niezwykle głęboko zakorzeniony w polityce amerykańskiej – i celowo mówię o polityce w szerokim znaczeniu, nie tylko o polityce zagranicznej czy bezpieczeństwa. Stosunek do Izraela jest również elementem polityki wewnętrznej Stanów Zjednoczonych i kolejnych kampanii wyborczych. To wyznacza bardzo wyraźną granicę dla najbardziej optymistycznych tureckich wizji.

Czy obawa przed dalszą eskalacją ze strony Izraela jeszcze bardziej zbliży Turcję do NATO?

Turcja już teraz coraz bardziej zwraca się ku NATO, ale z powodów, które nie wynikają bezpośrednio z jej obaw przed Izraelem. Ma to przede wszystkim związek z transformacją porządku międzynarodowego, ograniczaniem amerykańskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie i próbą pokazania Stanom Zjednoczonym, że Ankara może być wiarygodnym sojusznikiem. Wpisuje się w to postępująca od początku drugiej kadencji Trumpa normalizacja stosunków turecko-amerykańskich.

Dochodzi do tego zmiana sytuacji bezpieczeństwa w Europie, którą Turcja postrzega jednocześnie jako zagrożenie i szansę. Zagrożenie, ponieważ nie chce zostać sama w świecie, w którym dotychczasowe gwarancje bezpieczeństwa stają się mniej oczywiste. Szansę, ponieważ jeżeli Europa się zbroi, może kupować więcej tureckiego uzbrojenia i wchodzić z tureckimi firmami w projekty przemysłowe. To z kolei pozwoli Ankarze dalej rozwijać własny przemysł obronny.

Turcja coraz mocniej angażuje się więc w NATO i wraca do postulatu, który powtarza od lat: chce mieć w Sojuszu znaczenie adekwatne do swojego wkładu wojskowego. Wyobrażam sobie jednak, że będzie jednocześnie coraz częściej podnosić na forum NATO kwestię Izraela.

Dobrym przykładem jest reakcja na wydarzenia po 18 sierpnia, kiedy doszło do izraelskiego ataku w Syrii, oraz na pogłębiającą się współpracę wojskową Grecji z Izraelem. W tureckiej debacie zaczęły pojawiać się pytania: skoro mówimy o „NATO 3.0”, o wzmacnianiu europejskiego filaru Sojuszu i europejskiego przemysłu obronnego, to dlaczego państwa NATO, takie jak Grecja, wydają miliardy na izraelskie systemy uzbrojenia?

Czytaj także Xi Jinping i największa czystka w chińskiej armii od dekad Jakub Majmurek rozmawia z Adrianem Broną

Spodziewałbym się, że Ankara będzie coraz mocniej posługiwać się tego rodzaju argumentami, zwłaszcza jeśli współpraca zbrojeniowa Izraela z europejskimi członkami NATO będzie się rozwijać.

Podsumowując – czy na ten moment możemy wykluczyć atak Izraela na terytorium Turcji, odpalenie artykułu 5. i otwarty konflikt między Izraelem a NATO?

Myślę, że gdyby doszło do izraelskiego ataku na Turcję i pojawiło się realne ryzyko konfrontacji Izraela z NATO, Stany Zjednoczone zrobiłyby wszystko, żeby zatrzymać eskalację. Taki kryzys natychmiast pochłonąłby ogromną część uwagi Waszyngtonu i postawiłby go w niezwykle trudnej sytuacji między dwoma bardzo ważnymi partnerami.

Szybko zaangażowaliby się również europejscy członkowie NATO, którzy także mieliby ogromny interes w tym, żeby nie dopuścić do otwartego starcia. Taki konflikt oznaczałby przecież nie tylko kryzys bliskowschodni, ale także test wiarygodności całego Sojuszu – Turcja bez wątpienia liczyłaby na reakcję partnerów z NATO, mocno piętnowałaby tych, którzy udzielili jej zbyt małej – jej zdaniem – pomocy, co rozruszałoby machinę antynatowskiej propagandy, z której chcieliby skorzystać adwersarze państw zachodnich, zwłaszcza Rosja i Chiny

Do tego dochodzą inne państwa pozostające w przyjaznych relacjach zarówno z Turcją, jak i z Izraelem. Przykładem może być Azerbejdżan, który utrzymuje bliski sojusz z Ankarą, a jednocześnie ma bardzo dobre stosunki z Izraelem i już wcześniej próbował odgrywać rolę pośrednika między obydwoma państwami. Podobnie działałyby Stany Zjednoczone.

Dlatego wciąż uważam, że jest to scenariusz bardzo trudny do wyobrażenia. W przypadku poważnej eskalacji natychmiast uruchomiłaby się cała sieć mechanizmów deeskalacyjnych i mediacyjnych.

Gdyby jednak mimo wszystko doszło do otwartego konfliktu, postawiłoby to wiele państw europejskich w niezwykle trudnym położeniu. Szczególnie Niemcy, które z jednej strony są członkiem NATO i są zobowiązane do solidarności z Turcją jako sojusznikiem, a z drugiej utrzymują z Izraelem tzw. szczególne relacje.

**

Karol Wasilewski – kierownik Zespołu Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej od stycznia 2025 r. Wcześniej pracował jako analityk ds. Turcji i jako kierownik programu Bliski Wschód i Afryka w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. W przeszłości redaktor prowadzący Rocznik Polskiej Polityki Zagranicznej (tomy 2016–2019). Absolwent stosunków międzynarodowych i turkologii na Uniwersytecie Warszawskim, doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, współfundator Instytutu Badań nad Turcją, członek międzynarodowej sieci badawczej Centre for Applied Turkey Studies.  

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x